niedziela, 17 sierpnia 2014

Niemcy drżyjcie, prawda została ukazana

Justyna Polańska odkrywa prawdę o Niemcach! Tak krzyczały nagłówki recenzji, a raczej reklam. Kupiłam tę książkę z wypiekami na twarzy, czekałam na obnażenie całej prawdy o naszych sąsiadach z zachodu. Ale przeliczyłam się.

Zbyt wielkie nadzieje pokładałam w tej książce, spodziewałam się odkryć tam różne smaczki z życia Niemców. Liczyłam na opisy grzesznych Niemców, robiących coś przeciw prawu, delektujących się łamaniem nakazów i zakazów. Dostałam za to obraz normalnych ludzi, takich jak my, którzy mają różne fanaberie. Pan koło trzydziestki, który lubował się w pluszowych misiach, para gejów, która nie była uporządkowana, jak głosi stereotyp. Gwoździem do trumny były porady dla każdej perfekcyjnej pani domu jak pozbyć się plam, jak umyć dobrze okna. Rozumiem, że autorka chciała podzielić się tym co umie najlepiej, ale w takich przypadku tytuł minął się z treścią, skoro to "Pod niemieckimi łózkami. Zwierzanie polskiej sprzątaczki" to skąd biorą się porady na miarę Małgorzaty Rozenek i jej programu?!
Język mnie zawiódł, ale w sumie chyba za dużo się spodziewałam, ponieważ, z całym szacunkiem do wszystkich parających się sprzątaniem, ale arcydziełem tej książki absolutnie nie można nazwać. Raczej to zbiór anegdotek emigrantki, która osiągnęła szczyt swoich marzeń, bo udało jej się wyrwać z Polski, pewnie ku zazdrości wielu koleżanek, i myje sedesy Niemcom, ambicje i życiowy cel każdej młodej kobiety. Paplanina jak na imieninach przy syto zastawionym stole otoczonym wcięta gromadką gości, szkoda drzew. Historie, które miały być wyciągnięciem największych przywar niemieckich okazały się zupełnie neutralne i podejrzewam, że podobne opowieści mogłaby napisać każda sprzątaczka obojętnie, gdzie pracująca. Myślę, że wiele kobiet we wschodu, które wycierają kurze wielkim, polskim panom mogłyby podzielić się podobnymi opowieściami.

Biję się w pierś, że byłam na tyle naiwna, że połknęłam marketingowy haczyk i nadał się naciągnąć na tę książkę. Niepotrzebnie ścięte drzewa, kasa wsadzona w błoto i zmarnowany czas na czytanie, jedyne co mogę zaliczyć na plus, to fakt że czytałam całe te zwierzenia po niemiecku, więc potencjalnie przyswoiłam trochę slangu sprzątaczek.

sobota, 16 sierpnia 2014

Bitwa warszawska 2014

W Polsce powstała nowa moda na organizowane rekonstrukcji. Ludzie coraz chętniej zrzeszają się w grupy rekonstruktorskie. Kompletują ubranie, jeżdżą po Polsce i bawią się w wojnę. Na widowni zbiera się coraz więcej ludzi, widzowie jeżdżą po Polsce szukając historycznych widowisk.

15 sierpnia świętowałam w Ossowie oglądając rekonstrukcję bitwy z 1920. Byłam tutaj pierwszy raz, w poprzednim roku z powodu ogromnego korka nie udało nam się dojechać na miejsce i świąteczne popołudnie spędziliśmy na pikniku wojskowym w Warszawie. W tym roku było inaczej, dwie godziny przez rozpoczęciem imprezy dotarliśmy na miejsce. Zajęliśmy spokojnie miejsce na pseudoparkingu i udaliśmy się na miejsce rekonstrukcji. Bez nad nami rozpościerał się wielki plac boju z ustawioną widownią, na której udało nam się zarezerwować bardzo dobre miejsca siedzące. Dwie godziny czekania umilały nam oprócz dobrego towarzystwa, próby rekonstruktorów.
W trakcie bitwy o każdych szczegółach historycznych opowiadał lektor, który był idealnie dobrany do swojej roli. Spokojnym, ale donośny głosem, wolnym od wszelkich wad wymowy wprowadzał uczestników w tajniki akcji. Poczynania rekonstruktorów z charakteru chaotyczne i nie zawsze zrozumiałe nabrały jasny i klarowny obraz. Polacy zwyciężyli, przegonili bolszewików, których imperialistyczne marzenia rozwiały się.
Jednak po całym tym widowisku poczułam pewien niedosyt. Bitwa warszawska to jedna z najbardziej znanych bitew, zaliczana do jednych z najważniejszych, więc spodziewałam się tutaj wielkich fajerwerek. A po mimo całego rozgłaszania, reklamowania, namawiania na przyjazd, tak wielu sponsorów, co podkreślał później pan na koniec widowiska, pojawiło się zaledwie ponad stu rekonstruktorów, co na tak wielkim polu bitewnym wyglądało trochę żałośnie. Było to raczej na skalę bitwy lokalnej, na którą przyjeżdżają lokalni widzowie, miałam wrażenie, że moje miasto, aby upamiętnić jedną z bitew z 1939 bardziej się stara niż tutejsze władze miejskie.
Jestem również zniesmaczona wypowiedziami pana, który próbował umilić czas po zakończeniu rekonstrukcji, kiedy to przygotowywano plac na zawody kawalerzystów. Pojawiając się w Ossowie bałam się odezwać, żeby nie zostać przypadkiem zlinczowana. Idąc na pole bitewne zaczęła na mnie napierać polityka - a to wizerunki ofiar z katastrofy pod Smoleńskiej, a to uśmiechnięta twarz doktora Chazana. Było to dla mnie niesmaczne, bo impreza miała łączyć Polaków w obopólnej radość z polskiego zwycięstwa, a nie znowu dzielić. A później do mikrofonu dorwał się niespełniony polityk, który politykował jak w trakcie imienin i to mocno zakrapianych. Wrzeszczał do mikrofonu niemiłosiernie, a swoje wypowiedzi na temat zawodów kawalerzystów przeplatał paplaniną polityczną na temat homoseksualistów, aborcji. Nie wiem jak inni goście, ale ja wyjeżdżając poza miasto, uczestnicząc w takiej, a nie innej imprezie chce odpocząć od mediów, krzyków polityków, politycznego bojkotu. Tego wszystkiego mieliśmy serdecznie dosyć i po prostu wyszliśmy, nie czekając na popisy kawalerzystów, choć wierzę, że warto by było zostać.

Przy tak wielkiej imprezie, gdzie ściąga naprawdę wiele osób, takim osobnikom albo nie powinno dać się prawa głosu albo powinno się ostro pilnować co zamierzają powiedzieć, bo politykowanie w taki dzień i przy takich okolicznościach jest naprawdę zupełnie niepotrzebne.

piątek, 15 sierpnia 2014

Krwawy sierpień

Sierpień to miesiąc krwawych rocznic. Za nami 1 sierpnia - wybuch Powstania Warszawskiego, za nami również 15 sierpnia - zwycięska Bitwa Warszawska. Obydwa te dni obchodziłam w różny sposób, ale za każdym razem dochodziłam do tego samego wniosku - nigdy więcej wojny.

1 sierpnia spędziłam w Berlinie. Ktoś by pomyślał, że mało patriotycznie, może i ma rację. Jednak w mojej torbie podróżnej znajdowały się najnowsze wydania prasy polskiej, gdzie niemalże całe numery poświęcone były Powstaniu Warszawskiemu. Nie omieszkałam również wybrać się na nowo otwartą wystawę, która znajduje się niemalże w samym centrum niemieckiej stolicy. Przestudiowałam ją dokładnie, czytając uważnie, oglądając zdjęcia. Mimo, że wystawa skierowana była głównie do cudzoziemców, zawarte było tam mnóstwo informacji historycznych od początków Warszawy do jej współczesności, skupiając się na okresie II Wojny Światowej oraz samego Powstania Warszawskiego. Na końcu wystawy usytuowany był budynek, w którym mieściła się mała sala kinowa, wyświetlano tam Miasto ruin. Film miałam już okazję widzieć w Warszawie, jednak za każdym razem chwyta za serce, rozdziela je na kawałeczki, a pod powiekami gromadzą się łzy. O ile wystawę cudzoziemcy niekoniecznie z dużą uwagą czytali, bo trzeba było przyznać, że informacji było tam aż za nad to, to filmem byli ogromnie poruszeni - wychodzili ze spuszczoną głową, u niektórych widać było kręcącą się łzę w oku. Złośliwi powiedzieliby, że Niemcy w końcu zrozumieli co zrobili, ale to nie byli tylko Niemcy, dało się tam usłyszeć przeróżne języki.
W środę miałam okazję obejrzeć film Powstanie warszawskie. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i z trudem po zakończeniu seansu powstrzymałam łzy. Fabuła była przemyślana doskonale, najpierw na ekranie pojawiały się sceny z życia codziennego, ludzie cieszyli się, byli pełni entuzjazmu. Im dłużej trwał ten zryw, im więcej ginęło osób, nastroje się pogarszały, tak samo było i w filmie, zaczęły pojawiać się bardziej drastyczne sceny, aż w końcu operator kamery ukazał zniszczoną, a raczej zrujnowaną Warszawę, z której nie zostało nic oprócz gruzów i nasiąkniętą krwią ziemi. Pokolorowanie tych taśm, nadanie im dźwięki przybliżyło Powstanie - pokazało, że powstańcem mógł być każdy z nas, bo ci ludzie nie różnili się wiele od nas. Dla nich również liczyły się różne wartości, byli zakochani, podrywali dziewczyny na ulicy, lubili zjeść czekoladę, używali różnego słownictwa. Mam wrażenie, że właśnie porównanie walczących do nas i pokazanie jak niewiele różnili się od nas współczesnych sprawia, że ten film jest niepowtarzalny, łapie za serce, wyciska łzy, ponieważ masz wrażenie, że za tą barykadą możesz stać ty lub twoi przyjaciele, możesz zginąć ty albo twoi bliscy.

Dzisiejszy, a w sumie wczorajszy dzień spędziłam w Ossowie. Wybraliśmy się na rekonstrukcję Bitwy Warszawskiej. W poprzednim roku nie udało nam się tam dojechać, teraz byliśmy dwie godziny przed czasem. Lubię takie imprezy, ponieważ jestem już pokoleniem, które niekoniecznie jest w stanie przyjąć wiedzę wyłącznie z suchych przekazów książkowych, musi mieć wiedzę zwizualizowaną, dlatego takiego typu imprezy są dla mnie strzałem w dziesiątkę. Zresztą jest też to też dobra okazja dla dużych chłopców, żeby pobawić się w wojnę nie ponosząc w przy tym większych strat. Kiedy widzę oddziały rekonstruktorów, którzy pod polską flagą, w polskich mundurach triumfują, kręci mi się łezka w oku, przecież było tak samo kilkadziesiąt lat temu - Polacy triumfowali.

Staram się nie oceniać historii, nie znam się na tym, pozostawiam to innym. Ja zostawiam sobie jedynie czytanie wypowiedzi innych i porównywanie tych opinii. Jedno zostaje niezmienne - heroizm walczących. Byli w stanie złapać broń i walczyć za ojczyznę, skutecznie czy nie, słusznie czy nie, nieważne - w ich oczach, w ich opinii, ich posunięcie było jedyne słuszne i tak właśnie powinno się wtedy postąpić.