wtorek, 4 sierpnia 2015

Miasto '44

Niemcy w zadość uczynieniu za wyświetlenie na łamach swojej telewizji filmu "Nasze matki, nasi ojcowie" zdecydowali pokazać się polski film "Miasto '44" w reżyserii Jana Komasy. Całe szczęście, że tylko około miliona osób spędziło ten wieczór wraz z włączonym ZDF.


Do tego miliona osób należała moja rodzina i ja. Nie wiedzieliśmy wcześniej tego filmu, byliśmy ciekawi go, tym bardziej, że tak wiele było niejednoznacznych opinii. Usiadłam przed ekran telewizora bez żadnych uprzedzeń. Byłam gotowa na spotkanie z tym filmem, nie przywdziewając wcześniej ani negatywnego ani przychylnego stanowiska. Jednak po pierwszej mało realnej scenie, gdzie filiżanka leciała w zwolnionym tempie, zwątpiłam. Później widząc pocałunek głównych bohaterów, gdzie towarzyszyły im sprawnie omijające ich kule, zataczające niemal serca, zaczęłam się śmiać. Było to tak kiczowate, że jedyną reakcją, na którą było mnie stać, to był śmiech. Szala goryczy przelała się, gdy zobaczyłam scenę miłosnego uniesienia. Była ona mocno perwersyjna.

Do tej pory uważałam się za osobę młodą, ale po obejrzeniu tego filmu mam pewne wątpliwości. Czytałam opinie reżyseria, iż jest to przekaz skierowany do młodych, w celu przybliżenia im tematyki powstania. Wszystko miało być przekazane poprzez taką drogę, aby wynieśli dużo z seansu. Do mnie "Miasto '44" zupełnie nie przemówiło i jestem wdzięczna moim rodzicom i dziadkom, że zadbali o moją edukację, przybliżając mi tematykę dotycząca powstania, bo gdybym miała czerpać wiadomości wyłącznie z ekranów filmowych lub telewizyjnych, miałabym obraz mocno spaczony. Znając to wydarzenie jestem mocno zniesmaczona, a nawet oburzona. Kilka scen przeważyło, że zrobił się z tego paszkwil, bardziej przypominający Straszny film, niż poważny film, obrazujący rzeczywistość. Wcale się nie dziwię, że Niemcy zaraz po tym wyemitowali dokument, gdzie wypowiadali się historycy, powstańcy, a jako obraz użyto prawdziwych fragmentów, nakręconych w czasie wojny.

Z pewnością trudno jest nakręcić dobry film, trzeba balansować na krawędzi, aby ani nie przedobrzyć ani nie pogorszyć



wtorek, 14 lipca 2015

Polacy na emigracji


Siadając w wielkim, białym namiocie wiedziałam tylko jedno - na scenie wystawiana będzie sztuka Mrożka. Jakże było niezwykłe moje zdziwienie, kiedy po nastaniu ciszy na widowni i zapaleniu sie świateł oświetlających scenografię na scenicznych deskach pojawili się aktorzy Teatru Polskiego w Warszawie. usiadłam wygodnie i wiedziałam, że to będzie dobry wieczór.


Miałam przyjemność obejrzenia Emigrantów w reżyserii Piotra Cyrwusa. Na scenie wystąpił Piotr Cyrwus jako przeciętny zjadacz chleba XX oraz Szymon Kuśmider grający intelektualistę AA. Początkowo cała sytuacja miała charakter humorystyczny. Przekomarzanki inteligenta z głupcem, jeśli okraszone są mądra ironią, zawsze są zabawne. Wraz z upływającymi minutami wzrastało napięcie na scenie. Bohaterowie zaczynali dotykać głębiej tematyki, która pomimo upływu ponad 50 lat od powstania tej sztuki, nie zdezaktualizowała się. Widzowie przestawali stopniowo śmiać się, później uśmiech znikał z ich twarzy, wyczuwało się powstający konflikt, który w każdej chwili mógł osiągnąć swoje apogeum, co spowodować mogło posypanie się iskier. Symbolicznym osiągnięciem szczytu była żarówka, która gasła wraz z nastaniem ciężkich emocji.

Sławomir Mrożek żyjąc na emigracji zdystansował się, potrafił dostrzec narodowe wady Polaków i doskonale je wypunktował. Na scenie mamy dwóch bohaterów, zupełnie różnych od siebie, ale to co ich łączy, to oprócz  wspólnego mieszkania, to również posiadanie typowo polskich przywar. Żaden z nich nie jest od nich wolny. Zresztą zastanawiam się, czy w postaci intelektualisty nie jest zakamuflowana autoironia. Pisarz na emigracji, piszący o człowieku zniewolonym, obserwujący drugiego emigranta, pachnie mi zamknięciem siebie w klatce fikcji.

Doskonała gra, mistrzowskie opracowanie tekstu oraz doskonała zabawa rzeczywistością zachęciła mnie do zapoznania się z tekstem w wersji papierowej. A cała sztuka zmusza do refleksji, że mimo upływu ponad 50 lat, niewiele się zmieniliśmy.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Kunszt reporterski

Pierwsze moje spotkanie z tym materiałem miało miejsce w okresie wielkanocnym, kiedy na łamach Trójki pojawiły się fragmenty rozmów z mieszkańcami Ziemi Świętej. Z miłym zaskoczeniem odkryłam je później w rzeczonej książce. Niektóre chwytały za serce i wyciskały łzy, inne bawiły. Zupełnie jak w życiu. Podobne emocje odczuwałam podczas czytania Ziemi Świętej.

Opisaną tematyką zaczęłam interesować się dosyć niedawno. Rozmowy z mieszkańcami, ich historie, opinie uzupełniły doskonale wiedzę teoretyczną, zdobytą przez mnie wcześniej za pomocą podręczników akademickich. Sytuacja panująca w tamtym regionie jest niezwykle zawiła oraz niejednoznaczna, dlatego tym bardziej doceniam kunszt reporterski pana Gutowskiego, który pozwolił zachować mu obiektywizm, co z pewnością było dosyć trudnym zadaniem.

Uważam, że książkę napisać umie każdy, jednak napisanie książki, która byłaby czytana oraz pozytywnie oceniana jest zadaniem już o wiele trudniejszym. Panu Gutowskiemu się to zdecydowanie udało. Umie wyczarować niezwykłe tło do opowiadanych historii. Wraz z współpracą wyobraźni udało mi się nie jeden raz pojawić się w tym samym miejscu, co bohaterowi i razem z nimi spacerować po miejscu zamachu, siedzieć w ich mieszkaniu lub oglądać wybudowany mur tuż przy ich domu. Niezwykła plastyczność, ale również i bardzo emocjonalne wypowiedzi spowodowały, że chociaż książkę przeczytałam jakiś czas temu, to opowieści, obrazy wciąż są w mojej głowie i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Fragment o składaniu ofiar  przez Samarytanin uważam za mistrzowski. Autor zbudował tak wielkie napięcie, że czytała go z wypiekami na twarzy.

Jako najcenniejszą naukę z tej lektury uważam zdanie, które wypowiedział jeden z mieszkańców, iż dawniej mieszkańcy tej ziemi, a zarazem wyznawcy innych religii potrafili ze sobą współistnieć zachowując w tym regionie pokój.



niedziela, 12 lipca 2015

Mroczna tajemnica dorosłości

Kiedy w telewizji pojawiał się prezenter pogody, w domu moich dziadków nastawała święta cisza. Ja, jako małe dziecko nie zawsze mogłam wysiedzieć w jednym miejscu i jeszcze dodatkowo nic nie mówić. Kiedy tylko zaczęłam prowadzić dyskusje, dziadek posyłał mi krótkie, karcące spojrzenie i uciszał. Starałam się wtedy zmobilizować wszystkie siły, aby się nie odezwać. Było to bardzo trudne, zawłaszcza, że przecież na ekranie telewizora leciał właśnie jeden z najnudniejszych programów.

Fenomen prognozy pogody zrozumiałam dopiero po wielu latach, a właściwie to teraz, kiedy odbywam praktyki, a moimi "współpracownikami" są ludzie, których dzielą ode mnie co najmniej dwie dekady. Każda rozmowa zaczyna się i kończy pogodą. Albo rozmawiamy o strasznych upałach albo o przeraźliwym chłodzie. Porównujemy serwisy i ich przewidywania. Odkrywamy nowe strony i oglądamy zapisy satelitarne obrazujące przemieszczanie się chmur i burz.
Praktyka ta oprócz mnóstwa teorii, którą ze są wynoszę każdego dnia, nauczyła mnie jednak o wiele bardziej praktyczniejszej rzeczy niż zapisy wynikające z ustaw i zapisy dotyczące przebiegów konkursów. Pokazał mi jedną, najistotniejsza prawdę, która będzie już na zawsze rzutować na moje przyszłe życie - prognoza pogody nie jest tylko po to, aby wiedzieć jak się ubrać, ale ma ona dużo ważniejsze zadanie, a mianowicie ma funkcję czysto społeczną, pozwalającą na utrzymanie kontaktu lub jego nawiązanie z drugim człowiekiem.

Czuję, że ta nauka oraz codzienne spoglądanie na prognozę pogody przed wyjściem z mieszkania, to przełomowy krok w moim życiu. To wstąpienie w dorosłość i definitywne zagrzebanie dzieciństwa. Otóż po kilkunastu latach życia przyszło mi w końcu odkryć tę najważniejszą i najmroczniejszą tajemnice świata dorosłych.

środa, 8 lipca 2015

Wałkowanie Ameryki

Lubię relacje pana Marka Wałkuskiego dla Radiowej Trójki. Lubię jego piątkowe rozmowy z panem Kubą Strzyczkowskim. Polubiłam Amerykę po kaWałku. Myślałam, że polubię też Wałkowanie Ameryki. Niestety zmierzenie się z tą książką zajęło mi sporo czasu.

Ameryka po kaWałku była opowieścią. Opowieścią, którą można było usłyszeć podczas wieczornego spotkania przy kominku i ciepłej herbacie. Snuta była wartko i ciekawie. Zawierała wiele ciekawostek, pomagała spojrzeć na Amerykę z innej strony, tej mnie utartej. Wałkowanie Ameryki ma inny charakter. To książką, którą nie da się przeczytać szybko. Zawiera zdecydowanie za dużo danych liczbowych, można się w nich pogubić. Po pewnym czasie umysł ma zdecydowanie dosyć i błaga o przerwę. Pierwsza książka pana Wałkuskiego ma charakter zdecydowanie informacyjny i jest na pewno gratką dla wszystkich, którzy kochają liczby i statystyki. Związku z tym, że ja z liczbami nie jestem zaprzyjaźniona z tą pozycją mierzyłam się dosyć długo.

Ameryka po kaWałku oprócz swojego wartkiego i opowieściowego charakteru, urzekła mnie też zdjęciami, które były ciekawe i piękne. Zabrało mi tego w Wałkowaniu Ameryki. Wydanie tej książki zdecydowanie mi się nie podoba.

Mam wrażenie, że gdybym najpierw nie sięgnęła po Amerykę po kaWałku, a w moje ręce trafiłaby najpierw pierwsza książka napisana przez pana Wałkuskiego, to raczej byłabym rozczarowana i po druga pozycję tego autora już bym nie sięgnęła.

wtorek, 30 czerwca 2015

Dziewczyny z Portofino

Moje dzieciństwo znacznie różniło się od dzieciństwa mojej mamy. Dzień mojej mamy wypełniał trzepak, skakanka, guma, witrażyki. Mój czas wolny zapełniała guma, ale nie wiodła prymu. W czasie mojego dzieciństwa królowały zwierzątka elektroniczne. Z wielkim namaszczeniem opiekowałam się niedźwiadkiem, którego pożyczyła mi sąsiadka na noc. Ta różnica pokoleniowa sprawiła, że książka Grażyny Plebanek nie wciągnęła mnie, nie wzbudziła we mnie sentymentu i nie prowadziła do uronienia łez, tęskniąc za tym co już minione.

Dziewczyny z Portofino to opowieść o przyjaźni. Przyjaźni prawdziwej, która zdarza się w życiu każdego z nas. Poplątane drogi, zakręty i chichoty losu częsta sprawiają, że ci którzy jeszcze tak niedawno byli nam bardzo bliscy, stają się w jednej sekundzie kimś dalekim, a odbudowa więzi staje się trudna, ale nie niemożliwa. To też piękna opowieść o tym, jak brutalny bywa świat dorosłych, który próbuje bezlitośni ingerować w życie dzieci, często zakazując im przyjaźni z innym dzieckiem, tylko dlatego, ze nie należy do tej samej klasy społecznej. Budujemy mur, zamiast wyciągnąć do kogoś pomocną dłoń. Oceniając po pozorach, często nie dając drugiej szansy.

Fascynująca była obserwacja życia bohaterek. Obserwacja ich wyborów. Obserwacja dróg, które wybrały lub sytuacji, które stworzył los. A książka nie jest pruderyjna. Świat nie jest lukrowany, jest prawdziwy - brutalny i okrutny, pozbawiony wszelkich skrupułów. To sprawia, ze fabuła trafia do czytelnika, bo niejedno takie doświadczenie, jakie noszą na swoich barkach bohaterki, zna każdy z nas z własnego życia.

Czytając tę książkę, zauważając różnicę pomiędzy życiem bohaterek a moim, często zastanawiam się, czy różnice pomiędzy mną a następnym pokoleniem też będą tak duże. Jako dwudziestolatka byłam mocno zdziwiona, że w latach 90. nie było chociażby testów ciążowych. Wiem, że dla wielu czytelników było to sytuacja normalna i w zadanym przypadku dziwna, niemniej dla mojego pokolenia dostępność chociażby testów ciążowych w niemalże każdej drogerii jest czymś zupełnie normalnym. Myślę, że też niejednej osobie, tak samo jak mi, mogło nie przyjść wcześniej do głowy, że takich produktów u nas nie było.

sobota, 16 maja 2015

Książka dla dziełomaniaków

Tajemnica. Wielcy mistrzowie. Druga wojna światowa. Przygoda. Tatry. Miłoszewski. Dla mnie brzmi dobrze. A dla Was?

Podziwiam pana Miłoszewskiego za jego niezwykłe przygotowanie do napisania książki. Jestem przekonana, że można by ze świecą szukać drugiego takiego autora, który tak rzetelnie pracuje nad swoją powieścią. O wiele łatwiej jest wziąć do ręki klawiaturę komputera i wystukać kilka słów, biorąc je z głowy,  których autentyczność jest zerowa. Trzeba mieć niezwykłą determinację oraz umiejętność słuchania drugiego człowieka, który jest w stanie przekazać nam wartościową wiedzę, aby napisać coś wartościowego, co będzie w stanie przebić się w takiej wielorakiej ofercie, która mamy na rynku wydawniczym.
Bezcenny to zabawa autora z czytelnikiem. Pan Miłoszewski zręcznie żongluje dwoma kulami - rzeczywistością i fikcją. Czasami musiałam się mocno pilnować i weryfikować przeczytany materiał, bo to co czytałam było bardzo wiarygodne. Miałam wrażenie, że autor podczas pisania miał na twarzy przyklejony szyderczy uśmiech i cieszył się na zabawę z czytelnikami, manipulując ich wiedzą. 

Bezcenny posiada wartką fabułę i plastyczny język. Nie ma zbędnych opisów. Nie stroni od przekleństw w adekwatnych sytuacjach. Sprawia to, że czytany tekst jest autentyczny.
Cenię pana Miłoszewskiego za bacznie obserwowanie rzeczywistości. Swoich książkach przemyca kąśliwe uwagi na temat polskości, które mimo tego, ze czasami mogą boleć, to jednak uderzają w samo sedno.

Skaza

Są sztuki i sztuczki. Są przedstawienia i przedstawionka.  Są odbiorcy i odbiorcy. Są różne oczekiwania.

Czwartkowa Skaza wystawiona w Teatrze Syrena rozczarowała mnie. Oglądając przedstawienie miałam wrażenie, że na deski teatralne przeniesiona została fabuła prosto z telewizyjnych paraseriali. Ojciec zakochuje się w narzeczonej swojego syna. Między nimi naradza się płomienny i niezwykle namiętny romans. Mnóstwo seksu i kłamstwa. A na koniec deser - nagość. Odzwierciedlenie brutalnego świata. Prostego świata. Kierującego się wyłącznie instynktami. Oprócz zaspokojenia rządzy i popędu nie liczy się nic. W celu krótkiej zabawy i przeżycia przygody żyje się na krawędzi i naraża szczęście innych, szczęście swoich najbliższych.
Są różni odbiorcy. Są różne przedstawienia. Te zdecydowanie nie było adresowane do mnie. Lubię sztuki, które mną postrząsają i zostają na bardzo długo w mojej pamięci.
Na plus zaliczam muzykę. Idealnie współgrała z wydarzeniami, stanowiąc ciekawe tło. Tworzyła jednocześnie intrygujący klimat.

Widzowie obok mnie kręcili się, ziewali. Mam wrażenie, że nie tylko mi sztuka nie przypadła do gustu.

czwartek, 7 maja 2015

Halo, to ja! - Rozmowy przez domofon

Po skończeniu sagi o Teodorze Szackim sięgnęłam po inną książkę Zygmunta Miłoszewskiego. Sądziłam, że krew się znowu we mnie zmrozi i że z zapartym tchem będę czekała na rozwiązanie zagadki. Zawiodłam się.

Zgrzeszę. Czuję, że mogę zostać zlinczowana. Ale nie lubię Kinga. Mnogość fantastycznych wydarzeń nie przemawia do mnie i sprawia, że męczę się czytaniem jego powieści. Podobnie było w przypadku Domofonu Miłoszewskiego. Książkę skończyłam czytać przez szacunek do autora.
Fabuła była dla mnie za bardzo zawiła. Gubiłam się w wątkach. Błądziłam. Sytuacja była tak abstrakcyjna, że chociaż się naprawdę starałam, nie potrafiłam się zachwycić i dać się wciągnąć.

Niedawno rozmawiałam z moją kuzynką, zapytała mnie czy znam autora, który pisze różne gatunki. Wtedy nie wiedziałam, że Zygmunt Miłoszewski pisze inne powieści niż kryminały. Teraz już jestem bogatsza o tą wiedzę.

wtorek, 5 maja 2015

Ogłuchłam. W tramwaju

Tramwaj to miejsce, gdzie można spotkać różnych ludzi. Można podsłuchać różnych rozmów. Można dowiedzieć się różnych rzeczy. Czasami jednak wolałabym nie rozumieć polskiego. Poziom wypowiedzi, które docierają mimowolnie do moich uszu jest czasami bardzo niski. Często sięgający dna.

Jechałam dzisiaj tramwajem. Wracałam ze spotkania z inspirującym i mądrym człowiekiem. Pełna wiary w ludzi i naładowana pozytywną energią, trafiłam na dno den. Moje drogi skrzyżowały się z pewną parą. Młodzi ludzie, około trzydziestki. Chudziutki mężczyzna, potężna kobieta. Ciekawa mieszanka. Próbuję dodzwonić się do mamy, kiedy do moich uszu dociera pytanie "Czy mam nową koszulę jutro włożyć?". W odpowiedzi słyszę mocny, kobiecy głos: "Nie no co ty, załóż tę, jeszcze się nadaje. Pojutrze założysz nową". Przerwa. Dwoje państwa, stojących nieco dalej rozmawia o pogodzie. Prorokują, że z takich chmur na pewno będzie deszcz.
- "Ciekawe czy Dżesika włączyła termę. Bo wiesz wyłączyłam ją. Ja już się dzisiaj kąpać nie będę".
- "No, ja też nie będę" - mężczyzna z trudem artykułuje słowa. Nie, nie jest pijany. Ma inny mankament. I to wcale nie jest choroba. To wynik trudnego procesu myślowego.
Po zwierzeniu się całemu tramwajowi na temat swojej higieny, nadszedł czas na popisanie się swoją znajomością języków obcych. A dokładniej jednego - łaciny. Ale nie byle jakiej łaciny. W eter posypała się rodzima łacina, piękna, ostra i niezwykle wulgarna.

W tym momencie pożałowałam, że znam polski. Zazdrościłam wszystkim ewentualnym jadącym z mną obcokrajowcom, że mogą sobie dalej jechać beztrosko i oglądać widok za oknem. Zastanawiam się jeszcze właściwie nad jednym fenomenem. Jak to się dzieje, że osoby mające naprawdę coś do powiedzenia, zwykle wymieniają się swoimi spostrzeżeniami po cichu, nie przeszkadzając innym. A takie orły, takie jakie dzisiaj spotkałam, potrafią bez skrępowania na prawo i lewo opowiadać stek bzdur, przyprawiając je wulgaryzmami.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Pyza z Pyziolandi

Mieszkam w Pyziolandi. Mała stolica. Z mała ilością zabytków. Z metrem w kształcie krzyża. Najliczniejsze polskie miasto liczy prawie 2 mln mieszkańców. Lato trwa dwa miesiące i nie jest ciepłe.

Lubię podróżować. Chętnie wsiadam w samolot lub autobus i jadę. Dotychczas zwiedzałam stolice. Liczyłam się z tym, że Warszawa to jak jedynie przedmieście jakieś zachodniej stolicy. Jednak po wizycie w Barcelonie, widzę jak bardzo jest zapyziały nasz kraj. Brzydka stolica, w której zachwycić można się jedynie dwoma ulicami. Możemy poszczycić się dwoma liniami metra. Wartymi zobaczenia są jedynie dwa muzea. Połatane drogi. Autostrady dwupasmowe, na których latem robią się korki. Większość naszego kraju to małe miasta. Z mizerną architekturą i jeszcze mniej ciekawszą historią. Odstajemy na każdym kroku. Nic dziwnego, że się nie liczymy na świecie. Nie wiedzą, gdzie leży Polska, co jest jej stolicą. Kiedy pytają skąd jesteśmy, musimy prostować, że "from Poland", nie "from Holland". Smutni ludzie w smutnym kraju. Gdzie tylko biega się od domu do pracy, od pracy do domu. Gdzie nie umiemy wyznaczyć sobie priorytetów. Dziko biegniemy za pieniądzem, bo musimy. Gdzie wojujemy szabelką, zaczynając z silniejszym. Gdzie ściąga się marne pomysły, ignorując przemyślane i racjonalne rozwiązania.

Przytłacza mnie taka sytuacja. W takich momentach nie czuję się Polką, czuję się jedynie sobą. Europejką. Będziemy gonić jak szaleni, próbując nadrobić stracony czas, jednak z takim podejściem, zawsze będziemy co najmniej dwadzieścia lat do tyłu. I w takich chwilach nie dziwię, że młodzi, zdolni ludzie szukają szczęścia poza granicami Polski.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Drach

Brutalna. Okrutna. Wulgarna. Pierwotna. Mocna. Wciągająca. Tymi sześcioma słowami opisałabym Drach Szczepana Twardocha. Skończyłam książkę czytać w piątek, a nadal nie mogę wyjść z wrażenia. Mam szczęście w tym roku trafiać na naprawdę dobre książki.

Miałam pewne obiekcje, czy poradzę sobie z gwarą śląską. Poradziłam. Poradziłam sobie też z niemieckim. I z polskim również. Język jest prosty do bólu. Prosty, ale plastyczny. Niezwykle plastyczny. Rozbudza wyobraźnie. Działa na imaginację. Bardzo skutecznie. W trakcie lektury przewija się tutaj dużo wątków. Tytułowy Drach opowiada nam o życiu czterech pokoleń. Napisane jest to tak niezwykle zręcznie, że przeplatające się wypowiedzi, opisy tworzą całość, tym samym nie powodują pogubienie się czytelnika. To wielka sztuka.

Uważam, że pokazanie życia pradziadka i prawnuka za niezwykle interesujące. Teoretycznie zmagali się z tymi samymi problemami - miłość, rodzina, jednak umiejscowienie ich w innych ramach czasowych daje zupełnie inny bieg historii, inaczej komplikują się ich losy.

Do mojej rodziny zawitała śmierć. Zbiegło się to z moją lekturą Dracha, w którym jest pełno śmierci. Bohaterowie umierają na wiele sposobów. Odejście z tego świata jest wpisane w życie każdego stworzenia. O tym próbuje przypomnieć nam autor. Oswaja ze śmiercią. Ale pokazuje też brutalność zapomnienia. Zapomnienia przez pokolenia. Rodziców pamiętamy, dziadków też, przy pradziadkach nasza pamięć się zaciera, o prapradziadkach prawie nikt nie pamięta. Uderza w serce, zmusza do refleksji.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Bliski Wschód, Ameryka Łacińska, Afryka - regiony splamione ludzką krwią

Wstyd się przyznać, ale dopiero w dwudziestym trzecim roku życia sięgnęłam po reportaż Ryszarda Kapuścińskiego. I to jeszcze przez przypadek. Przymierzałam się do napisania pracy zaliczeniowej. Szukałam książek w bibliotece. Po wpisaniu interesującego mnie hasła, wyświetlił się między innymi Chrystus z karabinem na ramieniu. Stwierdziłam, że widocznie los chce, aby zapoznała się z twórczością Kapuścińskiego i wypożyczyłam ją.

Autor poświęca książkę trzem regionom, Bliskiemu Wschodowi, Ameryce Łacińskiej oraz Afryce. Z niezwykłą dociekliwością opisuje interesujące go zdarzenia. Rozmawia z tubylcami, ofiarami, oprawcami. Bierze udział w wydarzeniach. Obserwuje wszystko naocznie i stara się nam przekazać prawdziwy obraz, pozbawiony subiektywizmu. Opis dotyczy skali makro i mikro, choć ta mikro jest dla mnie czasami za bardzo szczegółowa. Kiedy czytałam rozdział poświęcony Ameryce niejednokrotnie pogubiłam. Choć winę widzę tu bardziej u siebie niż u autora. Opisywana sytuacja nie była mi wcześniej znana, poruszałam się w tym temacie po omacku. A mnogość przemian, rewolucji i zbrodni utrudniała logiczne pojęcie tematyki.

Skłamałabym, gdybym napisała, że książkę czyta się szybko i przyjemnie. Lektury o śmierci, często niesprawiedliwej nie można zaliczyć do przyjemnych. Jednak język jest prosty, a zarazem plastyczny. Siedziałam wraz z fedainami, przechadzałam się ulicami Syrii, widziałam skatowane zwłoki.

Reportaże te to opowieści o wojownikach. Każdy walczy według siebie w słusznej sprawie. Autor nie ocenia, zostawia tę czynność czytelnikowi.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Na Wschód ze Stasiukiem

Wschód trochę mnie zawiódł. Fragmenty śledziłam w radiowej Trójce. To one zachęciły mnie do kupna tej książki. Po skończeniu lektury czuję niedosyt.

Jest to sentymentalna podróż na Wschód. Ten bliższy i ten dalszy. Wraz z autorem przemierzymy wschodnią część Polski, ale również zobaczymy Mongolię i Rosję. To zmierzenie się z przeszłością. Skonfrontowanie przeszłości, wyobrażeń i opowieści z rzeczywistością. Opis utrzymany jest w melancholijnym klimacie i tutaj zaczynają się zgrzyty między moimi oczekiwaniami a tym co znalazłam na stronach książki. Lubię wartką akcję, mnogość zdarzeń, kolorowe przygody. Tutaj spotkałam się z czymś innym. Pewnie muszę dorosnąć do takiej prozy.
Bardzo lubię książki podróżnicze. Ta też ma zadatki do bycia książką podróżniczą. Jest jednak jedno "ale". Dla mnie taki rodzaj prozy musi zawierać opisy krajobrazu i ludzi. Nie dlatego, że moja wyobraźnia jest ograniczona. Absolutnie nie narzekam na brak imaginacji, czasami jest ona nad wyraz rozwinięta. Jednak kiedy czytam o prawdziwym świecie, chciałabym widzieć go takim jakim naprawdę jest, a tutaj autor zostawił nam pole do popisu.

Wschód sięga głęboko w przeszłość autora, dotyka jego dzieciństwa. Być może przepaść wieku, która nas dzieli sprawia, że pewnych rzeczy nie rozumiem. Zostałam wychowana w zupełnie innych czasach. A opowieści o PRLu są dla mnie czasami niczym opowieści science fiction.

środa, 8 kwietnia 2015

I'm Teodor. Teodor Szacki

Uwikłanie zakończyło moje pierwsze spotkanie z Teodorem Szackim, ale jestem przekonana, że to nie było moje pierwsze i ostatnie zetknięcie się z cynicznym panem prokuratorem. Seria jest tak zagadkowa i tak tajemnicza, że nie daje mi spokoju i często gości w moich myślach.

Uwikłanie jest umiejscowione w Warszawie. Zbrodnia zdarzyła się w miejscu, obok którego przez trzy lata niemalże codziennie jeździłam. Cieszę się, że po książkę sięgnęłam dopiero teraz, a nie trzy lata temu. Wtedy z pewnością moja codzienna droga nie przebiegałaby tak spokojnie i zwyczajnie jak wcześniej. Ostatnio kiedy przypadkowo znalazłam się obok klasztoru na mojej twarzy pojawił się cyniczny uśmiech, ale z ulgą opuściłam to miejsce, bo miałam w sobie pewien nieprzezwyciężalny niepokój.
Pan Miłoszewski to wnikliwy obserwator i świetny architekt napięcia oraz kreator postaci. Jestem zauroczona jego profesjonalizmem. Każda strona pokazuje, że tematyka jest mu dobrze znana i nie błądzi po omacku w temacie. A to jest sztuka, bo o ile łatwiej wymyślić sobie historyjkę, udać znawcę tematu niż przygotować się do pracy rzetelnie? Ponad to świetnie wodzi na nos czytelnika. Kiedy jestem już przekonana, że znam sprawcę zabójstwa. Nagle autor puszczam mi z ostatnich stron książki lubieżnie oczko, uśmiecha się szelmowsko, daje pstryczek w nos i pokazuje jak bardzo się myliłam. Zastanawia mnie tylko jedno, skąd pan Miłoszewski bierze pomysły na tak brutalne sceny mordów, albo nie, nie chce wiedzieć.

Pierwsza część serii o Teodorze Szackim to dopiero rozgrzewka autora przed napisanie Gniewu, który moim zdaniem jest jedną z najlepszych powieści, którą kiedykolwiek miałam okazję mieć w ręku.

środa, 18 marca 2015

Smutna starość

Dzisiejszy wolny dzień postanowiłam wykorzystać, aby udać się do centrum handlowego i uzupełnić swoją szafę. Zważywszy na przepiękną pogodę. Na cudownie świecące słońce i rozkosznie wiejący wietrzyk, postanowiłam odbyć mały spacer. W Warszawie mieszkam na Gocławku, choć rdzenni mieszkańcy mówią, że jest to jeszcze Grochów. W każdym bądź razie doskonale słyszę dzwony z kościoła na placu Szembeka. Ścieżka mojego spaceru krzyżowała się również w tym miejscu.

Przechodzę ulicę Grochowską. Dalej idę w stronę bazaru na Szembeka. Po mojej lewie stronie stoją stare, opuszczone budynki. Okna zabite deskami. Nad drzwiami smętnie wiszące szyldy, dawno zapomniały o latach swojej świetności. Kiedyś był tutaj szewc, ale ludzie już nie naprawiają butów. Kupują nowe. Pod budynkiem kwitnie handel. Na rozłożonych kocykach ustawiony jest asortyment. Można tu kupić wszystko: stare buty, żyrandole, naszyjniki, książki, medale. Sprzedający to starsi ludzie. Jest tylko jedna młoda kobieta, sprzedaje zabawki. Ludzie za swoich kramów uśmiechają się, rozmawiają radośnie, ale mają smutne oczy, pełne bólu. Przechodzę, kraja mi się serce. Na prowizorycznych straganach próbuje sprzedać się wszystko, byle tylko za co mieć kupić jedzenie albo leki. Zamiast dożyć spokojnej starości, cieszyć się życiem, muszą walczyć. Walczyć o przetrwanie. W Warszawie jest dużo takich miejsc. Pewnie nie w takich barwach malowana była ich wyobrażona przyszłość.

Idę dalej. Mijam kolejne ulice, kolejnych ludzi na swojej drodze. Docieram do celu. Do miejsca pełnego rozpusty i ludzi z pełnymi portfelami. Warszawa to miasto wielu kontrastów.

poniedziałek, 16 marca 2015

Ostatni Gniew

Wybiła północ. Leżę na łóżku i czytam Gniew. Przewracając kolejne strony, odkrywam jeszcze więcej mrocznych tajemnic. Przykrywam się szczelnie kocem, ale ten nie zdaje się ratować mnie przez potencjalnym mordercą. Wymykam się na paluszkach, staram się nie hałasować. Podbiegam do drzwi i zamykam pokój na zamek. Teraz nie będzie już tak łatwo wejść. Brak stabilnego parapetu, piorunochronu w pobliżu ratuje mnie przez ewentualnym wejściem nieznajomego przez okno. Strach jednak nie ustaje, wyobraźnia pracuje, a umysł domaga się więcej i więcej.

Lubię niebanalne historie, zagadki i tajemnice. Pan Zygmunt Miłoszewski zaserwował mi wszystko. Zgrabnie napisana, barwnym językiem fabuła. Tylko ubolewałam nad tym, że nie znam Olsztyna. O ile z wyobrażeniem sobie miejsc akcji w Ziarnie prawdy miałam o wiele łatwiej, tutaj musiałam polegać jedynie na wyobraźni. Jednak jestem pewna, że będą w tamtym okolicach nie odbiorę sobie tej przyjemności, zajrzę do tego miejsca i przespaceruję się tymi samymi ścieżkami co Teodor Szacki, który sprytnie skradł moje serce. Przy pierwszym spotkaniu uważałam go za totalnego cynika, zakompleksionego i niewartego uwagi, jednak zmieniłam zdanie, oczarowana jego inteligencją i ciętym językiem. I choć serce mi się krajało, kiedy czytałam ostatnie strony książki, to jestem wdzięczna autorowi, że nie zakończył całej tej historii według mojego życzenia (takiej masy lukru i szczęścia nie wytrzymałabym na papierze).

Dzięki panu Miłoszewskiemu i całej nagonce medialnej (w tym przypadku jak najbardziej słusznej) odkryłam nowy gatunek literacki, którymi mnie niezmiernie porwał.

Ps. Lubię też to, że zarówno w Ziarnie prawdy, jak i w Gniewie pogoda idealnie pasowała do ponurej historii.

czwartek, 5 marca 2015

Zapiski z wielkiego miasta

Jadę tramwajem. Stoję i obserwuję ludzi. Mają różne zajęcia. Niektórzy patrząc bez okno, inni bawią się telefonami, mało kto ze sobą rozmawia. Mnie jednak najbardziej interesują czytający książki.

Uwielbiam obserwować ich emocje. Lubię kiedy nieśmiale się uśmiechają, kiedy otwierają szeroko oczy ze zdziwienia. Podglądam też tytuły, czasami z nimi czytam. I tak sobie myślę, że to świetna promocja książek. Gdy widzę w tramwaju kilka osób czytających powieści tego samego autora, pojawia się w mojej głowie myśl, że musi to być niezła pozycja. Po pierwsze ktoś nie mógł się z nią rozstać i po mimo pewnego ciężaru spakował ją do torby, bądź plecaka. Po drugie jeśli autor cieszy się taką popularnością, to pewnie książka jest warta przeczytania.

Pewnego dnia w mojej głowie zaświtała myśl, że wydawcy powinni sponsorować takich czytelników, bo to może napędzać sprzedaż książki.

poniedziałek, 2 marca 2015

Niewidzialna wystawa

Pewnie, gdybym powiedziała, że na Niewidzialną wystawę wybierałam się odkąd pomieszkuję w Warszawie, skłamałabym. Nie wiem czy ona już tak długo tutaj urzęduje. W każdym bądź razie myśl o odwiedzeniu tego miejsca towarzyszyła mi bardzo długo. W styczniu w końcu się wybrałam.

Przed wejściem przybliżono nam świat niewidomych. Pokazali jak parują skarpetki, jak oddzielają białko od żółtka, jak korzystają z komputera i jak wyglądają pomoce naukowe dla dzieci. Był to bardzo ciekawy początek zgłębiania wystawy. Później kazano mi zdjąć okulary. Dano nam kilka porad jak zachowywać się w trakcie zwiedzania i weszliśmy do pierwszego pomieszczenia. Było zupełnie ciemno. Dookoła tylko czerń. Gdzieś słyszałam głosy współzwiedzających i śmiechy. Dla nas była to raczej zabawa, ponieważ doskonale wiedzieliśmy, że wychodząc świat znowu stanie się kolorowy i będziemy mogli polegać na wszystkich zmysłach.

Naszym przewodnikiem był pan Piotr, głos znany mi już z Radiowej Trójki, gdzie gościł w jednym z reportaży, poświęconemu właśnie tej wystawie. Był niezwykle otwarty człowiek. Wprowadził nas w świat niewidomy i wielką cierpliwością odpowiadał na pytania, które przez niektórych mogłyby być uznane za niewłaściwie i nietaktowne. Jednak takie dokładne, nieskrępowane odpowiedzi przyniosły rezultat, ponieważ pozwoliło nam to dokładnie zrozumieć świat z punktu widzenia niewidomych. Dla mnie stali się oni zupełnie takimi samymi ludźmi jak ja. Wiem, że może to nie zabrzmi dobrze, poświadczy o moim prymitywizmie, ale przekonałam się, że nie należy im współczuć, bo oni robią nawet tak ekstremalne rzeczy jak żeglowanie, na co ja sama bym się nie odważyła. Kiedyś miałam styczność z ludźmi niepełnosprawnymi ruchowo. Bliski kontakt z nimi i obcowanie z nimi kilka dni pokazał mi, że są tacy jak ja. Szkoda tylko, że czasami trzeba mną potrząsnąć, abym coś zrozumiała.

Po raz pierwszy odkryłam, że czerń ma wiele kolorów.

niedziela, 1 marca 2015

Kryptonim Posen

Powodem mojego dzisiejszego nie wyspania jest Piotr Bojarski. Położyłam się do łóżka. Zapaliłam lampkę nocną i sięgnęłam po Kryptonim Posen. Postanowiłam poczytać tylko pół godziny, ale związku z tym, że zbliżałam się do końca książki, musiałam ją skończyć. W ten sposób z pół godziny zrobiła się godzina.

Autor usnął ciekawą historię dziejącą się w interesujących i nietypowych okolicznościach. Trzeba było wykazać się sporą wyobraźnią, aby wymyślić hipotetyczne tło, które jest bardzo realistyczne (Piotr Bojarski musiał dość dobrze zgłębić prawdziwe wydarzenia, żeby tak sprytnie i tak merytorycznie upleść czysto hipotetyczne zdarzenia).


Opowieść mnie wciągnęła, szczególnie na końcu, kiedy wszelkie wydarzenia potoczyły się niespodziewanie. Jedynie zabieg z monologiem i opisem zachowań sprawcy mi nie przypadł mi do gustu, ponieważ już w połowie książki domyśliłam się, że to właśnie ta osoba będzie zabójcą. Nie spotkałam się z zaskoczeniem jak przy poprzedniej książce kryminalnej, po którą sięgnęłam, czyli przy Ziarnie prawdy. 

Autor postarał się zgrabnie utrzymać ducha epoki. Po ulicach przemieszczali się elegancko ubrani dżentelmenowi, trzymający pod rękę przepiękne damy, noszące gustowne ubrania. Między nimi spacerowali polski żołnierze w towarzystwie swoich wybranek. Jednak najbardziej ujęło mnie posługiwanie się gwarą poznańską.
Skoro jesteśmy jeszcze przy języku, to minusem jest brak tłumaczeń niemieckich rozmów. O ile mi to nie przeszkadzało, ponieważ ten język znam, to jestem przekonana, że dla niektórych czytelników mogłoby to być mocno irytujące (przynajmniej ja bym tak miała w przypadku innego języka obcego).

Jeśli kto szuka dobrej rozrywki na wieczory, to zachęcam do sięgnięcia po tę książkę - dobrze się ja czyta, akcja jest warta, a tło historyczne dosyć ciekawe.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Schmitt - współczesny oświeceniowy autor

Swoją przygodę z twórczością Schmitta rozpoczęłam od Oskara i pani Róży. Książka tak bardzo mnie wzruszyła i poruszyła moje serce, że zdecydowałam się zapoznać z innym pozycjami tego autora. Nie pamiętam, co później trafiło w moje ręce. Pamiętam, co trafiło w moje serce. - Marzycielka z Ostendy. Nie potrafię rozstać się z nią na dłużej. Ten zbiór opowiadań tak bardzo trafił w mój gust, że właśnie go zdecydowałam się zabrać pewnego listopadowego dnia na spotkanie autorskie ze Schmittem, od tego czasu książka ta jest dla mnie relikwią, ozdobioną dedykacją.

Schmitt jest specyficznym autorem, to taki trochę moralista, który bierze nas za uszy, potrząsa nami i otwiera oczy na nasze postępowanie. Przynajmniej tak jest w moim przypadku. Już nie raz czytając Marzycielkę z Ostendy, pojawiały się w mojej głowie refleksje, że postępuje podobnie jak bohaterowie, których potępiam za postępowanie. Wtedy podnoszę się z kolan jak człowiek upadły i próbuję naprawić swoje błędy. Jednak jestem buntownikiem i wbrew wszystkim wchodzę do tej samej rzeki dwa razy, ba nawet więcej, więc kręci się błędne koło, bo znowu upadam, a później wstaję i tak odnowa. A Schmitt jak dobry wujek patrzy na mnie z kart swoich książek, uśmiecha się ironicznie i cierpliwie wyciąga mnie po raz kolejny za uszy.

Swoją drogą muszę mieć słabą pamięć, skoro dwa razy w roku sięgam po Marzycielkę z Ostendy i za każdym razem mnie zaskakuje, bo zapominam o pewnych fragmentach. Ewentualnie specjalnie zapominam, żeby spotkać się z Marzycielką, bo ją z całego serca kocham, to moja ulubiona postać.

niedziela, 22 lutego 2015

Polski Sherlock Holmes

Pożegnałam się z Teodorem Szackim, odłożyłam książkę, dotknęłam rozpalonych polików, a w mojej głowie pojawił się okrzyk entuzjazmu "majstersztyk!". Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z kryminałami, Ziarno prawdy było tym pierwszy. Tym samym jestem przekonana, że nie będzie to ostatnia książka z tego gatunku, która trafi w moje ręce.

W książce oczarowała mnie nie tylko niebanalna fabuła, która niezwykle wciągnęła, wodziła za nos i zaskakiwała czytelnika, ale oczarowało mnie również przygotowanie się autora do napisania powieści (choć raczej zamiast oczarowania, powinnam mówić o zaimponowaniu). Nie jeden raz spotyka się pozycje, które osadzone są w jakimś konkretnym miejscu na świecie, istnieje dokładne położenie, można je znaleźć na mapie, ale tylko na określeniu nazwy się kończy. W tym przypadku jest zupełnie inaczej. Wybór Sandomierza nie był przypadkowy. Z miastem związana jest mroczna legenda. Z mroczna legendą związane jest sprawa, którą bada prokurator Teodor Szacki.

Pan Zygmunt Miłoszewski starł na drobny mak wszelkie piękne słowa o tym, że Polacy to naród czysty i bez skazy. Doskonale rozprawił się z polskością, wypunktował wszystkie nasze przywary i zrobił to bardzo celnie. Niektórych cech nie zauważałam wcześniej, teraz jestem zaskoczona swoim zaślepienie. Ocena swojej narodowości jest trudna. Nie można dać ponieść się emocją, które często wyprowadzają nas w pole. Trzeba umieć się rozdwoić, stanąć obok siebie i chłodnym rozumem wszystko zaobserwować.

Wszelkie obowiązki, które miałam do wypełnienia w tym tygodniu robiłam pilnie i sumienie, ale w mojej głowie ciągle przewijała się myśl, żeby jak najszybciej wrócić do Teodora Szackiego, dać porwać się jego geniuszowi i śledzić jego niezwykły proces myślowy. Zakończenie mnie zaskoczyło, w najodleglejszych myślach nie wpadłabym na nie - to wielki plus dla autora, lubię jak mnie rozwiązania zaskakują.

wtorek, 17 lutego 2015

Muzeum, które straszy

Chłodne, listopadowe popołudnie. Ubrana w zimową kurtkę, z czapką mocno naciągniętą na uszy, ruszyłam w kierunku Państwowego Muzeum Etnograficznego, w celu spotkania się twarzą w twarz z kulturami, tymi bliskimi oraz tymi dalekimi. Myśl o postawieniu swoich kroków w tym miejscy ekscytowała mnie cały dzień. W pamięci przywoływałam obrazy z mojej ostatniej wizyty w tej placówce – kolorowe suknie, tajemnicze przedmioty. Zacierałam ręce na to spotkanie.
Będąc na miejscu z ogromną siłą pchnęłam masywne, drewniane drzwi i spotkałam się ze smutnymi paniami z kasy. Zakupiłam pośpiesznie bilet, nie chcą przeszkadzać im swoją obecnością. Zdjęłam wierzchnie ubranie i udałam się do pierwszej sali.

”Zwykłe-niezwykłe. Fascynujące kolekcje w zbiorach Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie”
W sali przywitał mnie uśmiechnięty i niezwykle gadatliwy strażnik muzealny. Obejrzał mój bilet, dał kilka wskazówek i pożyczył miłego zwiedzania. W nozdrzach poczułam przyjemny zapach starej, drewnianej podłogi, wzięłam głębszy oddech, aby móc się nim delektować. Deski pode mną rozkosznie zaskrzypiały, to był dobry początek mojej wizyty w muzeum.
Swoje pierwsze kroki pokierowałam do tablicy informacyjnej, opisującej wystawę. Pochłonęłam cały tekst, zaklasnęłam w ręce, zachęcona frazą „fascynujące kolekcje w zbiorach Państwowego Muzeum Etnograficznego”, w głowie rodziły mi się niezwykłe obrazy.


Sala oprowadza zwiedzającego po historii placówki, zbiorów i ich pozyskiwania. Skłamałabym, gdyby napisała, że przeczytałam każdą tabliczkę, pochyliłam się z wielką uwagą nad każdym eksponatem. Jestem trochę jak przysłowiowa sroka, moim największym zainteresowaniem cieszyły się te najbardziej kolorowe przedmioty. Zafascynował mnie strój Indianki Saraguro, który nęcił mój wzrok pięknym, kolorowym i misternie wykonanym naszyjnikiem. Zadziwiłam mnie broszka, cudownie wykonana, ale niekoniecznie wykorzystywana jedynie do pięknych celów. Oprócz funkcji czysto ozdobnej, miała również funkcję obroną. W chwili zagrożenia można było taką biżuterię użyć do uszkodzenia przeciwnika. Może zabić byśmy drugiej osoby, tym nie zabili, ale zapewne dotkliwą ranę można by zadać, używając tego narzędzia umiejętnie.

Sztuka ludowa często kojarzona jest z prymitywizmem, sama ją tak odbieram, podświadomie, z przyzwyczajenia. Jednak czy ktoś dał nam prawo, aby tak właśnie określać te przedmioty? Często twórcy ludowi, to ludzie prości, samoucy, bez wykształcenia, ludzie, którzy tworzą, bo lubią, bo mają talent, bo chcą coś przekazać innym lub po prostu sztuka ta służy ozdabianiu wnętrza. Czy mamy prawo do wartościowania tej sztuki i określenia jej jako gorszej, pierwotnej, a przez co mniej wartościowej? Sztuka ludowa płynie z serca, jest tworzona przez ludzi dla ludzi, nie przepływają przez nią pompatyczne ideały, jest prosta, a przed co nieskalana współczesnym, zepsutym światem.

„Inne oblicza. Maski, marionetki i sztuka cieni ze zbiorów Chińskiego Narodowego Muzeum Sztuki”
Mój krąg zainteresowań nigdy nie dotyczył wschodniej części świata. Interesowała i nadal interesuje mnie sztuka Zachodu, tj. europejska oraz amerykańska. Nie mam narzędzi do badania kultury chińskiej, nie znam się na niej, nie mam dużej wiedzy o tym kraju. Dlatego stwierdzenie, że wystawa mnie pochłonęła, zaintrygowała, przyciągnęła na dłuższą chwilę i zmusiła do dłużej kontemplacji, byłoby oszustwem, obłudą i kłamstwem na rzecz rzeczonej pracy. Jednak starałam się wykonać rzetelnie swoje zadanie, a wystawę przestudiowałam uważnie, próbując choć odrobinę poznać tę inną kulturę.

Wystawa zorganizowana jest ku uczczeniu 65. rocznicy ustanowienia polsko-chińskich stosunków dyplomatycznych. Czytając przedmowy, dowiadujemy się, że „[w]ymiana kulturalna [między Polską a Chinami] rozpoczęła się już na początku XVII wieku. [...] Polska fascynacja Chinami sięga już przynajmniej czasów króla Jana III Sobieskiego. [...] Niemniej jednak był to również wyraz pewnej mody ogarniający wówczas całą Europę i trwający przez kilka kolejnych wieków. Moda na chińszczyznę nie miała szczególnie walorów poznawczych, chodziło zdecydowanie bardziej o rozrywki mające posmak egzotyki”. Tendencja się stopniowo odmienia, a ludzie kierują swoje oczy ku Chinom nie ze względu na modę, a  ze względu na fascynację chińską kulturą, czego obrazem jest niniejsza wystawa.
Swoje pierwsze kroki pokierowałam do świata masek. Robiły wrażenie. Misternie pomalowane i ozdobione. Jednak bardziej niż chińskie moją uwagę przyciągnęły maski tybetańskie, których twórcom naprawdę należą się ogromne brawa i szczere wyrazy uznania za niezwykle szczegółowe wykonanie, pomysłowość, kreatywność i przede wszystkim talent. Są przepiękne. Były tworzone kilkaset lat temu, gdzie nie było takiej technologii jak dzisiaj, nie było takich narzędzi, którymi dysponujemy współcześnie, a jednak tworzono prawdziwe dzieła sztuki. Można by znowu mnie posądzić o kierowanie się sroczym instynktem, ponieważ te tybetańskie po prostu były bardziej kolorowe, miały żywsze barwy i były ozdobione przeróżnymi materiałami. Albo obudził się we mnie instynkt kobiety, a słowa piosenki Marilyn Monroe można by sparafrazować następująco: najlepszymi przyjaciółmi kobiety są błyskotki.
„Maski pomagały komunikować się z bóstwem, odganiać złe duchy i choroby, a także przyciągać błogosławieństwa”. Maski miały przebogatą symbolikę. Laik, taki jak ja, czuł się trochę zagubiony w całym tym świecie, w mnóstwie kolorów i symboli. Uważam za fascynujący fakt, że sztuka ludowa, która uważana jest za sztukę pierwotną i prymitywną, posiada tak wiele ukrytych treści, których bez większej wiedzy nie da się odkryć (chyba, że ktoś ma rozwiązanie podane na tacy, tak jak ja, a wszystko znajduje się na tablicach opisujących dany obiekt, wtedy wszystko staje się proste). W życiu bym się nie domyśliła, że wielka, zielona żaba, która przypominała trochę rozjechaną, ma symbolizować umiejętność walki w wodzie. Gdyby nie informacja byłaby przekonana, że to zwierzę znajduje się tutaj przypadkowo albo że twórca lubił żaby ewentualnie dlatego, iż żaba prezentowała się nadzwyczaj dobrze z całą kompozycją.
Następnie stanęłam twarzą w twarz z chińskim teatrem cieni, tradycyjną i ludową formą rozrywki Chin. „Artystyczną grę światła i cienia uzyskuje się, rzucając światło na poruszane ręką animatora przedmioty”. „Kukiełki” oraz rekwizyty zadziwiają bogatą ornamentyką, wielością szczegółów, misternym wykonanie oraz pełnią kolorów. Zadziwiającym jest fakt, że wszystkie te przedmioty podczas teatru są tylko czarne, nie widać barw, nie widać ornamentyki, widać jedynie kontury, czasami lepiej, a czasami gorzej, a mimo wszystko twórcy tak wiele serca i czasu poświęcają swoim dziełom. W pustej sali kinowej, gdzie byłam tylko ja, obejrzałam dwa przestawienia: „Żółw i żuraw” oraz o przeprawie króla Małp przez wulkan. Zadziwiły mnie swoją precyzją ruchów, które były subtelne, przemyślane i odzwierciedlały rzeczywistość, niczym postacie z Disney’owskich bajek. Całemu widowisku towarzyszyła muzyka, dźwięki, które w normalnym warunkach wykonywane są przez orkiestrę na żywo. Podkreślenia warty jest fakt, że „[w] 2001 r. chiński teatr cieni został wpisany na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO”.

Przy okazji prezentowanych tutaj eksponatów zauważyłam, że wszelkie postacie zwierzęce niezwykle różnią się od tych, do których przyzwyczaiła nas europejska sztuka ludowa. Chińskie zwierzęta przypominają bardziej mistyczne stworzenia, występujące w baśniach, a nie istoty, które możemy spotkać w świecie rzeczywistym (nie oceniam tutaj próby odzwierciedlenia smoka, bo to istota magiczna, nierealna, ale przedstawione zostały również zwierzęta spotykane w rzeczywistości, lwy czy świnie i gwarantuję, że w życiu nie widziałam tak udziwnionych przedstawicieli tych gatunków).

Stosunek Ameryki Południowej i Łacińskiej do kwestii śmierci jest mi dobrze znany, inaczej jest z moją wiedzą o stosunku Chin i Tybetu do odejścia z tego świata. Dla nas, Europejczyków to czas żałoby, wielki smutek, koniec doczesności, ból i cierpienie, natomiast dla kultur wschodu to oderwanie od cierpienia, radosny czas, który jest doskonale widoczny w sztuce ludowej. Na wystawie znajduje się maska cmentarna, która jest pełna żywych, wesołych kolorów, bogato ozdobiona, a posunęłabym się również o stwierdzenie, że postacie znajdujące się na tym przedmiocie są radosne, uśmiech pojawia się na ich twarzach.

Wystawa „Inne oblicza” jest obfita w różnorodne eksponaty. Jednak uważam, że dla współczesnego człowieka jest ona zbyt nudna. W dobie dostępu do wszelkiego rodzaju mediów, szczególnie do Internetu, gdzie króluje obraz ruchomy, statyczne obrazy, nieruchome eksponaty są zbyt nużące. Po kilku minutach percepcja człowieka obniża się, a przedmioty zaczynają być podobne. Brakowało mi interakcji, dźwięków, ruchomych obrazów, które są tak powszechne w światowych muzeach, chociażby w muzeach londyńskich.

4. Rozprawienie się z muzeum
Kiedy wypadało mi jeszcze nosić dwa warkocze i ogromne kokardy na głowie, corocznie spędzałam z rodzicami wakacje w górskiej miejscowości, w Żywcu. Urlop planowaliśmy tak, aby pokrył się z Tygodniem Kultury Beskidzkiej. Proszę sobie teraz wyobrazić małą dziewczynkę, z ogromnym lizakiem, która z ciekawością w oczach obserwowała występy artystów folklorowych z całego świata, która z fascynacją obserwowała kolorowe suknie kobiet meksykańskich, które wprawiane w zawirowania ze swoją wielością barw przypominały wielkiego, okrągłego, smacznego lizaka. Wakacje w Żywcu obudziły we mnie nie tylko ciekawość do folkloru meksykańskiego, ale również do ludowości innych narodów.

Z bólem w sercu, a nawet z krwawiącym sercem stwierdzam, że zawiodłam się na muzeum. Szłam tam z wielką ekscytacją, wyszłam z niedosytem i rozczarowaniem. Cieszyłam się na spotkanie z kolorowymi, przepięknymi strojami, fascynującymi przedmiotami, mając w pamięci swoją ostatnią wizytę w tym miejscu. Dzisiejsze muzeum jest wymarłe. Panowała tam niezwykle intymna atmosfera – eksponaty, panowie strażnicy, kilku zwiedzających i ja. Co prawda sprzyjało to kontemplacji i bliskiemu spotkaniu z prezentowanymi obiektami, ale pomimo kilku eksponatów, które wymieniłam wyżej, nie było nic co przyciągnęło i fascynowało. Czułam się trochę jak intruz, który zakłóca spokój temu miejscu. Przerywałam panom strażnikom spanie albo czytanie książek, byli zmuszeni do pilnowania mnie. Nie dawali mi tego odczuć osobiście, że jestem tu niemile widziana, ale czułam się winna, że powoduję zamęt w tym miejscu.

Ludowość to nie tylko „martwe” eksponaty, które ogląda się za szklaną szybą. To muzyka, rękodzieło, którego zrobienia można podjąć się samemu. W tym przypadku na swoje nieszczęście było mi dane odwiedzić kilka światowej sławy muzeów, między innymi londyńskie Albert and Victoria Museum i jestem zrozpaczona stanem Państwowego Muzeum Etnicznego. Mam wrażenie, że zatrzymał się tu czas, a przystosowane jest dla ludzi z poprzedniej epoki, którzy posiadali jeszcze zdolność większej percepcji na tekście pisanym i przedmiotach statycznych. Współcześni ludzie, a w szczególności młodzież, którą powinno się przyciągać do takich miejsc, odbierają świat już zupełnie inaczej niż ich rodzice, a tym bardziej dziadkowie. Gratką jest dotknięcie przedmiotu, przymierzenie ubrania (a dodatkowo zrobienie zdjęcia, aby pochwalić się nim na portalu społecznościom), obejrzenie filmu, wysłuchanie muzyki. Utwory ludowe są ważnym elementem ludowości, a mam wrażenie, że o niej zupełnie zapomniano. Jestem zdania, że cicha melodia w tle nie przeszkadza w kontemplacji, napiszę więcej, współczesny człowiek żyje w wiecznym hałasie, a to właśnie permanentna cisza go rozprasza i drażni.

Pan strażnik gorąco zapraszał mnie do odwiedzenia ich w drugiej połowie grudniu, kiedy zostaną otwarte trzy stałe wystawy, które tymczasowo są w budowie lub przebudowie – Judaica, Chopin i stroje. Jednak nie wiem czy uda mi się szybko zatrzeć złe wrażenie o tym miejscu i wrócić tu w najbliższym czasie. 

poniedziałek, 16 lutego 2015

A gdyby tak Hitler powrócił?

Mając prawie dwadzieścia trzy lata, powinnam być świadoma, że książki, które na okładce okrzyknięte są bestsellerami, mogą okazać się słabe, a taki chwyt może być jedynie czysto marketingowy. Oczywiście podejmując decyzję o kupnie "On wrócił", zapomniałam o tej regule i sięgnęłam po tak zwaną najlepiej poczytną książkę.

Autor starał się przy pisaniu pierwszych trzydziestu stron, później sobie odpuścił, miał już w nosie czytelnika i skończyły mu się pomysły. Do pierwszych trzydziestu stron książka mnie bawiła, później przeraziła. Na początku Hitler, który po kilkudziesięciu latach obudził się w nowych Niemczech był zagubiony, musiał się ze wszystkim oswoić i wszystko poznać. Swoją nieporadnością wzbudzał współczucie i uśmiech na twarzy. Później w mojej głowie pojawiło się pytanie: czy to normalne współczuć takiemu zbrodniarzowi? Po pierwszych trzydziestu stronach wyleczyłam się z wszelkich ludzkich odczuć, pojawiła się we mnie przerażenie, jak reagowali współcześni Niemcy na pojawienie się tej postaci. Owszem była to tylko czysta fikcja literacka, ale ja nie mogłam pozbyć się wrażenia, że gdyby teoretycznie doszło do takiego zdarzenia, reakcje byłyby identyczne. Traktowali go jako maskotkę, komika, który nie podżega do nienawiści, tylko wygłupia się.
Niemniej książka to również spojrzenie w krzywym zwierciadle na współczesność. Często są to trafne spostrzeżenia, chociażby wtedy, kiedy Hitler ogląda telewizje. Jest przerażony masowym nadawaniem seriali paradokumentalnych i swoją drogą ma rację. Można napisać by całą litanię na temat tego czym karmi nas telewizja, ale tutaj w tym wpisie, nie oto chodzi.

Styl i język nie powala na kolana, czytałam dużo więcej książek, które miały o wiele lepsze walory językowe. Jeśli ktoś ma okazję dostać tę pozycję za darmo, niech sięgnie po nią dla czystej rozrywki i zobaczenia, czym potencjalnie zachwycają się nasi zachodni sąsiedzi. Jednak jeśli ktoś chce są specjalnie kupić, to odradzam, jest wiele więcej wartościowszych i lepiej napisanych książek. Jedyne co chciałabym pochwalić, to okładka. Ktoś naprawdę sprytnie ją wykombinował.


wtorek, 10 lutego 2015

Daj rozgrzać swoje serce

Kiedy byłam w Londynie, fraza, którą najczęściej wymawiałyśmy był "miś Paddington". Pamiętałam go jeszcze z czasów, kiedy byłam małym smrodkiem, a w telewizji królowały bajki z nim. W mojej pamięci utkwił jako miś sierot, ciągle pakujący się w kłopoty przez co mocno mnie tym irytował. Ale w poprzednim tygodniu wybrałam się do kina na ekranizację tej opowieści. Teraz biję się w pierś, oddaję honor wszystkim, którym zaśmiałam się w twarz, kiedy oni zachwycali się tą postacią, bo mały, niesforny miś skradł mi serce.

Film "Paddington" był tak uroczy i przecudowny, że ciągle jestem pod jego wrażeniem i czekam na kolejną możliwość obejrzenia go. Była to niezwykle ciepła opowieść o miłości i rodzinie. Ponad to większość akcji rozgrywała się w Londynie przez co była to dla mnie sentymentalna podróż po mieście, które niedawno miałam okazję zwiedzać.

"Paddington" rozgrzewa serduszka i roztapia zaspy śniegowe.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Pamiętnik Globtrotera - Mazury

Kiedy usłyszałam o pomyśle wyjazdu na Mazury, jęknęłam. Czemu nie możemy pojechać w góry, tylko musimy wyruszać w miejsce zarezerwowane dla wilków morskich? Moje wyobrażenie o Mazurach było ograniczone, wydawało mi się, że są tam tylko jeziora, jeziora i jeziora, no ewentualnie czasami las. Jakie wielkie było moje zdziwienie, kiedy w końcu tam pojechałam i odkryłam to miejsce.




Pierwszym punktem naszej wycieczki było Mrągowo. Miasto kojarzyło mi się z szalonymi cowboyami wyrwanymi z Pikniku Country oraz z zapalony żeglarzami z fajkami w ustach, wiatrem we włosach i z lubieżnym uśmieszkiem. Znowu się zdziwiłam, to urocze miasteczko, przepięknie położone nad jeziorem. Mnóstwo tu oczywiście turystów, ale również wiele łabędzi, które wdzięczą się do aparatów.

Kolejnym punktem wycieczki był Wilczy Szaniec. Związku z moimi zainteresowaniami, które nie mają absolutnie związku z kierunkiem studiów, jedynie z zainteresowaniami historycznymi, obowiązkowym przystankiem było to miejsce. Trasa, którą przeszliśmy była niesamowita i usiana wieloma tajemnicami, które fascynowały i ekscytowały. Niemiecka precyzja została niezawodna, pomimo wysadzenia murów bunkrów, można oglądać jeszcze fragmenty. Jedne są w lepszym stanie, inne w gorszym. Interesujące wydają się być metalowe konstrukcje, stanowiące trzon bunkrów. Tony żelaza, stali, niektóre z nich przetrwały do dzisiejszych czasów, w nienaruszonym stanie, bez śladów rdzy. To w tym miejscu dokonany został jeden z nieudanym zamachów na Hitlera.


Jeśli kręcą kogoś podobne tematy - niewyjaśnione zagadki historyczne i miejsca, które skrywają w sobie sporo nieznanego, zachęcam do odwiedzenia Mamerki. Tam znajdziemy Kwatery Dowództwa Wojsk Lądowych. Pod względem architektonicznym są ciekawszym miejscem niż Wilczy Szaniec, ponieważ nie zostały one wysadzone, przez co można wejść do środka i posmakować trochę bunkrowego życia. Zachęcam do zabrania latarek, można je również wykupić przy wejściu. Poruszanie się z nimi znacznie ułatwi nam odkrywanie budynków. Z dachu jednego z bunkrów roztacza się natomiast przepiękny widok na Kanał Mazurski.



Jeszcze jedno miejsce skrywa tajemnice III Rzeszy - Leśniewo Górne. Znajdziemy tam zaporę, na której znajduję się jedyny kontur zachowany w Europie po orle nazistowskim. Budowla imponuje swoją wielkością. Jadąc na Mazury nie spodziewałam się, że znajduję tak wiele fascynujących miejsc, owianych przerażającą historią, które widziały tak okrutne czasy.

Przez kilkanaście lat w moich wyobrażeniach o Świętej Lipce pojawiał się kościół, na środku
którego rosła prawdziwa lipa, wielka, masywna, a żeby nie hamować jej rozwoju zrobiono dziurę w suficie, by mogła się w spokoju rozwijać. Moim wielkim rozczarowaniem, wyrwaniem z mojej głowy dziecięcych fantazji, wyobrażeń było pojechanie do tego miejsca. Byłam podekscytowana, zawsze chciałam zobaczyć to niesamowite połączenie natury z architekturą. I teraz wyobraźcie sobie, co dzieje się z dwudziestoletnią osobą, która staje przed kościołem, rozgląda się, a tam lipy nie ma. Czar tego miejsca opadł, umarł razem z moim dzieciństwem, został na amen pochowany. To bolało. Kiedy jednak tam pojedziecie, przekonać się, że lipa jest i owszem, ale na ścianie, metalowa, nieładna, to polecam jednak usiąść w jednej z ław i poczekać na koncert organowym. Jest to mistrzostwo nad mistrzostwami. Niesamowite wrażenie, ogromny talent zarówno osoby, która kilkaset lat temu skontrowała ten instrument, jak i osoby wygrywającej te piękne dźwięki.



Obcowanie z przyrodą jest fascynujące, tutaj na Mazurach takich wrażeń nie zabraknie, ale jeśli chcecie przeżyć coś bardziej egzotycznego polecam pojechać do Kadzidłowa. Jest to Park Dzikich Zwierząt, które z różnych powodów nie mogą żyć na wolności. Możemy popatrzeć tam prosto w oczy wilkom, rysiom, lisom. Kiedy moja mama była tam kilka miesięcy wcześniej można było pogłaskać małe liski. Dla miastuchów, takich jak ja takie atrakcje są niesamowicie atrakcyjne. Jestem osobą mało cierpliwą, więc stanie w jednym miejscu i czekanie na dziką zwierzynę, niestety nie wchodzi w grę w moim przypadku, dlatego też w takich parkach czuję się doskonale. Wielką frajdę, dla dzieci i dla dorosłych jest karmienie zwierząt czterokopytnych.


Zwolennikiem zamków średniowiecznych nie jestem, nie jarają mnie takie klimaty. Najczęściej ich wnętrza zieją pustką, a ja jestem jak sroka, lubię popatrzeć na błyszczące, ładne, a nawet przepiękne elementy. Jednak zamek w Rynie był zupełnie inny. Moje życie nie jest imponująco długie i nie jest kraszone dużą ilością doświadczeń, nie widziałam jeszcze wszystkiego i niestety nie zobaczę wszystkiego, dlatego też moje zdumienie zamkiem w Rynie może być dla niektórych niezrozumiałe. Jednak po raz pierwszy, właśnie tam zobaczył prawdziwą sale rycerską, z krwi i kości. Przykryta była czymś w rodzaju wielkiego baldachimu, co ogromnie mnie zdumiało. Jeśli jesteśmy w Rynie polecam odejść kilka kroków od zamku i zajrzeć do starego młyna, bo oprócz sklepu z ciekawymi pamiątkami, charakterystycznymi dla tego rejonu, można tam wybornie zjeść. Samo wnętrze jest już niesamowicie zachęcające, a kiedy zobaczyłam kartę dań, byłam w raju. Zjadłam tam jedną z najsmaczniejszych zup pomidorowych, a później zamówiliśmy Obiad Młynarza, kiedy zobaczyliśmy to danie opadły nam szczęki, ale szybko wróciły do normalnej pozycji, kiedy włożyliśmy do ust pierwszy kęs. Wychodząc z restauracji można było nas toczyć jak kuleczki, ale o wszystko zadbano - wiadomo, że po obfitym jedzeniu najlepszy jest ruch, więc aby wyjść z powrotem na miasto, należało wspiąć się pod górę.


Przedostatnim punktem na naszym mazurowym szlaku było Giżycko. Najpierw oczywiście trafiliśmy do portu i w okolice mostu obrotowego, który powinien być obowiązkowy obejrzany przez każdego. Konstrukcja wydaje się być solidna i przede wszystkim ogromnie ciężka, ale zdanie o niej można zmienić, kiedy starszy mężczyzna sprawia, że most się odsuwa i tym samym umożliwia przepłynięcie przez kanał pojazdom wodnym.

Szczęśliwie udało nam się trafić na święto Twierdzy Boyen. I była to dla mnie wspaniała gratka, bo odbywała się inscenizacja bitwy o twierdzę z 1914 roku. A nie wiem czy jest to powszechnie znane, ale mnie po prostu jarają takie imprezy. Dużo huku, podrażniający nos zapach dymu, sztuczna krew, krzyki rannych. Żywa lekcja historii, co prawda smutnej i przeraźliwej historii, ale wypada i takie rzeczy znać.



Obojętnie czy ktoś jest wilkiem morskim czy nie, podróż statkiem po największym jeziorze Polski - Śniardwym musi się odbyć. Moja podróż rozpoczęła się wspaniale, jeszcze nie ruszyliśmy, a już mnie tak zbujało, że byłam pewna, że dalszą część wycieczki spędzę w łazience. Całe szczęście po kilku minutach zieleń z mojej twarzy spłynęła, mój błędnik przyzwyczaił się do delikatnego bujania i mogłam rozsiąść się wygodnie na ławce i rozkoszować przepięknym widokiem. Prażące słońce, wiatr we włosach, zapach wody, to właśnie w takich chwilach człowiek przestaje dziwić się wszystkim żeglarzom, marynarzom, że tak ich ciągnie na wodę.



Mazury to raj dla wszystkich, którzy kochają przyrodę i lubią z nią obcować. To raj też i dla tych, którzy chcą uciec od codzienności, pędem za światem, tłokiem na ulicach, korkach. To raj też dla fotografów, niesamowita natura stwarza mnóstwo okazji do sfotografowania tego co najpiękniejsze. To raj nie tylko dla wilków morskich, to raj dla wszystkich, bo każdy tu może znaleźć coś dla siebie i molo i tłum, i wodę i ciszę, i przyrodę i spokój. Z czystym sercem polecam.







środa, 4 lutego 2015

Wojna widziana od trzeciej strony

Ile razy w swoim (powiedzmy szczerze jeszcze dość krótki) życiu usłyszałam owianą sławą frazę "nigdy więcej wojny"? Nie zliczoną ilość razy. A do ilu już doszło konfliktów? O wiele za dużo. Za każdym razem, kiedy widzę zdjęcia z wojen robi mi się cholernie smutno, ale jeszcze gorzej jest z moim samopoczuciem, ponieważ jestem w tej kwestii całkowicie bezradna, nie mogę pomóc tym setką nieszczęśliwych ludzi.

Korespondenci.pl nie należą do prostych pozycji. To nie jest książka, po którą sięgnęłoby się z zapałem o każdej porze dnia. To zbiór opowieści, historii, które przytłaczają i zbijają z tropu, o których wciąż się myśli i nie ma się od nich uwolnić. Wiele razy było mi ciężko, kiedy czytałam o losach ofiar, szczególnie na początku książki - pierwsze wspomnienia były naprawdę mocne. Musiałam sobie czasami zrobić przerwę i sięgnąć po coś optymistycznego, by nie popaść w apatię. Świat jest okrutny, jeszcze bardziej niż te opisy, są one ocenzurowana przez wspomniane, zatarte i trochę stłumione.

Książka stworzona jest przez dwóch autorów, co nadaje jej ciekawego charakteru. Nie jest jednakowa pod względem formy - znajdziemy tutaj wywiad w czystej postaci, reportaż, dziennik i pomniki postawione tym, którzy nie chcieli, bądź nie byli w stanie porozmawiać z Kowalską lub z Rogacinem. Język jest również różnorodny, co spowodowane jest narzuconymi formami.

Dotąd znałam wojny z książek historycznych, opowieści dziadków, teraz poznałam je z innej strony - ze strony korespondenta wojennego. Podziwiam tych ludzi za odwagę.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Wielki kunszt noblisty

Intrygująca okładka, papier kartek niezwykle delikatny, za każdym razem bałam się go naruszyć. Podczas czytania do moich nozdrzy docierał przecudny zapach farby drukarskiej zmieszany z zapachem papieru. Za każdym razem, kiedy brałam książkę do swojej ręki, zanurzałam nos w niej i napawałam się przepięknym zapachem.

W porywie chwili i z mocno bijącym sercem ogłosiłabym Mario Vargas Llosa geniuszem. Książka niezwykle mnie wciągnęła, a siedząc na zajęciach odliczałam czas, kiedy będę mogła sięgnąć po nią ponownie i znowu przenieść się do gorącego Peru, gdzie żar leje się z nieba, a ludzie są wiecznie spoceni i spragnieni, gdzie emocje biorą górę, a w powietrzu unosi się woń bliskości ciał. Wcześniej nie miałam miałam w ręku powieści latynoskiego autora, więc pierwsze spotkanie było niezwykle intrygujące i fascynujące. Najpierw szokowały mnie opisy kobiet. Wychowana na grzecznych i ułożonych autorach europejskich, którzy opisując płeć żeńską skupiali się na jej oczach, wargach, włosach, przeżyłam zdziwienie, kiedy przeczytałam pierwszy opis Llosa - bohaterki najczęściej miały jędrne pośladki oraz wydatne piersi, a był to jedyny opis tych postaci.
Llosa to ostry mistrz słowa. Nie stroni od wulgaryzmów, ale nadają one całości opowieści smaku i pikantności, choć jestem przeciwniczką używania "brzydkich słów" na łamach książek, to jednak mam wrażenie, że bez nich opowieść ta nie byłaby tak intrygująca i siedząca w głowie.
Moje uznanie autor zdobył za niezwykłą umiejętność. Fascynujący jest zabieg łączenia teraźniejszości z przeszłością. Z niespotykaną dla mnie wcześniej umiejętnością w dialog wplata wspomnienie, ale nie robi tego w trywialny sposób, zaczynając retrospekcję słowami: "A tak było kiedyś" albo "I nagle przypomniał sobie co stało się dwa dni temu". W niezwykły dla siebie sposób łączy chwilę obecną z przeszłością. Jestem oczarowana tym zabiegiem. Niezwykłe.

Zdziwił mnie jeden fakt, musiałam przejrzeć dokładnie, w jakich czasach rozgrywa się cała ta historia. Mocno byłam zszokowana, kiedy przeczytałam o Justinie Bieberze, wielkich kinach, gdyż uderzyło to w moje przekonanie, że akcja rozgrywa się kilkadziesiąt lat temu. Zanim sięgnęłam po książkę Llosa myślałam, ze problem dyskryminacji ludności rdzennej został zażegnany, że społeczeństwo jest tolerancyjne, że się intrygowało, ale najwidoczniej nic się nie zmieniło, bo Metysi nadal byli traktowani jako gorsi, a ich przeciętna możliwość zatrudnienia osiągała szczyt w zawodzie sprzątaczki, bądź szofera.


"Dyskretny bohater" to powieść wiodąca czytelnika za nos, razem z bohaterami odkrywamy tajemnice i rozwiązujemy zagadki, których rozwiązanie nie jest trywialnej i będące już znane na samym początku. Książka zabrała mnie w podróż po Peru, do miejsca, do którego chciałabym pojechać i które chciałabym zobaczyć na własne oczy. Powieść to również "wędrówka" po mentalności Latynosów, która jest bardzo odmienna od naszej.

niedziela, 25 stycznia 2015

Hobbit - alegoria świata

Słów na temat najnowszej ekranizacji Hobbita pojawiło się w Internecie mnóstwo. Jestem laikiem, nie czytałam książki, nie obejrzałam drugiej części filmu, poszłam do kina w celu nacieszenia oczu przecudownymi widokami, z których słynie Władca Pierścieni i wcześniejsze części Hobbita.

Po powrocie do domu w mojej głowie zostały słowa wypowiedziane przez umierającego Thorina skierowane do Bilbo. Powiedział, że gdyby wszyscy ludzie ceniliby bardziej dom niż złoto, to świat byłby szczęśliwszy. Trafione samo sedno, zdanie, które świetnie podsumowuje historię świata. I po całym tym szale związanym z ekranizacją Hobbita, to właśnie te słowa powinny pozostać w naszej głowie i pobudzić nas do refleksji.

Nie będę pisać nic więcej, recenzję pozostawiam ludziom, którzy bardziej znają się na twórczości tolkienowskiej niż ja. Ze swojej strony zachęcę jedynie do przemyślenia tej całej wojny, a szczególnie sporu, który miał być zalążkiem do bratobójczej walki.

piątek, 23 stycznia 2015

Obywatelu, marsz do kina!

Polski Forrest Gump osadzony w realiach PRLu. Brzmi dobrze, nie? Dałam się na to nabrać i z chęcią wybrałam się na Obywatela w reżerii Jerzego Stuhra.

Zostałam zachęcona zwiastunem, osobą reżysera oraz obsadą. Byłam przekonana, że będzie to ogromna dawka śmiechu. W końcu taka była obietnica autora. Z kina wyszłam nieco rozczarowana. Jedyne co mnie nie zawiodło to gra aktorka, aktorzy zostali dobrani bardzo dobrze, wybrani zostali ci najlepsi i najbardziej utalentowani. Fabuły nie okrzyknęłabym mianem genialnej, może to kwestia tego, że za bardzo nastawiłam się na ten film, a przez to wzrosły moje oczekiwania, a może jako pokolenie wychowane w wolnej Polsce nie rozumiałam wszystkiego i nie dorosłam do tego, aby bawiły mnie pewne niuanse. A być może opacznie zrozumiałam i film wcale nie miał być komedią?
Jedno jest pewne, to film, który rozprawia się z poprzednią epoką, Polakami oraz ich przywarami. Bardzo trafnie pokazana została kwestia antysemityzmu, uderzono dokładnie w sedno. Stuhr nie bał się poprawności politycznej, uderzył z grubej rury. A kalkę zachowań można przełożyćby na czasy współczesne. Choć zmienił nam się system, moda i lata w kalendarzu, to mentalność pozostała ta sama - uciekamy się do dyskryminacji (na zewnątrz tego nie widać, ale warto posłuchać rozmów na zakrapianym spotkaniu, wtedy każdy Polak nabiera szczerości), uwielbiamy kombinować, buntować się, oszukiwać władzę.

Jeśli ktoś jak ja nastawi się na sporą dawkę śmiechu rozczaruje się. Za to polecam film, aby zobaczyć siebie w krzywym zwierciadle.

czwartek, 22 stycznia 2015

Król prerii

Wojciech Cejrowski to człowiek o dwóch twarzach. Pierwsza przedstawia gorliwego katolika, stojącego na straży katolickich wartości. Druga twarz, ta bardziej mi znana i bliższa, to Wojciech Cejrowski wielki podróżnik. Cenię tego autora za barwne opisy, ciekawy język i wartościowe opisy miejsc, których mnie, przede wszystkim ze względu na brak odwagi, dawne zapewne nie będzie dane zobaczyć.

Z Ameryką w tym roku spotkałam się już po raz drugi. Najpierw w moje ręce trafiła Ameryka po kaWałku Marka Wałkuskiego, teraz towarzyszyłam Wojciechowi Cejrowskiemu w jego podróżach po prerii. Teoretycznie zdawałam sobie sprawę z tego, że Stany są ogromne, a przez to z pewnością bardzo różnorodne, ale nie zdawałam sobie sprawy, że te różnice są tak duże. Najpierw poznałam Amerykę od strony miasta, gdzie przechadzali się eleganccy ludzie, spieszący się do swoich biur w korporacjach. U Cejrowskiego wchodzimy do wnętrza społeczności stanu Arizona, gdzie po ulicach, w biały dzień przechadzają się kowboje, tak dobrze znani z westernów.
Kilka lat temu oglądałam Tajemnica Brokeback Mountain, a przez co mój obraz kowboja, chadzającego w butach w ostrogach, wielkim kapeluszu i rzucającego źdźbło trawy, był bardzo mocno spaczony (kto oglądał ten film, doskonale wie o czym piszę, pozostałych zachęcam do rozszerzenia wiedzy we własnym zakresie). Wydawało mi się też, że gatunek facetów ze stali, których noc nie ruszy wyginął, więc jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy przeczytałam o nich właśnie w tej książce.
Cenię w Wojciechu Cejrowskim umiejętność zaaklimatyzowania się w każdym miejscu, do którego przyjedzie. Wchodzi w społeczność, żyje z nimi, zaprzyjaźnia, a później wszystkie swoje obserwacje opisuje na papierze. Robi to w tak niebanalny i zarazem tak ciekawy sposób, że z jednej strony byłam ciekawa co znajdę na kolejnych stronach książki, a z drugiej było mi szkoda, że zbliżam się sukcesywnie ku końcowi. Mam za sobą wiele książek podróżniczych i zdecydowanie mogę powiedzieć, że nie każdy ma taki dar, tak barwnego opisywania rzeczywistości. Książka posiada wiele ciekawych i trafnych spostrzeżeń, a wszystko jest utrzymane w zabawnym stylu. Za plus uważam uwagi tłumacza, choć rozmawianie ze sobą, nawet na papierze jest trochę dziwne. Jednak Cejrowski ma ogromny dystans do siebie i bawi się z czytelnikiem, często wprawiając go w zdumienie.
Atutem tej książki jest nie tylko słowo pisane, ale również jej wydanie. Okładka i wnętrze przypominają stary pamiętnik, który okraszony jest przecudownymi zdjęcia. Patrząc na nie człowiek ma ochotę rzucić wszystko, zostawić za sobą i pojechać na prerię, bo świat wydaje się być tak odrębny od naszego, że wydaje się być idyllą, pełną ciszy i spokoju.
To opowieść również o sile i determinacji człowieka, który jest w stanie przystosować się niemal do każdych warunków. A kowboje to ludzie żyjący w respekcie z naturą, to przydałoby się i nam, Europejczykom, ponieważ mamy dziwne mniemanie, że jesteśmy tak wielcy, że wszystko sobie podporządkowaliśmy, a jest inaczej. To przyroda jest na tyle dobra, że nie pokazuje swoich pazurków i daje nam żyć na tym świecie jak tylko sobie chcemy.

Tych, którzy obawiają się, że Wyspa na prerii będzie przesycona poglądami autora, uspakajam, że ze spraw religijnych można wyczytać jedynie o spędzaniu świat przez autora.

Ps. "Jest jeszcze coś, o czym mężczyźni nie mają pojęcia: Kobieta nigdy nie zmienia poglądów - nie musi, gdyż ma wszystkie naraz."

środa, 21 stycznia 2015

M jak Murakami

Kiedy nadchodzi sesja i zaczynam uczyć się do egzaminów, nachodzi mnie wielka chęć do pochłaniania powieści. Staram się tak zagospodarować czasem, aby w każdą wolną chwilę poświęcić na czytanie.

Moje pierwsze spotkanie z Haruki Marukami miało miejsce przy sesji letniej, sięgnęłam wtedy po Na południe od granicy, na zachód od słońca. Entuzjastyczne recenzje zachęciły mnie do zapoznania się z twórczością tego autora. Jego książką byłam zachwycona, pochłonęłam ją szybko. Zachęcona po dobrym pierwszym spotkaniu z Murakami, wyszukałam promocji i kupiłam trzy inne jego książki (jedną nawet podwójnie - przy zakupie w księgarni zapomniałam, że już ten tytuł zamówiłam przez Internet).
Dzisiaj skończyłam czytać Norwegian Wood, z którą mierzyłam się od września, między końcowymi stronami znalazłam informację o egzaminie wstępnym na studia. Naczytałam się tyle pochlebnych recenzji dotyczących tej pozycji, że czuję presję napisania pochlebnych słów. Jednak niezupełnie podzielam tego entuzjazmu. Jeśli pierwsza książka mnie oczarowała, ta trochę rozczarował, o czym świadczy fakt, że czytałam ją przez cztery miesiące.
Temat powinien być mi bliski z racji tego, że bohaterowie są w moim wieku, studiują i wkraczają w dorosłe życie. Depresyjne nastroje, bezsensowność bytu nie przekonywały mnie, staram się brać z życia to co najważniejsze, patrzeć na niego optymistycznie, nie rozumiem ludzi, który stale mają weltschmerz, tym bardziej, jeśli są młodzi, a cały świat stoi przed nimi otworem. Być może jest to kwestia różnicy pokolenia i kultury. Zostałam wychowana w innej rzeczywistości i w innym kręgu kulturowym, może w tym leży problem.
Godnym pochwały jest fakt, tak sprytnego skontrowania powieście, że cały czas przewija się wątek piosenko Norwegian Wood. Zresztą w  wszystkich książkach Murakami, które miałam w ręku, przemija się wątek muzyki, najczęściej tej klasycznej.

Nie umiem się jednoznacznie odnieść do niej książki. Czasami czytało mi się ją fatalnie, czasami bardzo dobrze. Czasami mnie wciągała, czasami zniechęcała. Najlepszym rozwiązaniem będzie sięgnięcie samemu po nią i skonfrontowanie się z nią.

Ps. Każda książka Murakamiego (a przynajmniej te, co do tej pory przeczytałam) to kulinarna podróż. Ważnym elementem opisu dnia bohatera jest opis jego posiłku. Dania są zupełnie inne niż te, które spożywane są na co dzień w Europie, a to traktuję jako dodatkowy walor (nie to, że nie jemy tego samego co Japończycy, ale fakt, że pisarz uchyla nam trochę swojego świata i swojej kultury poprzez opisy spożywanych potraw).

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Sesja is coming

Dzięki moim znajomym nie potrzebowałabym kalendarza. Obserwując ich zachowanie mogę bez problemu dojść do wniosku, że mamy teraz przełom stycznia i lutego, a studenci przypominają sobie, że znowu nic nie zrobili przez cały semestr i trzeba w końcu przysiąść nad notatkami, zarwać kilka nocy i elegancko zdać sesję.

Kiedyś oznaką nadejścia sesji były tłumy w bibliotece, widok zaczytanych studentów, pilnie czytających swoje notatki. Teraz tłum co prawda pozostał, ale zdobywanie wiedzy nie okazuje się poprzez rzeczywiste siedzenie nad materiałami, ale poprzez ilość opublikowanych wiadomości na facebooku.
Jest 1.22 mam włączony rzeczony wcześniej portal internetowy, a przy imionach i nazwiskach moich znajomych świeci się więcej zielonych kółeczek niż normalnie o tej porze nocy. Przeglądam tablicę, a tam milion informacji o tym, że nadchodzi sesja, swoja drogą dziękuję za informacje, nie wiedziałam. Ludzie prześcigają się w tym, kto robi bardziej kreatywną rzecz, zbierają lajki i masę komentarzy pod upublicznionym materiałem. Zapętla się koło, bo przecież nie można przejść obojętnie obok informacji, że Osi z Top Model zdradziła sekret na szczupłą sylwetkę albo że w trakcie sesji pochłania się czekolady i szuka się usprawiedliwienia na ten fakt.

Biedna ja, nie mogę się uczyć, nie mogę przejść obojętnie obok tak ciekawych informacji. Moi bezduszni znajomi nie pozwalają mi się uczyć. To z pewnością wszystko przez nich, przecież nie mogę tak bezdusznie wyłączyć komputer i nie zareagować na ich nowinki.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Hiro i spółka

Mam weltschmerz, głęboki. Naprzemiennie czytam Korespondenci.pl oraz Prawa człowieka. Zło, które opisane jest w tym dwóch pozycjach przytłacza mnie. Pokazują, że cierpienie ludzkie jest nierozerwalne z naszą kulturą i cywilizacją. Boli mnie bezsilność i niemożność zmiany świata.

Mieszkam w małym mieście, które pochwalić się może własną salą kinową. Czekać na najnowsze produkcje nie musimy długo, są one nam dostarczane dość szybko. Dlatego za niewielkie pieniądze możemy co weekend spotkać się na sali kinowej z innymi mieszkańcami miasta. Jest ciasno, ale przytulnie oraz intymnie. Jednak najbardziej lubię klimat tego kina z innego powodu. Kiedy zaczyna się film, szczególnie film dla dzieci wszyscy na hura otwierają przemycone jedzenie: chipsy, czekolady, batoniki. Każdy stara się to robić po kryjomu i tylko wtedy kiedy gaśnie już światło, żeby nie było przypału, bo przecież wnoszenie jedzenia jest passe.
Dzisiaj wybrałyśmy się z moją siostrą na Wielką Szóstkę. Historia dzieje się w Japonii, bohaterem jest chłopiec, który z powodu różnych związków losowych staje przed trudnym zadaniem, jednak dzięki pomocy rodziny i przyjaciół udowadnia, że stosunki międzyludzkie są lekiem na każde zło. Ciepła opowieść o ciężkim życiu, dająca wiarę w ludzkość. Podnosi na duchu i ulecza weltschmerz. Uśmiałam się niemiłosiernie, ale też uroniłam kilka łez, które po kryjomu starałam się otrzeć.

Lubię bajki dla dzieci, szczególnie te wychodzące z wytwórni Walta Disney'a, a powiedziałabym, że kiedy są to o wiele lepsze produkcje niż filmy dedykowane dla dorosłych. Czasami zdarza się, że człowiek się zabiega, biegnie niewiadomo w jakim celu, biegnie i kiedy osiąga swój cel okazuje się on być niewarty poświęceń. Bajki sprowadzają na ziemie, pokazują, że zagubiliśmy się, zatraciliśmy sens życia, pokazują co powinno być dla nas cenne. Ale tym samym pokazuje, że wszystko można odkręcić, a z najbardziej krętej drogi można zawrócić.Przywracają wiarę w ludzi i emanują ciepłem.

sobota, 3 stycznia 2015

Ameryka bez stereotypów

Kiedy stawiałam pierwsze kroki w Warszawie, towarzyszyła mi Radiowa Trójka. W moim domu, na kuchennym blacie stoi radio, zakupione zostało, gdy wprowadzaliśmy się do tego miejsca, od tego czasu jest nierozerwalnym elementem naszego życia codziennego. Odbiornik zawsze był i jest nastawiony na fale 98.8. Będąc w Warszawie tęskniłam za domem, lekiem było nastawienie radia na stację słuchaną przez moich domowników i chociaż na chwilę przenosiłam się do kuchni i zasiadałam z moją rodziną przy kuchennym stole. Teraz po sześciu latach zamieszkiwania poza domem, nadal za nim tęsknię, ale swoją tęsknotę nie łagodzę już słuchaniem radia, bo dnia bez Trójki nie potrafię sobie wyobrazić.

W moim domu niemalże cały czas włączone jest radio, nie wiem czy jest to strach przed ciszą czy czysta kwestia przyzwyczajenia. Jednak ogromnie cenię to radio, ponieważ przeciwieństwie do swojego telewizyjnego rodzeństwa nie zeszmaciło się. Redaktorzy nie karmią nas tanią sensacją, bezsensownymi rozmowami, dennymi audycjami, zamiast tego ich fach stoi na naprawdę wysokim poziomie. Lubię wieczorem usiąść przy radiu posłuchać ciekawych dyskusji, genialnie zrobionych słuchowisk. Wczoraj miałam okazję posłuchać retransmisji spotkania z Markiem Wałkuskim, na którym promował swoją najnowszą książkę Ameryka po kaWałku. Usiadałam wygodnie w fotelu i na godzinę przeniosłam się do studia im. Agnieszki Osieckiej i oczyma wyobraźni uczestniczyłam "na żywo" w spotkaniu. Nie była to może do końca mądra decyzja, ponieważ byłam w trakcie czytania tej książki, a panowie troszeczkę zdradzili co ciekawsze smaczki z tej opowieści, ale mimo wszystko czytało mi się ją przyjemnie, gdyż słowo mówione różniło się od słowa pisanego.

Jeśli miałabym wymienić książki, które odmieniły mój światopogląd, to zdecydowanie na tę listę trafiłaby wspomniana wcześniej pozycja. Mój dotychczasowy obraz Amerykanina był znacznie ograniczony, nacechowany stereotypami, które dokarmiane były przez głupie amerykańskie komedie. Tak więc typowy Amerykanin był dla mnie grubym debilem objadającym się frytkami, popijający je colą, rozwalonym na fotelu i gapiącym się bez sensu w telewizor. Obraz szalonego naukowca z Ameryki też miałam spaczony, uważałam go za dzikawa, który wybiera absurdalne tematy i próbuje zrobić z nich materiał naukowy. Nie będę Wam zdradzać co dokładnie odmieniło mój tok myślenia, które fakty przeważyły, że mam teraz inny obraz Amerykanina, proponuję zajrzeć do książki i samemu się przekonać czy te wszystkie wyobrażenia, które siedzą w naszych głowach są poprawne. W każdym bądź razie jestem zachwycona niektórymi amerykańskimi rozwiązaniami i chętnie przeniosłabym je na grunt polski, ponieważ w doskonały sposób odmieniłyby nam życie i sprawiły, że bylibyśmy bardziej radośniejsi, a życie nie byłoby dla nas tak okrutne, a przez co i smutne.

Ameryka po kaWałku składa się z sześciu rozdziałów lub jak kto woli kawałków, każdy opisuje inny fenomen typowy dla tego kraju. Można ją czytać po kolei, wybiórczo lub opracować własny system, na przykład czytając najpierw jedynie rozdziały, którym zostały przypisane parzyste liczby, a później pozostałe, a ścisłe umysłu mogą wybrać na początek jedynie liczby podzielne przez 3, a później wymyślić jeszcze inny algorytm. Kolejność jest dowolna, co jest nierozerwalnie związane z Ameryką, w której panuje wolność, a każdy może pokazać swój indywidualizm na własny sposób. Nie tylko sposób skonstruowania książki jest innowacyjny (jak określił to autor), ale styl i humor są przegenialne. Pochłania ją się z niezwykłą łatwością i tylko zdrowy rozsądek kazał robić sobie pauzy, aby nie przeczytać jej za szybko. Wczoraj podczas kończenia książki zaśmiewałam się niemiłosiernie, na co moja siostra reagowała dość nieufnie, tym bardziej, że fragmenty, które jej cytowałam nie trafiały do niej i ich nie rozumiała, ale jestem pewna, że jak trochę podrośnie, a jej świadomość o świecie trochę wzrośnie podzieli mój los, czego jej niezmiernie życzę.
Kto zna pana Wałkuskiego i jego rozmowy popołudniowe z panem Strzyczkowskim z pewnością ma wielką chrapkę na opis niebanalnych napadów na bank. Ten kto sięgnie po tę książkę nie zawiedzie się (chociaż osobiście nie brałabym tych wszystkich opisów za dobre rady, a raczej jako przestrogi jak nie napadać - dobra lekcja przez planowanym rabunkiem).

Odszczekuję wszelkie złe słowa, które kierowałam w kierunku Amerykanów. A od kilku dni pokochałam ich poczucie humoru i podejście do życia, co staje się częścią postanowienia na całe życie, aby brać z nich przykład i nie tracić optymizmu.