piątek, 30 maja 2014

Warszawa nieodkryta

Pomieszkuję w Warszawie sześć, ciągle jest nieodkryta, potrafi zaskoczyć i zadziwić i za to ją właśnie lubię. Zwykle podróżuję trasą Praga Południe - Centrum, czasami zapuszczam się na Okęcie, w celu powrotu do domu, w tym tygodniu spotkało mnie małe urozmaicenie.

W środę zafundowano mi wycieczkę na Pragę Północ. Była to ekstremalna podróż, bo w mojej głowie obudziły się stereotypy, których nie mogłam się pozbyć. Poczułam się nieswojo, kiedy przekroczyłam granicę między Pragą Południe a Pragą Północ. W autobusie pojawiło się nagle sporo podejrzanych typów, których każdy krok próbowałam dyskretnie obserwować. Podróż przypominała podróż w czasie, ale zamiast zobaczyć rozkoszne kamienice lub stare budynki, zobaczyłam obdrapane i wołające o remont budynki. Gdy wysiadłam z autobusu zostałam otoczona ludźmi przeróżnego pokroju, ale moje stereotypowe myślenie kazało mi wyłapywać wzrokiem tylko tych podejrzanych. Położyłam rękę.na torbie i przyspieszyłam krok. Poczułam się bardzo nieswojo, kiedy z jednej strony otoczyły mnie ściany budynków z drugiej metalowe blachy odgradzające budowę metra. Moja przestrzeń osobista niezwykle się zmniejszyła powodując zwolnienie kroku i brak możliwości ominięcia niewygodnych dla mnie przechodniów. Odetchnęłam dopiero, gdy znalazłam się w galerii handlowej i spotykałam z moją kuzynką. Miała parasol, zawsze jakaś ewentualna możliwość obrony. Zupełnie dobrze poczułam się dopiero, gdy znalazłam się z powrotem na drugiej Pradze. Przepraszam mieszkańców Pragi Północ za stereotypowy tekst, ale nie potrafiłam wyzbyć się tych obaw będąc tam.

Kolejnym egzotycznym punktem na mojej mapie w tym tygodniu był Rembertów, oficjalnie jedna z kolejnych dzielnic Warszawy. Wsiadłam w autobus, zanurzyłam się w lekturę gazety, gdy nagle za oknami zupełnie zmienił się krajobraz. Beton, żelbeton, pełno asfaltu i kostki brukowej ustąpiły miejsca lasom. Oderwałam wzrok od czytanych tekstów i patrzyłam z niedowierzaniem, czy na pewno autobus nie wywiózł mnie poza Warszawę. Zaskakujące jak tam blisko od szarości można spotkać zieleń i naturę.

środa, 28 maja 2014

Sex, dziwka i miłość

Sex, dziwka i miłość. Myślicie, że to mieszanka wybuchowa, której nie da się połączyć? Jesteście w błędzie. Własnie wróciłam z "Casanovy po przejściach" i powiem Wam, że dawno się tak dobrze nie bawiłam w kinie.

W filmie nie stroni od sexu i miłości, ale w rzeczywistości chodzi o coś zupełnie innego, o samotność. Bohaterowie, zarówno pierwszoplanowi, jak i drugoplanowi to samotnicy, mimo, że nie przyznają się do tego, próbują z nią walczyć. Każdy ma inną receptę na to. Film okazuje prostą prawdę, o której często zapominamy - człowiek to istota społeczna, w odosobnieniu nie jest w stanie żyć. Aby odpowiednio funkcjonować, potrzebujemy drugiego człowieka, wszystko jedno czy to będzie ktoś wynajęty na chwilę, przyjaciel czy kochana osoba, musi przy nas być ktoś do kogo będzie można otworzyć buzię.

Twórca filmu wszedł w Amerykę, mocno buciorami, bez żadnych uprzedzeń. Na ekranie widzimy i czarny i Żydów i białych. Wszyscy oni ze sobą współżyją mimo rasizmu. Potrafią się zaakceptować, do pewnego momentu - dopóki ktoś nie naruszy ich przestrzeni osobistej. Ta wielokulturować zaczarowała mnie. Zostałam przeniesiona nie tylko w bogate salony, ale odwiedziłam też mieszkanie klasy średniej. Podobała mi się ta różnorodność.

Nie lubię głupawych filmów, to tylko marnowanie pieniędzy i strata czasu. Lubię się pośmiać, ale lubię pośmiać się z dobrych, inteligentnych tekstów i właśnie je znalazłam w filmie Johna Turturra.

Nie jestem krytykiem filmowym, nie znam się na filmach. Idąc do kina, siadając przed telewizorem oczekuję wciągającej fabuły, inteligentnego humoru i dobrej gry aktorskiej. To mi zaagwarantowano, więc z czystym sumieniem polecam ten film.

A Ty jak mieszasz sos?

Jestem Ola. Mam 21 lat. Studiuję germanistykę na UW - zapamiętaj germanistykę.

Wszystko zaczęło się od gramatyki. Był wtorkowy poranek, świeciło słońce, a przede mną leżało kolokwium. Jeszcze puste, ale zamierzałam to zmienić, miałam dobre chęci, przyrzekam. Uczyłam się pilnie cały weekend majowy, bo miałam nóż na gardle, jedno potknięcie i groził mi całoroczny kolos. Stawka w tej grze była wielka. Kolokwium dotyczyło czasowników rozdzielnie i nierozdzielnie złożonych. Jeśli jesteście przekonani, że gramatyka niemiecka jest prosta, przyjazna, uśmiech się do każdego uczącego się, to jesteście w błędzie. Proszę spróbować posiąść wiedzę z tej grupy czasowników, życzę naprawdę powodzenia. Od dwóch lat próbuje im stawić czoła i zawsze kończy się tym samym, pięknie wykaligrafowanym "nzal". Nie będę zagłębiać się dokładnie w tematykę, bo może to być nudne i niezrozumiałe, w każdym bądź razie jest grupa czasowników, które pisze się oddzielnie, kiedy opisują jakąś zmianę, albo łącznie, kiedy wyrażają okrężny ruch. Trafił mi się przykład z mieszaniem sosu. Nie jestem specjalistą w gotowaniu, ale moja niewielka wiedza pozwoliła mi dokonać głębokiej analizy, że mieszając, miesza się w kółko. Jakie było później moje zdziwienie, kiedy okazało się to być smutną nieprawdą. Nie zawierzyłam prowadzącej, poszłam po radę do babci, która również stwierdziła, że techniki mieszania są różne. Z nią nie przystało mi się kłócić, podważyć jej kilkunastoletnie doświadczenie w gotowaniu, to grzech.

W poniedziałek miałam leksykologię (naukę opisującą i badającą słowa w danym języku). Stanęłam wtedy twarzą w twarz z kolokwium. Zobaczyłam pierwsze zadanie i zwątpiłam w świat, całkowicie. Siedzicie? Jeśli tak, to czytajcie dalej. Przed moimi oczyma ukazała się tabelka, w niej nazwy wydawanych dźwięków przez ptaki. Poniżej nazwy ptaków. W polecaniu poproszono nas o dopasowanie nazw do dźwięków. O ile może umiałabym to zrobić po polsku, co nie jest takie pewne, to po niemiecku przerosło to moje najśmielsze oczekiwania.

Tak się zastanawiam czy przypadkiem nie pomyliłam studiów. Może ja w rzeczywistości zamiast germanistyki studiuję ornitologię i gastronomię? Wypełnia mnie gorycz, bo takie głupoty decydują o tym, czy zaliczę kolosa czy nie. Chory system.

poniedziałek, 26 maja 2014

Z obstawą na mecz

Wczoraj odbył się mecz, Legia grała z kimś tam w Warszawie. Nie znam się na piłce nożnej, nie znam polskiej ligi, nie będę pisać o meczu, ani o piłkarzach, tylko o kibicach.

Wracałam wczoraj do Warszawy, jechałam trasą S8. Minęłam pierwszą po drodze stację paliw, cały parking zajęty był przez policyjne wozy. Niektórzy stali obok samochodów, niektórzy siedzieli w środku, było ich ogromnie dużo. Moje zdziwienie było spore, kiedy ujrzałam ten widok. Później minął nas autobus, za nim policja, później kolejny autobus z obstawą policję i kolejny. Łącznie widziałam około dziesięciu autobusów wyładowanych ludźmi w niebieskich koszulkach, a za nimi jadącą policję. Na kolejnej stacji znowu mnóstwo policji. Wtedy właśnie skojarzyłam, że w Warszawie był mecz.

Denerwuje mnie ta cała otoczka wśród meczów. Jestem osobą pracującą i grzecznie oddaję ciężko zarobione pieniądze, a państwo mnie po prostu okrada. Skoro w takich impreza bierze udział hołota i stado małp, to wybudujmy stadiony (ze składek kibiców) w lesie, niech dojeżdżają tam na własna rękę, nie pociągiem, nie autobusem, niech sami się zatroszczą o siebie. Niech tam się potłuką, zrobią bałagan i niech wrócą do siebie. I nie sponsorujmy im leczenie, skoro sami się pobili, to czemu ja mam płacić za ich instynkt naturalny i przypływ testosteronu? Nie potrzeba by było multum policji, której trzeba dodatkowo zapłacić, bo po pierwsze to jest ryzyko utraty zdrowia, po drugie pewnie nie robią tego w godzinach pracy. A pieniądze nie rosną na drzewach.


Pewnie się narażę moim znajomym, którzy fanatycznie kochają polski football, ale mnie to naprawdę nie bawi, słuchać o Waszych "wspaniałych" wyczynach, że w Warszawie odbyła się na imprezach wielka zabawa, szkoda tylko, że posprzątać po sobie już nie umiecie. Żałosne jest to. Zobaczcie jak bawią się kibice innych nacji. Potrafią się pogodzić z porażką, choć na pewno nie boli ich to mniej niż Was. Chcecie demolować ze złości, zrób syf u siebie w domu.

niedziela, 25 maja 2014

Książkowy raj - Targi Książki

W czwartek byłam na Warszawskich Targach Książki. I jeśli ktoś będzie mi próbował wmówić, że poziom czytelnictwa w Polsce jest zastraszająco mały, to nie uwierzę.


Był czwartkowy ciepły dzień. Zerwałam się z zajęć, w końcu nie po to zaoszczędziłam nieobecności, żeby teraz kisić się w zimny i krwiożerczych progach mojej uczelni. Dzień wcześniej udało mi się dostać zaproszenia na Targi, więc grzechem było ich nie wykorzystać. Pamiętam jak wcześniej niemalże co roku jeździłam z mamą na Targi do Warszawy. Było to dla mnie wielkie wydarzenie, po pierwsze wyjazd do stolicy, po drugie byłam tam w raju, pełno książek i pełno autorów, których lubiłam i ceniłam.

U bram Stadionu Narodowego mijało mnie sporo ludzi wychodzących z Targów i obładowanych mniejszymi lub większymi torbami. Ba, było nawet kilkanaście osób, które miało ze sobą torby na kółkach i wyglądały na zapełnione. Uśmiech pojawił się na mojej twarzy i uwierzyłam w ludzkość, a raczej w Polaków, że jednak nie stajemy się wtórnymi analfabetami.

Kupiłam sobie dwie książki, kuszą i nęcą, ale przede mną proza życia - egzaminy. Ale jak stawię im czoła, to zabieram się do nadrabiania zaległości w czytaniu, już nie mogę się doczekać, odliczam dni.

środa, 21 maja 2014

Stary kawaler i rolnik, czyli heca na 14 fajerek

Zwątpiłam dzisiaj w świat. Nie po raz pierwszy i na pewno też nie po raz ostatni. Robiłam poranny przegląd prasy na facebooku. Całe szczęście, że skończyłam wcześniej jeść śniadanie, bo ta wiadomość wywołałaby u mnie zachłyśnięcie się albo zakrztuszenie.

Próbowaliście znaleźć coś nieubliżającego Waszej inteligencji w telewizji w godzinach po południowych? Mi się to naprawdę rzadko udaje. Teraz będzie jeszcze gorzej. Najpierw natrafiłam na reweracje, że TVN przygotowuje na jesień nowe reality show. Poszukują kawalerów, którym tyka biologiczny zegar, mieszkają z mamusiami i nie mogą znaleźć wybranki swojego serca. Czujecie ten ubaw z oglądania mamisynków, nieudaczników życiowych lub zwyczajnych pustaków mających parcie na szkło. A żeby nie było zbyt nudo dodajmy jeszcze do tej mieszanki zazdrosne mamuśki, które bezgranicznie zakochane są w swoich synkach i nie zaakceptują żadnej innej kobiety w jego życiu. Kiedy uderzyłam się w czoło, z moich ust wyleciało kilka niecenzuralnych słów, zwątpiłam w świat po raz kolejny odkrywając fanpage programu, który będzie wyświetlany w TVP - Rolnik szuka żony. Scenariusz będzie prosty i na pewno dość stereotypowy. Bohaterami będą młodzi, zaniedbani panowie. A na wieś zwiozą wymalowane, tlenione blondynki, które nie mają pojęcia o życiu na wsi. Wsadzą je na traktor, każą wydoić krowy, będą upokorzone, ale ostatecznie znajdą miłość swojego życia. Czuję tę moc zabawy i śmiechu.

Byłam przekonana, że po serii Miłości na bogato, Wawy non stop i Ekipy z Warszawy nie znajdę już nic co mi uwłaszczy, a jednak. Najgorsze jest jednak w tym to, że Telewizja Polska, która ma pewna misję dała się wciągnąć w to gówno. Co więcej mamy jeszcze płacić za takie rewelacje, jeśli za moje ciężko zarobione pieniądze finansuje się takie głupoty, to kategorycznie żądam zwrotu pieniędzy.

wtorek, 20 maja 2014

Uzdrowienie systemu

Na zajęciach zostało postawione pytanie czy należy zreformować europejską politykę rodziną ze względu na mały przyrost naturalny. Moją odpowiedzią na tę tezę, było "nie", spotkałam się z niezrozumieniem prowadzącej, spojrzała nam mnie jak na nienormalną.

Uważam, że problem wcale nie leży w polityce, tylko w naszej głowie. Wystarczy spojrzeć za morze, w kierunku Skandynawii. Ich polityka prorodzinna stawiana jest jako wzór do naśladowania dla wszystkich polityków europejskich, pewnie nawet dla wszystkich światowych. Ale czy rzeczywiście rodzi się tam więcej dzieci niż w innych częściach Europy? Otworzyłam Wikipedię, wyniki pochodzą z 2010. Minęły cztery lata, ale jestem przekonana, że nie zaszły żadne radykalne zmiany w tej dziedzinie. Największym przyrostem wśród państw skandynawskich cieszy się Norwegia 0,33,  kolejny wynik należy do Szwecji 0,16, w Finlandii liczba ta wynosi 0,08, natomiast w Polsce -0,05. W pierwszej dziesiątce widnieją państwa afrykańskie oraz azjatyckie, największy przyrost jest w Nigerii 3,66. Nikt mi nie wmówi, że w tych krajach jest bardzo korzystny socjal, rodziny są wspierane przez państwa.

Jestem zdania, że gdyby postęp społeczny, cywilizacyjny cofnąć się o jakieś 30-40 lat, współczynniki te wyglądałyby zupełnie inaczej. Kobiety się wyemancypowały, dostały możliwość pracowania i zarabiania. W wielu przypadkach nie jest to ich wymyśl, tylko wynik potrzeby rynku. Współczesny świat kusi nas w wszelaki sposób - co roku powstają nowe gadżety elektroniczne, zmienia się moda i upodobniania, a wraz z nimi nasze potrzeby. Niemalże w każdym domu jest kablówka, Internet, telefony. Dostać teoretycznie można je za darmo, ale rachunków za nas niestety nie zapłacą. Staliśmy się swoimi niewolnikami - stawiamy sobie żądania, chcemy je osiągnąć, by to zrobić potrzebujemy kasy, aby ją mieć albo okradamy bank lub pracujemy grzecznie. I w ten sposób nakręcamy to koło. Rzadko która rodzina może sobie pozwolić na życie wyłącznie z pensji jednego członka, zakładając oczywiście, że chce żyć na poziomie i godnie. Co więcej posiadanie dziecka generuje ze sobą duże koszty, które mogą dojść nawet do miliona złotych w ciągu całego jego życia. A każdy wie jak krwiożerczy jest kapitalizm, jedno potknięcie i wypadasz z gry. Ludzie wolą się zabezpieczyć, nikt nie zagwarantuje nam, że nasza przyszłość będzie świetlana, dlatego wolą najpierw zarobić, a kiedy decydują się na dziecko, jest już często za późno.
Poza tym wydaje mi się, że jest moda wśród młodych ludzi, aby brać ślub dużo później niż brali go nasi rodzice. Najpierw chcemy zdobyć wykształcenie, zwiedzić świat, zarobić, zrobić karierę, założenie rodziny spada na ostatnie miejsce w naszych priorytetach. Nie potępiam tego postępowania, jest ono zrozumiałe - wokół nas jest tyle różnych, ciekawych możliwości, że grzech z nich nie skorzystać.

Żadna zmiana w polityce prorodzinnej nie będzie uzdrowieniem na wszelkie bolączki. Zachłysnęliśmy się wolności, różnorodnym wachlarzem możliwości na spędzenie życia. A lekarstwem na większy przyrost będzie albo zmiana myślenia albo przeczekanie aż ludzie zrozumieją, że dziki pęd za pieniędzmi to nie wszystko i że w życiu liczy się coś innego.

piątek, 9 maja 2014

Polski towar eksportowy - piersi i śmietana

Z reguły nie oglądam Eurowizji, ale była ciekawa tym razem występu wybitnego duetu Cleo i Donatan. Nie zawiodłam się było ubijanie śmietany i dużo odkrytego ciała. Mam wrażenie, że to miały być jedyne atuty tego artystycznego przedsięwzięcia.


Nigdy nie słyszałam Cleo na żywo, nie wiem tego czy wczorajszy występ był na pewno na żywo, ale mam wrażenie, że zupełnie jej nie wyszedł. Nie wyrobiła się w rytm muzyki, natomiast wersja angielska była totalną porażką, nie oceniam jej akcentu i wymowy, na tym się nie znam, ale było słychać, że słowa są niedopasowane do melodii. Na szczęście piękne panie z Mazowsze wystąpiły, zrobiły pranie, ubiły śmietanę i pokręciły się w rytm muzyki, tym z pewnością urzekliśmy męską część głosujących i tym samym dostaliśmy się do finału.

Nie lubię tego utworu, a bardziej jego szowinistycznego teledysku. Trend popularyzowania polskiej muzyki folkowej bardzo pochwalam, ale nie za pomocą takich środków jak robi to Donatan. Mam wrażenie, że jest to bardziej degradowanie kobiet jedynie do roli istoty mającej w celu zaspokojenie męskich potrzeb seksualnych. Jeśli chcielibyśmy posłuchać prawdziwego folku odsyłam na profil Rozkiczanki na youtubie: https://www.youtube.com/user/Rokiczanka - piękna muzyka, ładne słowa, cudowne wykonanie, prześliczny teledysk oraz bardzo ładne dziewczyny, które potrafią pokazać swoje atuty bez ubijania śmietany lub świecenia półnagim biustem. Dobrą robotę wykonuje również Gooral, próbując spopularyzować muzykę folk łącząc ją z elektroniką.

czwartek, 8 maja 2014

Gdy "kurwa" przechadza się po deskach teatru

Pod koniec kwietnia byłam w teatrze. Miałam okazje obejrzeć Noc żywych Żydow. Mimo, że minęło kilkanaście dni sztuka nadal siedzi uparcie w mojej głowie. Nie odczułam katarsis, wzbudziły się we mnie mieszane uczucia. Poczułam się jakby przeniesiono film Tarantino na deski teatru. W tym przypadku narodziły się moje wątpliwości.

Traktuje teatr jako miejsce, gdzie mieszka wysoka kultura. Instytucja, gdzie jest miejsce dla kultury popularnej to kino. Tam moja toleracja nie jest tak zaostrzona, jestem otwarta na różnorodną fabułę, na różnorodne wydarzenia. Takich uczuć nie mam wchodząc do teatru. Pragnę odciąć się od dnia codziennego, który pełen jest przemocy, wulgaryzmów. Nie uważam tym samym, żeby sztuki były oderwane od rzeczywistości, jednak jak widać na przykładzie klasyków można wyrazić to co działo się za pomocą bardziej wyszukanych słów niż za pomocą przekleństw.

Sztuka była kontrowersyjna, nie potrafię się do niej jednoznacznie ustosunkować. Nie umiem powiedzieć czy warto czy nie warto iść. Na pewno jest to coś nowego, coś czym będzie żyć świat polskiej kultury jeszcze przez jakiś czas.