niedziela, 14 grudnia 2014

Wciąż bez zmian

Moja praca magisterka ma powstać na podstawie pamiętników Rosy Mayreder i Almy Mahler-Werfel. Z pomocą bohaterek przenoszę się do Wiednia z początku nowego wieku. Przechadzam się po ulicach szalonego modernizmu wiedeńskiego, piję kawę z najsławniejszymi osobowościami z tamtej epoki i aktywnie biorę udział w życiu kulturalnym tego miasta.

Czytam te pamiętniki i uświadamiam sobie jak te kobiety są mi bliskie, a ich troski dnia codziennego są nie tak odległe od moich jak wydawało mi się na początku. Ostatnio trafiłam na fragment, w którym Rosa opisuje swoje dzieciństwo. Odnosi się do swojego stosunku do szkoły, gdzie dzieli się z czytelnikiem, że szkoły nie lubiła z dwóch powodów. Po pierwsze było bardzo nudno. A po drugie nie lubiła rano wstawać. Często symulowała, aby tylko zostać w domu. Jednak było jedno, doskonałe antidotum na te problemy - ojciec. Kiedy jej rodziciel stawał w progu, wszelkie boleści mijały natychmiastowo. Strach uśmierzał symulacje. Ręka do góry, kto nie zna tego z autopsji.

Przekonałam się również że puste panienki, które dużą uwagę przywiązują do swojego wyglądu, to nie wymysł współczesności. Z takim zjawiskiem borykali się także nasi przodkowie. Kiedy czytałam pamiętnik Almy po raz pierwszy nie zwróciłam uwagi, że jej przemyślenia są delikatnie mówiąc płytkie, zobaczyłam to dopiero, gdy do czynienia miałam z pamiętnikiem Rosy, która zadziwiła mnie mnie swoją wnikliwością, przemyśleniami i spojrzeniem na świat. Lektura tej książki była niezwykle pouczająca, ponieważ oprócz faktów z życia autorki, wyłaniał się również obraz rzeczywistości, który był swoją drogą bardzo ciekawy. Po raz pierwszy spotkałam się z opisem dnia codziennego w trakcie I wojny światowej. Zwykle natrafia się na relacje z frontów, a tym razem przeczytałam coś innego.

Przy okazji czytania zapisków tych obydwu pań, naszła mnie refleksja. Współcześnie mało kto spisuje skrupulatnie swoje życie na papierze, ale to nie z ekonomii i z świadomości ekologicznej, a raczej dlatego, że wygodniej i szybciej usiąść przed komputerem i postukać w klawiaturę. Trochę mnie boli ten fakt, ponieważ kartka zapisana własnym pismem ma większą wartość, bo wartość sentymentalną. Poza tym uważam, że człowiek przez papierem bardziej się otwiera. Kiedy stukam coś na klawiaturze, czuję dystans, często piszę z opanowaniem, bez emocji. Żal mi przyszłych pokoleń, że już nie zaszeleszczą kartką, nie będą musieli odszyfrowywać pospiesznie napisanego tekstu.

czwartek, 11 grudnia 2014

Wikta, ratuj! (od grafomanii)

Wczoraj odbyłam dwugodzinną podróż do Warszawy, żeby nie zanudzić się na śmierć, wzięłam ze sobą książkę i to był mój błąd.

Nie wiem jak ta książka znalazła się u mnie w biblioteczce, odkryłam ją przed wakacjami i wyjęłam w celu przeczytania w najbliższym czasie. Jest mała cienka, więc doskonale wpasowała się w wolne miejsce w bagażu. Na tyle widniał dumny napis, że książka została nagrodzona przez magazyn Elle w kategorii literatura kobieca. I to powinno włączyć alarm w mojej głowie. Jednak zadziałał dopiero, gdy przeczytałam pierwsze dziesięć stron. Spojrzałam na zegarek i westchnęłam, że zostało mi jeszcze tak dużo czasu. Chciałam wstać i wykrzyczeć tytuł: "Wikta, ratuj!". Jednak w ostateczności, z powodu braku innego zajęcia, postanowiłam dać książce drugą szansę.

Zastanawiam się czy powinniśmy promować wszelkie czytanie czy może czytanie, ale czegoś wartościowego. Być może ci statystyczni Polacy, sięgnęli po tę niewłaściwą pozycję przez co została zabita ich chęć do czytania? Grafomaństwo w Internecie nie drażni, mnie tak bardzo jak grafomaństwo pisarskie, o ile można to nazwać pisarstwem. A to z jednego powodu - boli mnie, że marnuje się tyle kartek, aby wydrukować takie bzdury. W Internecie jest inaczej, zapychamy tylko serwery, nie uszkadzamy przyrody. Pewnie część z Was pomyśli, że to szczyt hipokryzji, że komentuję cudze wypociny, a sama zajmuję się pisaniem. Lubie pisać, czuję potrzebę wyrzucenia z siebie wszelkich bolączek, a tym samym nie czuję, że moje teksty są tak wybitne i zmieniające rzeczywistość, że należy je zapisywać na kartkach książek dla pokoleń.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Zanim ocenisz, spróbuj zrozumieć

Wczorajszy wieczór spędziłam w teatrze. Obejrzałam sztukę "Red" w reżyserii Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej. Od wczorajszego wieczoru mój świat przewrócony został do góry nogami, to co wcześniej uważałam za oczywiste i byłam święcie przekonana o jego słuszności, rozmyło się, obróciło się w dym, roztłukło się na milion kawałków.

Sztuka Johna Logana przenosi widza do nowojorskiej pracowni Marka Rothko (Janusz R. Nowicki). Cofamy się do lat 50. i towarzyszymy malarzowi w jego afekcie twórczym. Świat doświadczonego malarza ściera się ze światem jego pomocnika, Kena (Juliusz Świeżewski). Jest to tradycyjna walka na słowa, poglądy dwóch generacji. Rothko jako przedstawiciel abstrakcjonizmu, utopijnie wierzy w sztukę zmieniającą świadomość widza, pozbawioną komercji, czystą. Ken to przedstawiciel pop-artu, sztuka jest dla niego produktem, który należy sprzedać, czerpać z niego zysk. Powstaje tradycyjny zgrzyt, a później bolesna próba pogodzenia się z racją rzeczy i przyzwyczajenia się do współczesności i współczesnego konsumpcjonizmu.

Sztuka wymaga od nas obeznania w świecie malarstwa. Rothko rzuca nazwiska artystów jak z karabinu, opowiada o dziełach sztuki. Dla kogoś, kto nie jest freakiem spektakl będzie nużący i niezrozumiały.

Widziałam obraz Rothko, nie pamiętam jak dokładnie wyglądał, wiem że był biały, gdzieniegdzie znajdowały się jasnoniebieskie plamy. Obdarzyłam obraz przelotny spojrzeniem, trwającym nie dłużej niż minutę. Właściwie to gdy nie barierki wokół obrazu, a wcześniej wielka reklama tego dzieła, przeszłabym obok niego obojętnie. Teraz tego żałuję.
Doskonale pamiętam, że na biłam alarm, próbowałam otworzyć oczy, że sztuka nowoczesna nie powinna być nazywana sztuką, teraz biję się w pierś. Po tym spektaklu mam nieodzowną ochotę udać się do muzeum i pozwolić obrazom żyć, bo tylko wtedy, kiedy widz ogląda dzieło, ono żyję. Mam ochotę przyjrzeć się obrazom Rothko i zobaczyć w nich to, co chciał nam przekazać. Chciał tworzyć sztukę zmieniającą świadomość widza, wydobyć z niego emocje, sprawić, aby się zastanowił. Chcę zmierzyć się z jego obrazami, zobaczyć grę kolorów, grę świateł, które sprawią, że powstanie złudzenie optyczne, a obraz zacznie się poruszać, stanie się dynamiczny.

Zanim ocenisz, spróbuj zrozumieć.

wtorek, 18 listopada 2014

Wieczór spełniający marzenie

Osiem lat temu sięgnęłam po Oskara i panią Różę. Spłakałam się jak bóbr, ale tym samym zakochałam się w twórczości Erica-Emmanuela Schmitta. Od tego momentu jestem wierna temu pisarzowi i choć nie przeczytałam jeszcze jego dotychczasowego dobytku artystycznego, dzielnie nadrabiam zaległości oraz sięgam po przeczytane już wcześniej pozycje.

Dzisiaj spełniono się jedno z moich marzeń. W jednej z warszawskich księgarni zorganizowano spotkanie z tym autorem. Dzisiejszego dnia moim najwierniejszym towarzyszem był zbiór opowiadań Marzycielka z Ostendy. Moja niezaprzeczalnie ulubiona książka tego autora, po którą sięgnęłam już czwarty raz. Zawitałam na miejsce spotkania przed czasem, zajęłam wygodne miejsce i z wzruszeniem czekałam na autora. Są takie niewytłumaczalne chwile, kiedy łzy cisną mi się do oczu, zaciska się gardło i właśnie wtedy buchnęłabym najchętniej płaczem, a byłyby to łzy szczęścia. Na małej powierzchni stłoczone było mnóstwo ludzi. Młode dziewczyny, kobiety w średnim wieku, seniorki oraz kilku mężczyzn. Na twarzach malowały się przepiękne uśmiechy, ale pokapało też kilka łez, łez wzruszenia.

Pisarz okazał się być wielką gadułą, co w przypadku pisarzy absolutnie nie powinno dziwić. Schmitt jest Belgiem i jestem święcie przekonana, że gdyby na jego miejscu posadzić polskiego pisarza w średnim wieku nie mówiłby tak otwarcie o seksualności i o tym, że seks jest przyjemnością. U nas panuje trend na ułożonych pisarzy, uosobianiających wszelkie cnoty, a cielesność i przyziemne doznania ich nie dotyczą. Schmitt to autor oświeceniowy, tak sam siebie ocenił, to pisarz, który pod przykrywką ciekawej opowieści przemyca nam prawdy o świecie, o których w codziennej bieganinie zapominamy. Właśnie za to tak uwielbiam Marzycielkę z Ostendy. Za każdym razem otwiera mi oczy, pokazuje, że tak często dla własnej wygody nadaję ludziom łatki, nie starając się ich bliżej poznać. Rzucam ocenami na oślep, często raniąc drugą osobę. Książka ta pozwala mi się na otrząsnąć z tego "letargu" i walczyć z tym przyzwyczajeniem, starając się być lepszym człowiekiem.

Byłam tym wydarzeniem tak podekscytowana, że dzisiejszej nocy śniło mi się jak autor podpisywał mi książkę. Wraz z tłumaczem literowaliśmy mu moje imię. Sen był proroczy, ale jedynie częściowo - książkę mam podpisaną, imienia nie musiałam literować, jest na tyle uniwersalne, że występuje niemalże we wszystkich językach europejskich, a autor nie miał problemu z napisaniem go.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Chińskie famme fatale

Czytając Uwodzicielki Mingmei Yip szargały mną dwa zupełnie przeciwne uczucia, czasami miałam nadzieję, że główną bohaterkę trafi szlag i zginie, później wzbudziła we mnie litość i bardzo było mi jej szkoda. Liczyłam na happy end, że wszystko się ułoży i będzie ostatecznie szczęśliwa, choć tak bardzo nie lubię ckliwych szczęśliwych i banalnych zakończeń. Emocje wzięły górę nad rozumem.

Szalone lata 20. - odpoczynek po pierwszej wojnie światowej, chwila zadumy i odreagowanie po spotkaniu się twarzą w twarz ze śmiercią. Eleganckie damy w długim sukniach, a obok młode dziewczyny z krótkimi włosami i w gorszących sukienkach. Strach i gorycz po wielkiej masakrze, a zarazem szalona miłość do życia i próba czerpania z niego pełnymi rękoma. Miasta pełne życia, tętniące nocą i dniem. Teraz dodajmy wszystkim postaciom, które narodziły nam się w głowie skośne oczy, żółtą barwę skóry i czarne włosy. Tacy bohaterowie występują w książce Mingmei Yip.

Główna bohaterka to młoda dziewczyna, bardzo młoda. Urodziła się pod złą gwiazd,a los z niej zadrwił, położywszy jej mnóstwo kłód pod nogi. Obdarzona została przepięknym głosem, dzięki któremu mogła dotrzeć do najbardziej skamieniałych serc. Była kochanką jednego z największych gangsterów, którego pozbawić musiała życia. Książka przepełniona jest złem, jadem i intrygami, ale powieść wraz z bohaterką uwodziła, nie dawała o sobie zapomnieć, uzależniała i sprawiała, że można było tak spokojnie się od niej uwolnić. Chciałabym tym samym zaznaczyć, że nie jest to głupie romansidło, wysikacz łez dla kobiet. Zagłębiając się w nią, czuje się, że została napisana przez niezwykle inteligentą kobietę, która miała na swoim celu nie tylko zabawienie czytelnika wymyśloną historią, ale doskonale skomponowaną opowieścią pełną tajemnic ówczesnego Szaghaju, pokazującą kulturę chińskiej, której jest niezwykle świadoma, próbuje zaintrygować nią drugą stronę. Byłam zaskoczona ilością przysłów chińskich, które były niezwykle mądre, przekazywały wielkowiekową mądrość, która powinno tylu lat niezdeaktualizowała się. Uwielbiam takie książki. Nie znam kultury chińskiej, za co biję się w pierś, ale tą pozycją nadrobiłam sporo braków, które okazały się być naprawdę fascynujące.

Jeśli książka potrafi zamieszać w mojej głowie, sprawić, że nie mogę się od niej uwlnić,z jednej strony chcę ja szybko przeczytać, żeby wiedzieć jak sie skończy, a z drugiej strony chcę, aby się jeszcze nie kończyła, to znak, że to dobra książka i warto było po nią siegnąć.

Ps. W wakacje miałam okazję sięgnąć po kilka pozycji autorów azjatyckich i muszę przyznać, że dopiero przy tej moi bohaterowie, wymyśleni w mojej głowie, byli Azjatami. Trudno mi było po tylu latach obcowania z białymi bohaterani, nagle się przestawić, przyzwyczajenie było silniejsze ode mnie.

niedziela, 16 listopada 2014

Homo sapiens z wymytymi uczuciami

Homo sapiens, człowiek rozumny. To co nas odróżnia od innych gatunków na tym świecie, to posiadanie rozumu. Dostaliśmy go, aby umieć odróżnić dobro od zła, aby dokonywać właściwych wyborów, jednak chyba niektórzy o tym zapominają i nie wybierają dobrze.

Człowiek człowiekowi nierówny
Zastanawiam się kto dał nam prawo do stawiania się jako nadludzie. Kto powkładał nam tę durnowatość, że możemy być lepsi od drugiego człowieka, przez to pomiatać nim, sprawiać mu ból. Jakim prawem wykorzystujemy innych i oczekujemy, że staną się naszymi niewolnikami? Jakim prawem decydujemy o cudzym życiu, tak łatwo kończąc go, jeśli ta osoba stanie się dla nas po prostu niewygodna.

Mężczyzni panami świata
Irytuje mnie niesprawiedliwość w płaszczyźnie damsko-męskiej. Czemu mężczyznom można więcej? Czemu akceptuje się ich różne wybryki, których kobietom nie wypada? Jakim prawem mężczyzni mogą decydować za kobiety, decydować o ich losie, pozwalać im na pewne rzeczy a na pewne nie? Krew się we mnie buzuje, kiedy czytam o wspaniałomyślnych męzczyznach, panach świata, którym wolno wszystko, a już na pewno wolno im zniewolić kobiety. Czuję wielką irytację, kiedy czytam o masowych gwałtach z winy kobiet, o śmiercionośnych sterelizacjach kobiet. W XXI wieku powinniśmy nauczyć się poszanowania do każdej jednostki i nie naruszania jej praw niezależnie od jej płci.

Niesprawiedliwe stereotypy
Mam żal do społeczeństwa, że od małego jestem karmiona stereotypami i w pierwszym odruchu kieruję się nimi. Oceniając pochopnie jednostkę, nie daję jej szansy na nasze lepsze poznanie i na samym początku ją skreślam. Wiem, że robię źle, ale ile razy moja podświadomość wygrała, ile razy wzięła górę nade mną?

Wiem, że za mojego życia nie dojdzie do znormalnienia świata. Mam jedynie nadzieję, że poprzez nagłaśnianie takich patologicznych sytuacji, uświadamianie społeczeństwa i działanie organizacji na rzecz praw człowieka, będzie coraz mniej przypadków łamania praw.

wtorek, 11 listopada 2014

Urodziny Polski - przykry widok

Smutne jest to, że mogłabym skopiować post z poprzedniego roku i wcale się nie zdezaktualizował. Wydarzenie się nie zmieniło, incydenty podobne, moje zdanie pozostaje takie samo.

Wstyd mi narodzie za to co robisz. Ja też kocham Polskę, ale ja ją szanuję, szanuję pracę miliona Polaków, którzy przyczyniają się do tego, że nasza Ojczyzna jest coraz ładniejsza, nie demoluję stolicy, ani żadnego innego miasta.

czwartek, 6 listopada 2014

Listopad miesiącem mrzonek

Tegoroczny listopad jest gorączkowy dla wszelkich karierowiczów pragnących  pomagać Polsce, swojemu rejonowi. Dla wyborców oznacza to, że boją się otworzyć lodówkę, aby przypadkiem ich potencjalny kandydat nie wyskoczył z niej i nie wykrzyczał swojego wiekopomnego hasła wyborczego.

Sieczka z mózgu
Dzisiaj rano, kiedy szykowałam się do wyjścia z mieszkania natrafiłam na audycję, w której prezentowane były spoty wyborcze. Zabieg idealny. Niewiarygodne rzeczy, które wysłuchałam pobudziły moje nerwy, podwyższyły mi adrenalinę i sprawiły, ze nie chciało mi się już spać. Nie forsuję żadnej partii politycznej, wracam uwagę na wszelkie błędy, nie jestem nastawiony szczególnie krytycznie tylko do jeden partii, staram się być obiektywna. Jedna z partii politycznych, która cieszy się w ostatnim czasie sporą sympatią, twierdzi, że NIKT nie może nam mówić jak mamy wychowywać dzieci, NIKT nie może nam zakazać je karać, nawet w tak mało humanitarny sposób jak poprzez klapsa, a wszystko zostało skwitowane pięknymi słowami, aby w Polsce żyło się lepiej. Hola, hola Panowie, nie tędy droga. Żądanie wolności i możliwość decydowania o samym sobie rozumiem. Jednak przyzwoleniem na klapsa automatycznie godzimy w prawa drugiej jednostki, która ma w swoich prawach zapewnioną nietykalność i wolność. To ja proponuję w takim razie za wszelkie gafy i wypowiedziane głupoty karanie panów posłów i panie poseł również klapsami.
Chyba już osławione są zapewnienia jednego z panów kandydatów na prezydenta Warszawy, że przejazdy komunikacją miejską będą dla warszawiaków darmowe. Mrzonka, mrzonka, mrzonka. Jeśli mój sztab wyborczy wymyśliłby coś równie absurdalnego, to bym ich wyśmiała, podziękowała im i na pewno nie opowiadałabym o tym utopijnym pomyśle na prawo i lewo.  Opowiadanie takich rewelacji zapewnia tylko o jednym - kandydat jest niespełna rozumu.

Zaśmiecanie miasta
Rano idąc na Uniwersytet miałam przyjemność spotkania się twarzą w twarz z uśmiechniętym panem, startującym w wyborach. Przechodziłam obok opuszczonej posesji. Na każdej kolumnie ogrodzenia wisiało zdjęcie kandydata. Szybko podążyłam do skrzyżowania. Ale nie uwolniłam się od niego. Kiedy tylko pojawiłam się przy szkole, która również miała ogrodzenie, każda jej kolumna ozdobiona była wizerunkiem tego samego pana. Szłam, szłam, szłam, a obok mnie cały czas pojawiała się ta sama twarz, zliczyłam dwadzieścia podobizn. Cieszę się, że ich stać na takie marnowanie drzewa, ale czy stać ich też, żeby później pozdejmować swoje plakaty? Wiadomo, że z miejsca, które do kogoś należy one znikną, ale co zrobić, kiedy nie ma właściciela, a plakaty cały czas wiszą? Mokną na deszczu, później są wyblaknięte na słońcu. Wyborcy zapomnieli już o wyborach, zapomnieli kto startował, a te plakat nadal wisi i ozdabia przestrzeń publiczną. Wszyscy kandydaci powinni dostać nakaz posprzątania po sobie. Skoro karze się za śmiecenie, za niesprzątanie po psach, to czemu nie karze się za niezdejmowanie plakatów wyborczych?

poniedziałek, 3 listopada 2014

Bycie mężczyzną to przywilej

Im dłużej żyję na tym świecie i więcej rzeczy wiem, tym bardziej jestem przekonana, że nie mam prawa narzekać, że mieszkam tu i teraz.

Sobotni wieczór spędziłam oglądając Kwiat pustyni, film o supermodelce z Somalii, ofierze obrzezania. Uwierzcie mi, że po jej mowie w ONZ, gdzie opowiedziała historię swoich rodaczek, które są w tak brutalny sposób okaleczane w imię kultury, cisnęły mi się w łzy, a gardło zaciskało. Wtedy uświadomiłam sobie fakt, że powinnam być wdzięczna losowi, że urodziłam się tutaj, w Polsce, wśród kochających mnie ludzi i w tym czasie, gdzie żyjemy w wolnym kraju, w miarę stabilnym, a moje jutro nie jest zagadką i o które nie muszę się obawiać.

Kobieta to nieboskie stworzenie
Jest tak wiele krajów, w których bycie kobietą to hańba i wstyd, gdzie kobieta to człowiek drugiej kategorii nie mający żadnych praw. Mimo wszelkich starań, nie da się odmienić ich pozycji, a one same nigdy nie zaznadzą godnego życia, w którym mogłyby cieszyć się wolnością i swobodą.

Usprawiedliwienie tych zachowań kulturą lub tradycją zupełnie mnie nie przekonuje. Tam, gdzie zaczyna się czyjeś cierpienie, kończy się tradycja. Nikt nam nie dał przywileju zadawania cierpienia innym w imeniu kultury. Ponad to Europejczycy nie mogliby się teraz cieszyć swobodami, którymi dysponujemy, gdybyśmy nie złamali swojej tradycji i nie sprzeciwili się władcom, arystokracji. Nadal większość społeczeństwa grzebałaby w ziemi, a ich człowieczeństwo zostałoby zaprzepaszczone. Zadawanie komuś cierpienia, to barbarzyństwo, nie kultura.

W Polsce niezawsze jest kolorowo, czasami stawiane są nam belki pod nogi i sprawdzane jest nasze cwanictwo. Jednak mimo ciągłego narzekania i wymyślania jak jest nam ciężko, musimy być świadomi tego, że i tak los z nas nie zadrwił i sprawił, że urodziliśmy się w cywilizowanym kraju i w cywilizowanym czasie.

środa, 29 października 2014

Kultura osobista na wagę

Mój znajomy na facebooku opublikował wczoraj zdjęcie knajpy, która w swojej ofercie miała kawę dla tzw. gburów, którzy podchodzą do lady i władczym tonem głosu wydają z siebie jeden dźwięk: "kawa", której koszt wynosi 6 złotych. Kolejnym punktem na cenniku jest: "Poproszę kawę", za taką usługę zapłacimy 5 złotych. Natomiast jeśli podejdziemy do lady z pełnym uśmiechem i oznajmimy: "Dzień dobry, poproszę kawę", cała transakcja wyniesie nas jedynie cztery złote. Pozornie ciekawy pomysł zupełnie mi się nie spodobał, kultura osobista powinna być czym naturalnym, a  a nie wywołana metodą kija i marchewki.

Od małego dzieci są uczone, że należy odzywać się z szacunkiem do dorosłych i współrówieśników, witać się z sąsiadami, wymieniając się z nimi uprzejmym "dzień dobry". Należy być miłym i uprzejmym, a nie gburowatym i posługiwać się rozkazującym tonem. Tak wygląda to wszystko w teorii, w praktyce czasami jest gorzej. Jednak jestem zdecydowanym przeciwnikiem uczenia społeczeństwa, że należy posiadać kulturę osobistą tylko dlatego, żeby czerpać z tego profity.
Kultura osobista to wartość, która powinna być naturalna i w żaden sposób niezbywalna. Mam dosyć ludzi, którzy jeżdżą komunikacją miejską i nie potrafią burknąć jednego głupiego "przepraszam". Dzisiaj rano jechałam na uczelnię, wsiadłam do tramwaju, który wcale nie był zatłoczony. Obok mnie stanął młody mężczyzną, który najpierw na mnie wpadł podczas gwałtowniejszego hamowania, później dwukrotnie uderzył mnie ręką, podczas wykonywania jakiegoś manewru przy trzymaniu. Jeśli myślicie, że doczekałam się odrobiny skruchy, to jesteście w ogromny błędzie. I teraz może powinniśmy w jakiś sposób wynagradzać tych, który potrafią przeprosić lub podziękować? Może zapewnić tańsze przejazdy dla kulturalnych ludzi? Może cały środek komunikacji powinien powstać, zacząć bić brawo, a kierowca powinien z wiązanką kwiatów pogratulować kultury osobistej pasażerowi?

Znieczulicę społeczną powinno się leczyć, ale nie w taki absurdalny sposób, bo wtedy nasz zamiar osiągnie inny rezultat.

poniedziałek, 27 października 2014

Warszawskie bezprawie

Siódmy rok pomieszkuję w Warszawie. Zawsze mam ważny bilet, szanuję pojazdy komunikacji, ale całego ZTMu już nie, tak samo jak oni nie szanują pasażera.

Śmierdząca sprawa
Mijam jadący tramwaj. Cały przód zapełniony, nikogo nie ma z tyłu z wyjątkiem bezdomnego. Pan rozsiadł się i pachnie, a raczej śmierdzi. Wydziela z siebie tak przerażający smród, źe nikt nie jest w stanie wysiedzieć w jego towarzystwie. Płacę za przejazd, nie są to małe pieniądze. Nie wymagam pachnącego świeżością środka komunikacji, nie wymagam również miejsca siedzącego, ale komfortu jazdy mogę już wymagać. Chciałabym bez odruchu wymiotnego, wstrzymywania powietrza, wystawiania głowy przez okno dojechać do celu. Nie przemawia do mnie argument, że się nie da nad tym zapanować, bo właśnie, że się da. Nie będę stawiała za przykład Niemców, bo żyjąc już trochę na tym świecie, zauważyłam, że to dla nas przykład nieosiągalny, ale byłam w Budapeszcie i tam żaden bezdomny nie odważył się wejść do środka komunikacji publicznej. Denerwuje mnie to, że u nas się tylko uśmiecha bezradnie i wzrusza ramionami.

Rozkład jazdy fikcją
Przez cały miniony tydzień borykam się z ZTM. W piątek mi się ulało. Ile można mieć cierpliwości?
W wtorek wczesnym rankiem miałam zajęcia. Związku z tym, że spodziewałam się korków na trasie przejazdu mojego autobusu, wybrałam tramwaj, który teoretycznie z korkami nie powinien mieć problemu. Na przystanku przywitała mnie spora grupa ludzi, który delikatnie mówiąc byli poddenerwowani. Niecierpliwie wypatrywali nadjeżdżającego pojazdu, bezskutecznie. Jeździła jedna jedyna linia, reszta z niewiadomego powodu nie pojawiała się. Minuty mijały bezlitośnie, poddenerwowanie rosło. Zdecydowałam dostać się na miejsce innym sposobem, jak się okazało podobnie postąpiła cała rzesza ludzi. Kiedy wysiedliśmy z tramwaju, na główne miejsce przesiadkowe wylała się fala ludzi. Policjanci stojący na skrzyżowani zdawali się być zadziwieni tą sytuacją, widocznie taki tłum o tej godzinie jest tutaj niespotykany. Pokonując trasę przejazdu pożądanego przez mnie tramwaju okazało się, że jeden z tramwai się zepsuł, co pociągnęło cały ogonek pozostałych linii za nim. Pożądanej linii zabrakło na zajezdni i nie jeździła akurat w tę stronę,w  którą chciałam jechać.
Drugą przygodę miałam w czwartek. Stanęłam grzecznie na przystanku, najpierw jednak sprawdzając rozkład jazdy. Mój autobus miał przyjechać za dwie minuty. Przyklasnęłam w dłonie, ponieważ perspektywa tak krótkiego oczekiwania w zimny dzień nie wydała się być zła. Humor mi się pogorszył kiedy minęły cztery minut, a autobusu nadal nie było. Potem kolejne szesnaście minut były już zupełną przesadą i kpiną, ponieważ w tym czasie miały już przyjechać dwa autobusy. Historia skończyła się na tym, że postanowiłam na kolejnym skrzyżowaniu złapać tramwaj i pojechać nim do celu.
W piątek moja cierpliwość się skończyła. Spieszyło mi się do domu, liczyła się każda sekunda, tylko ZTM nic sobie z tego nie robił. Związku z tym, że było zimno, chciałam przejechać dwa przystanki autobusem, ale nie udało mi się, ponieważ autobus z zajezdni wyjechał pięć minut po czasie (powinnam dodawać, że przystanek, na którym stałam był drugim w kolejności po pętli, a trasa, którą jechał wcale nie była zakorkowana?). Później miałam osiągnąć cel drugi autobusem. Kiedy stałam szesnaście minut na dworze, zdążyłam naubliżać ZTM na wszelkie możliwe sposoby.

Moje zniecierpliwienie mogłoby być bezpodstawne, jeśli jeździłabym na gapę. Wtedy byłaby z pewnością wdzięczna, że mogę się w ogóle wozić. Ale jeśli co trzy miesiące regularnie kupuję bilet, to mam prawo wymagać, a moja cierpliwość może się wyczerpać.

środa, 22 października 2014

Warszawskie życie

Warszawiacy to osobliwi ludzie, tworzący miasto pełne sprzeczności i absurdu.

Biedni warszawiacy, niedobry ZTM
Warszawiacy nigdy nie zasypiają, nigdy nie wychodzą za późno z domu, zawsze byliby na czas, gdyby nie złośliwy ZTM. Spółka ta jest krwiożerca, podowuje, że warszawiakom zawsze jest pod górkę i zawsze im wieje wiatr w oczy. Albo autobus się spóźnił albo się zepsuł albo były ogromne korki. Nigdy nie jest to jednak wina warszawiaka, to życie kładzie mu kłody pod nogi.

Spotkajmy się na patelni
Kiedy przyjechałam do Warszawy i znajomi proponowali mi spotkanie na patelni, robiłam wielkie oczy i dopytywałam ich czy przypadkiem sobie ze mnie nie żartują. Po pewnym czasie sama zaczęłam się tam umawiać. Nie ma lepszego miejsca na spotkanie niż mega zatłoczone miejsce w samym centrum stolicy. Co z tego, że jest tam stacja metra i wysiada milion ludzi? Przecież w takim zbiegowisku ludzi, który się wszędzie spiesza można się bezproblemu odnaleźć.

Mimo mojej złośliwości i ironii, warszawiacy to ludzie, którym należy tylko współczuć, bo nikt na świecie nie ma tak trudno w życiu jak właśnie oni.

czwartek, 16 października 2014

Zepsuty świat

Był październikowy wieczór. Siedziałam wygodnie przed komputerem i debatowałam na bardzo ważne i zbawiające świat tematy z moją kuzynka. Wtedy też na mojej tablicy na facebboku wyświetliło się, że nie żyje polska aktorka młodego pokolenia, Anna Przybylska. Smutna wiadomość, śmierć każdego człowieka, nie jest informacją, na którą czekamy. Jednak to co wydarzyło się w tygodniu po jej śmierci przerosło moje naśmielsze oczekiwania.

Przez kolejne kilka godzin, a również i dni zdjecia Ani atakowały mnie wszędzie. Nagle duża część moich znajomych zrobiła się jej fanami, na sporej ilości fanpage też rozpisywano się na jej temat. Podczas sprawdzania poczty byłam zasypywana zdjęciami zmarłej i cnikliwymi tytułami. Wirtualna Polska i podobne jej portale nie mogły przecież przepuścić takiej okazji i nie zrobić z czyjeś tragedii pożywki dla siebie i super sposobu na biznes.

Apogeum wydarzyło się w czwartek. Rozmawiałam z kuzynką, która była w trakcie oglądania telewizji. Akurat leciały Kuchenne rewolucje. Magda Gessler dostała kaszankę z truskawkami, pierogi z ananasem. Byłam ciekawa jak to wygląda, smak mnie zupełnie nie interesował. Przypadkowo (pewnie i tak stwierdzicie, że specjalnie) trafiłam na stronę jednej z najpoważniejszych i najrzetelniejszych gazet w Polsce, a mianowicie Super Expressu. Przy artykule opisującym rewolucje Gessler były dwa nagłòwki, które mną wstrząsnęły - pierwszy zapowiadał artykuł o gwiazdach, które były na pogrzebie Przybylskiej, a drugi głosił o wzruszającym liście matki Ani. Wyłączyłam ze wstrętem stronę.

Irytują mnie media żyjące sensacją, chcące się wzbogacić pokazując ludzką tragedię, szukające sensacji i dziko latające za gwiazdami i liczące na ich wpadki. Zastanawiam się jak bardzo muszą być zepsuci ludzie, którzy piszą o takich rzeczach. Dziennikarzami nich na pewno nie można nazwać. A jak zepsuci są ludzie, którzy czytają takie rzeczy?

wtorek, 14 października 2014

Świat schodzi na psy

Lubię telewizje śniadaniowe. Tematyka poruszana jest przeróżna i za każdym razem kiedy oglądam te programy coś mną wstrząsa, coś mnie porusza, szokuje i nie daje spokoju, czasami prowadzi do załamania i powoduje, że mam ochotę puknąć się w głowę i zadać pytanie dokąd zmierza ten świat.

Ludzie lubią zwierzęta. Kupują je, dbają o nie, karmią, pielęgnują, aż w ostateczności robią z nich swoich niewolników. Jakiś czas temu hitem były lody dla psów w jednej z warszawskich lodziarni. Swoja pupila można było uszczęśliwić zimną przekąską o smaku mięsa, ryby. Jeśli ta oferta wydawałaby się mało atrakcyjna, to w Warszawie można również zaopatrzeć się w specjalny chleb dla swojego pupila. To wszystko możemy włożyć w miseczkę oprawioną w skórę, oczywiście ekologiczną, posadzić zwierzątko przy stole i życzyć mu smacznego.

Psia sztuka
A skoro strawę już mamy, teraz trzeba zadbać o ducha. Pomocną dłoń wyciąga pewna malarka oferująca obrazy specjalnie dla naszych ukochanych czworonogów. Jeśli piesek lub kotek jest chory możemy kupić mu obraz z wizerunkiem świętych, którzy zadbają o jego rychle wydobrzenie.

Ruch to zdrowie, świeże powietrze też
A co zrobimy, gdy naszemu pieskowi jest zimno w trakcie spacernku? Musimy mu kupić porządne ubranie. Do wyboru mamy różne kroje, w zależności od płci pupilka. Tkaniny jakie są nam oferowane są najwyższej jakości - ekologiczna skóra, antyalergiczny puch, wszystko czego mógłby pozazdrościć niejeden człowiek. Jeśli piesek jest prawie wystrojony na spacer, to trzeba teraz zabrać na dwór. Obróżki są passè, biedne zwierzątko ciągnięte jest za szyjkę i jest to absolutnie niehumanitarne, dlatego wymyślono inny sposób, pseudoszelki, do których elegancko zapinamy smycz. A co jeśli nasz pupil ma zły dzień i nie zamierza nigdzie pójść? Nie ma problemu! Kupujemy torbę, ale niebyle jaką. Najlepiej różową wyściełaną puchem, żeby pieskowi było mięciutko i milutko, podczas gdy go nosimy.

Jedziemy na wycieczkę
Jazda samochodem tez nie stanowi problemu, kupujemy specjalny fotelik, który montujemy w samochodzie za pomocą pasów. Pupilka zapinamy, nie zrobi sobie krzywdy, a żeby nie zrobił krzywdy naszem samochodowi z powodu potwornej nudy, do specjalnej torebeczki, uszytej z materiału pod kolor fotelika, wkładamy jedzenie.

Oglądałam to z niedowierzaniem, pukałam się w czoło i zastanawiałam dokąd właściwie zmierza ten świat. Ludzie zamiast dzieci wychowują zwierząta, wydają na nie niebotyczne sumy, bo jeśli uważacie, że takie gadżety kosztują około 100 złotych, to jesteście w błędzie. To kwoty rzędu około tysiąca. Robimy ze zwierząt niewolników, ubieramy je w falbanki, koronki, cekinki. Nosimy w torebkach, karminy lodami. A czy zastanowiliśmy się choć przez chwilę czy na to wszysyko ono ma ochotę?

środa, 8 października 2014

Proza życia studenckiego

Od kilku dni rozpoczęłam naukę na drugim kierunku. Wszystkiego zaczynam uczyć się od początku, mimo faktu studiowania na tym samym uniwersytecie, każdy instytut rządzi się swoimi regułami i cały czas odkrywam coś nowego i zadziwiającego.

W tym tygodniu poraz pierwszy zmierzam się z dziekanatem. Na wcześniejsze głosy o długich kolejakch prychałam i twierdziłam, że to przecież niemożliwe. Rozpieszczona podczas trzech lat studiów, gdzie studentami zajmował się sekretariat studencki, a wszelkie problemy rozwiązywało się szybko i sprawnie, doznałam w tym tygodniu szoku. Pierwsze moje podejście do zmierzenia się z dziekanatem było w poniedziałek, jak się okazało mało skuteczne. Przyjechałam trzydzieści minut po rozpoczęciu urzędowania, o kolejkach jakie tam widziałam nawet nie śniłam. Cały korytarz było przeludniony bardziej niż metro w porannych godzinach szczytu. Pokój, do którego miałam dotrzec było (o, ironio!) na samym końcu. Musiałam przedostać się przez gąszcz ludzi, narazić się na nieprzyjemności, bo spytanie o cokolwiek było tutaj niemalże zbronią. Na końcu mojej drogi spotkało mnie rozczarowanie, głębokie i mocne - powstała lista. Nazwisk było na niej około sześdziesiąt. Obliczyłam czas jaki pozostał mi do zajęć, przekalkulowałam z ilością osób, musiałabym być Hermioną albo magikiem umiejącym rozciągać czas, wtedy dałabym radę zdążyć. Moją porażkę załagodziłam zakupami.
Ponieważ sprawa była nagląca i wymagała szybkiego załatwienia, wybrałam się do dziekanatu również dzisiaj. Na odpowiednie miejsce dotarłam już o 10.35, co oznaczało, że do godziny otwarcia wrót było 1,5 godziny. Osób na liście było już osiem, ja wpisałam się jako dziewiąta. Emocje osiągały zenitu, bo dziekanat otwarty był tylko trzy godziny. Kolejka była dość ciekawa, róźnorodna. Znudzeni ludzie pochylali się nad notatkami, książkami, uczono się, ale były również osoby, które smacznie spały, zmęczone albo długim oczekiwaniem, ewentualnie nocną imprezą. Wiedziałam co mnie dzisiaj czeka. Wyposażyłam się w jedzenie, książki i nie zamierzałam się tak łatwo poddać.
Moje szczęście było ogromne, kiery nadeszła moja kolej i mogłam z dusznego korytarza udać się do klimatyzowanego pomieszczenia. Podeszłam do pani, zaczęłam tłumaczyć w jakiej sprawie przyszłam, a ona z uśmiechem na twarzy odpowiedziała mi, że pomyliłam pokoje. Mina mi zrzedła, to był wielki cios w moje serce. Musiałam wrócić na duszny korytarz, przegonić cudowne plany na resztę dnia i zapisać się na kolejną listę. Byłam w kryzysowej sytuacji. Jedzenie mi się skończyło, książki przeczytałam, poziom cierpliwości też malał i wcale już się nie dziwiłam ludziom, który w poniedziałek nie emanowali miłością do świata.

Po dzisiejszym dniu wiem jedno, dobrze że urodziłam się kilka lat po obaleniu komunizmu, ponieważ ze swoim życiowym sprytem i brakiem cierpliwości nie byłabym w stanie w tamtych czasach przeżyć.

poniedziałek, 15 września 2014

Dziennikarska głupota

Świat jest pełen absurdów, każdego dnia nas zasypują i zabierają wiarę w możliwość istnienia normalności. Absurdy bulwersują, ale chociaż obywatele są ich świadomi, irytują ich, to rządzący tak jakby ich nie widzą i nie zamierzają za nic na świecie ich zmienić. Wyleczyłam się z chęci zmieniania świata, doskonale wiem, czym rządzi się współczesność, ale cały czas męczy mnie to, że powstaje tak wiele głupot.

Wzięłam dzisiaj do ręki czwartkowe wydanie popularnej w Warszawie gazety, którą rozdają każdego poranka niemalże na każdym skrzyżowaniu. Nie musiałam jej otwierać, żeby przeczytać o absurdzie, znajdował się on na pierwszej stronie. Wcale nie opisywał wymysłów naszych rządzących, tylko głupotę dziennikarską.
Jedno z polskich wydawnictw wydało książkę do muzyki. Jest ładna, kolorowa, idealna dla dzieci z podstawówek. Ale pozory mylą, autor dopatrzył się ciężkiego przestępstwa ze strony twórców podręcznika. Pojęcia muzyczne tłumaczyli dzieciom na przykładzie pizzy i dountów, czyli jedzenia śmieciowego, surowo zabronionego. Posypała się fala krytyki, że jak tak może być, przecież ministerstwo zakazuje sprzedaży niezdrowej żywności w szkołach, truje dzieciom o zdrowym jedzeniu, a tu takiej uchybienie?! Okropnie niedopuszczalna zbrodnia. Posypały się maile do ministerstwa i do wydawnictwa. Jaki jest tego efekt? Wydawnictwo zapewniło, że podręcznik zmieni, będzie teraz tłumaczyć dzieciom pojęcia muzyczne na przykładzie zdrowej żywności - owoców i warzyw. Bardzo skuteczne śledztwo dziennikarskie, brawo! Wszyscy są szczęśliwi, bo dzieci będą uczyły się o zdrowym jedzonku. Ale! W tej historii jest drugie dno. Wydawnictwu jest na rękę, że dziennikarz rozpętał burzę i muszą zmienić podręcznik, bo to oznacza bardzo duży zysk dla nich. Zważając na to, że zmieni się treść, będzie nowe wydanie, dzieci już nie będą mogły korzystać z podręcznika po starszych kolegach, przecież zmieni się treść, więc jak pracować z dwoma innymi wydaniami? Rodzice będą zmuszeni do kupienia nowych podręczników, nieużywanych, co jest niezwykłym zyskiem dla wydawnictwa, bo jak wiadomo na rynku z drugiej ręki nic nie zyskują. A sami rodzice? Będą stratni, będą musieli kupić poprawione wydanie. Podręczniki nie są tanią sprawą, a pieniądze mimo, że wielu z nas tak myśli, nie rosną na drzewach.

Morał z tej opowiastki jest prosty - czasami trzeba się zastanowić czy nasza walka o dobro, nie przynosi tak naprawdę ze sobą więcej zła niż wcześniejszy stan rzeczy.

niedziela, 14 września 2014

Brunetka w miejskiej dżungli odc. 3

Życie kładzie nad kłody pod nogi, często i z upodobaniem. Robi z nas kozła ofiarnego, jakby śmianie się z nas sprawiało mu wielką przyjemność. Jednak człowiek, to upierdliwe stworzenie, potrafi się podnieść z upadku, otrząść i dalej brnąć do swojego celu. Jest jak osa, która za wszelką cenę będzie chciała nas ugryźć, jakby od tego zależało jej życie.

Zakichany egzamin
Jako patriotka, która bezgranicznie kocha swoją ojczyznę poczułam się zobowiązana stanąć do walki w kampanii wrześniowej i zmierzyć się z wrogiem, a dokładniej z niemieckim. W wtorkowy poranek zupełnie zaspana zjawiłam się na wydziale. Elegancko ubrana, pełna ducha walki i chęci zmierzenia się ze złem w cztery oczy, usiadłam wygodnie w jednej z upatrzonych sobie przeze mnie ławek. Miałam przyjemność poprawiania wypracowania, co równało się z czterogodzinnymi torturami w sali egzaminacyjnej. Za oknem był piękny, słoneczny poranek, a ja musiałam być zamknięta w klimatyzowanej klatce. Skończywszy staczać walkę na śmierć i życie, wyszłam z sali nie sama, a z towarzystwem i to takim, które nie opuszczało mnie przez kilka dni - wyhodowałam katar. Wyniku nie znałam, ale jedno wiedziałam - z egzaminu nie wyszłam stratna.

Bezlitośni wykładowcy
Pierwszy raz do egzaminu ustnego podchodziłam w czerwcu. Salę egzaminacyjną opuściłam z niezadowalającym mnie wynikiem. Oznaczało to, że przyjść będę musiała ponownie we wrześniu. I tak właśnie się stało. Pewnego wrześniowego dnia, kiedy słońce pięknie świeciło i za nic na świecie nie zachęcało do spędzenia południa w czterech ścianach, przyszłam na wydział. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdybym nie była na miejscu dwie godziny wcześniej. Było to mało dobrze strategicznie rozegrany ruch. Całe dwie godziny spędziłam na stresowaniu się. Po korytarzach co jakiś czas przechadzali się egzaminatorzy, robiąc groźne miny. Nic nie wskazywało na to, że zdam. Byłam przekonana, że przedłużę sobie młodość i będę powtarzała rok, a to wcale nie było moim marzeniem. Czarne myśli na temat zapłacenia milionów za warunek i chodzenia na te same zajęcia od początku snułam przez cały czas, dopóki nie poznałam wyniku egzaminu, z którego swoja drogą miałam zamiar uciec, bo przenikliwe spojrzenia egzaminatorów i brak uśmiechów doszczętnie mnie paraliżował. Jednak po trzech latach studiowania, dwóch kampaniach wrześniowych, warunku, dochodzę do wniosku, że wykładowcy czerpią radość z stresowania studentów, który zrobi to skuteczniej wygrywa bliżej nieokreśloną nagrodę.

Złośliwość losu
Kiedy uporałam się z egzaminami, a ich wynik był dla wszystkich zadowalający, mogłam się pracą licencjacką. Napisana znajdowała się na moim komputerze od maja, czekała przez te kilka miesięcy na ujrzenie światła dziennego i w końcu się doczekała. Wymieniałam z moją promotor maile, wysyłałam jej pracę, ona odsyłała mi sprawdzoną. Kiedy nadszedł czas ostatecznej korekty, dostałam plik z wiadomością o terminie obrony. Wtedy zamarłam. Termin obrony pokrył się idealnie z terminem mojego lotu do Londynu. Nie miałam wielkiej ochoty tam lecieć, ale wcale nie wymodliłam się, aby te dwa ważne wydarzenia się pokryły. Los bywa zabawny, ale nie trzeba ślepo za nim podążać. Następnego dnia zamierzałam go przechytrzyć. Z samego rana zjawiłam się na wydziale, poszłam do mojej promotor, niemalże na kolanach prosiłam o zmianę terminu. Nie popłynęły łzy, nie popłynęły przekleństwa, pojawiła się radość - obronę mam kilka dni przed wylotem. Tym razem to ja zadrwiłam z losu.

poniedziałek, 8 września 2014

Poradnik Globtrotera

Na wakacje wyjeżdżam odkąd pamiętam, a nawet i wcześniej, bo pamięć bywa ulotna i niestety wypadów z rodzicami, kiedy nosiłam jeszcze dumnie mega modne pampersy nie przypominam sobie. Rodzice rozbudzili we mnie ciekawość świata, zbierali mnie w przeróżne miejsca, pokazywali fascynujące zabytki, opowiadali przecudowne historie. Zakochałam się w podróżach i wytworzyła się we mnie niespokojna dusza, która w każdej wolnej chwili marzy o podróży, wszystko jedno jakiej.

Cztery lata temu rodzice popchnęli mnie do dość odważnej decyzji, miałyśmy same wspólnie z kuzynką wyruszyć na podbój zagranicy. Nie wiem dla kogo była to odważniejsza decyzja - dla rodziców, że puścili dwie małolaty w świat czy dla nas, że będąc jeszcze w sumie małolatami bez doświadczenia podróżniczego zdecydowałyśmy się na wyjazd zagranicę. Naszym celem stał się Wiedeń, mekka secesji, jedno z najładniejszych miast jakie miałam okazję zobaczyć na własne oczy.

Pierwszy krok - zakup biletów 
Cztery lata temu na polski rynek wchodził Polski Bus i w sumie przypadek zdecydował za nas, że wybrałyśmy się do Austrii. Szperając na stronie przewoźnika znalazłyśmy bilety do Wiednia w niezwykłe atrakcyjnej cenie, niewiele myśląc kupiłyśmy je. Kupno biletu to pierwszy krok, jaki stawiam podczas planowania podróży. Często o kursie mojej podróży decyduje przypadek, a raczej cena, jeśli jest atrakcyjna, wybieram ją.

Wybór hostelu
Kolejnym punktem na mojej liście rzeczy do zrobienia przed wyjazdem jest znalezienie lokum, co jest zadaniem niezwykle trudnym i pracochłonnym. Jeśli wybieram się do stolicy, mam w banku, że co najmniej pięć dni będę musiała spędzić na intensywnym poszukiwaniu hostelu. Wybieram go z głową, żebym później się nie rozczarować. Musi być w centrum i z kuchnią, a dodatkowo w konkurencyjnej cenie, to najważniejsze kryteria. Nie lubię tracić czasu na dojazdy.
Chętnie wybieram hostele. Są zdecydowanie tańsze od hotelu, a w dodatku przytulniejsze. Czesto zaskakują nietuzinkowym wystrojem. Nie czuć w nich komercji ani seryjności. Lubię, kiedy hostele mają tak zwany pokój wspólny, w którym po południami i wieczorami zbierają się turyści i poznają nie tylko miasto, do którego przyjechali, ale i inne narodowości, które mieszkają razem z nimi w hostelu, to jest ekscytujące. Dzięki temu widziałam jak robi się oryginalne zupki chińskie, byłam również na prywatnym koncercie fortepianowym. Często ci ludzi się nietuzinkowi i mają dużo do zaoferowania.
Jestem cebulakiem, więc staram się wziąć ze sobą jak najwięcej jedzenia, żeby na miejscu nie wydawać niepotrzebnie kasy, a oszczędności przeznaczyć na zwiedzanie. Będąc na pierwszej wyprawie miałam ze sobą konserwy. Wspólnie z moją kuzynką weszłyśmy do kuchni z naszym dobytkiem i zaczęłyśmy robić jedzenie, a dokładniej kanapki z konserwą. Zrobiłyśmy tym furorę, bo ludzie nie mogli uwierzyć, że można do puszki zmieścić mięso, które nie jest rybą.

Poznanie miasta przez Internet
Kiedy uporam się z rezerwacją nadchodzi czas na najprzyjemniejszy punkt - robienie przewodnika. Jestem buntowniczką, mam coś z kota, lubię chodzić własnymi ścieżkami, nawet wtedy kiedy chodzę dookoła i się gubię, ale mam przynajmniej poczucie niezależności. Przed wyjazdem starannie opracowuje ścieżki, którymi będę podążać. Opisuje zabytki, które będę zwiedzać. Szukam ciekawostek, miejsc, o których wiedzą tylko tubylcy. To takie przygotowanie przed stanięciem w twarzą w twarz z miastem. Próba oswojeniem się z nieznanym miejscem oraz oszczędność czasu, bo na miejscu wiem, co gdzie się znajduje, wiem, jaki budynek znajduje się obok jakiego i nie krążę bezsensownie po mieście. Ważnie jest również, żeby sprawdzić kiedy dane muzeum jest otwarte, a godziny otwarcia uwzględnić podczas planowania podróży, w ten sposób można uniknąć rozczarować i niepotrzebnego nachodzenia się.

Kącik porad
1. Młodym podróżnikom radzę zacząć podróżowanie jak najwcześniej, w wielu krajach zachodnich jest super promocja dla dzieciaków poniżej 18ego roku życia - mają wstęp do wszelkich muzeum najczęściej za darmo albo w cenie połowy biletu. Niezwykła sprawa, dzięki temu będąc w Wiedniu weszłyśmy niemal do każdego muzeum jakie stanęło nam na drodze.

2. Ponad to podróżując weź pod uwagę, że możesz już więcej nie zawitać do tego miasta, staraj się obejrzeć je jak najdokładniej, nie oszczędzaj specjalnie pieniędzy, staraj się obejrzeć od środka te najbardziej unikatowe miejsca.

3. Planując wejście do muzeum staraj się pojawić się tam jak najwcześniej. Z praktyki wiem, że około południa muzea są przepełnione. Większość turystów zdąży już wtedy wylegnąć z łóżka, zjeść śniadanie i ruszyć na podbój miasta. Zwiedzanie w tłumie ludzi, szczególnie jeśli większość z nich to Włosi lub Hiszpanie, nie jest przyjemne.

Podróż na własną rękę daje niezwykłe możliwości, można zobaczyć dokładnie, to co nas interesuje. Można każdy szczegół oglądać z uwagą, nie zważając na czas. Nie trzeba pilnować się przewodnika. Można poznać mieszkańców miasta, porozmawiać z nimi. Można poćwiczyć język obcy dokonując zakupów. Za to jest o wiele droższa niż wycieczki z biurem podróży, ale to wszystko zależy już od tego, kto co lubi.

niedziela, 7 września 2014

Debilizm prosto z Woronicza

Przed wakacjami zapowiadano mega hit, idealny na długie jesienne wieczory. W Warszawie zaroiło się od bilbordów przedstawiających sielski obrazek - złote zboże, ciągnik i serce. To dzisiaj nadszedł ten dzień, kiedy TVP pokazało po raz kolejny swój upadek, a przy okazji upadek Polaków, których do telewizorów przykuwają żenujące programy.

Z racji tego, że TVP jest telewizja publiczną, więc sponsorowaną z kieszeni podatnika, spodziewałam się od nich przyzwoitego poziomu. Moje mrzonki o niesionych przez nich kruchym kaganku oświaty upadły, bezpowrotnie i bardzo boleśnie. Poczułam, że znowu umiera we mnie cząsteczka dzieciństwa, pełna naiwności i wiary w ten parszywy świat. O 21.30 włączyłam telewizję, usiadłam na sofie i moim oczom ukazała się najnowsza produkcja TVP - Rolnik szuka żony. Dałam radę strawić jedynie 10 minut programu, dalszym panom nie dałam się wygłupić i wyłączyłam odbiornik. Sięgnęłam po książkę, musiałam złapać przyzwoity poziom.

O ile jestem jeszcze w stanie strawić fakt, że taką papką karmi nas TVN i Polsat, to fakt, że TVP sięgnęło dna, nie jestem sobie w stanie wytłumaczyć. Zawsze miałam wrażenie, że to telewizja reprezentująca wysoki poziom intelektualny, rozczarowanie bolało, bardzo bolało. Z drugiej strony można wysnuć smutny wniosek, że społeczeństwo nam głupieje albo daje się dojść do głosu głupim ludziom. Kiedyś bycie głupim było wstydliwe, dzisiaj już tak nie jest. Im jest się bardziej niemądrym, tym ma się większą szansę na stanie się rozpoznawalnym i sławnym. Tak jak jest to w przypadku uczestników tego programu, jestem przekonana, że do wzięcia udziału w tym programie nie przemówił do nich zdrowy rozsądek i naprawdę pragnienie znalezienie tej jedynej, tylko ewidentne parcie na szkło i struganie z siebie wariata.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Niemcy drżyjcie, prawda została ukazana

Justyna Polańska odkrywa prawdę o Niemcach! Tak krzyczały nagłówki recenzji, a raczej reklam. Kupiłam tę książkę z wypiekami na twarzy, czekałam na obnażenie całej prawdy o naszych sąsiadach z zachodu. Ale przeliczyłam się.

Zbyt wielkie nadzieje pokładałam w tej książce, spodziewałam się odkryć tam różne smaczki z życia Niemców. Liczyłam na opisy grzesznych Niemców, robiących coś przeciw prawu, delektujących się łamaniem nakazów i zakazów. Dostałam za to obraz normalnych ludzi, takich jak my, którzy mają różne fanaberie. Pan koło trzydziestki, który lubował się w pluszowych misiach, para gejów, która nie była uporządkowana, jak głosi stereotyp. Gwoździem do trumny były porady dla każdej perfekcyjnej pani domu jak pozbyć się plam, jak umyć dobrze okna. Rozumiem, że autorka chciała podzielić się tym co umie najlepiej, ale w takich przypadku tytuł minął się z treścią, skoro to "Pod niemieckimi łózkami. Zwierzanie polskiej sprzątaczki" to skąd biorą się porady na miarę Małgorzaty Rozenek i jej programu?!
Język mnie zawiódł, ale w sumie chyba za dużo się spodziewałam, ponieważ, z całym szacunkiem do wszystkich parających się sprzątaniem, ale arcydziełem tej książki absolutnie nie można nazwać. Raczej to zbiór anegdotek emigrantki, która osiągnęła szczyt swoich marzeń, bo udało jej się wyrwać z Polski, pewnie ku zazdrości wielu koleżanek, i myje sedesy Niemcom, ambicje i życiowy cel każdej młodej kobiety. Paplanina jak na imieninach przy syto zastawionym stole otoczonym wcięta gromadką gości, szkoda drzew. Historie, które miały być wyciągnięciem największych przywar niemieckich okazały się zupełnie neutralne i podejrzewam, że podobne opowieści mogłaby napisać każda sprzątaczka obojętnie, gdzie pracująca. Myślę, że wiele kobiet we wschodu, które wycierają kurze wielkim, polskim panom mogłyby podzielić się podobnymi opowieściami.

Biję się w pierś, że byłam na tyle naiwna, że połknęłam marketingowy haczyk i nadał się naciągnąć na tę książkę. Niepotrzebnie ścięte drzewa, kasa wsadzona w błoto i zmarnowany czas na czytanie, jedyne co mogę zaliczyć na plus, to fakt że czytałam całe te zwierzenia po niemiecku, więc potencjalnie przyswoiłam trochę slangu sprzątaczek.

sobota, 16 sierpnia 2014

Bitwa warszawska 2014

W Polsce powstała nowa moda na organizowane rekonstrukcji. Ludzie coraz chętniej zrzeszają się w grupy rekonstruktorskie. Kompletują ubranie, jeżdżą po Polsce i bawią się w wojnę. Na widowni zbiera się coraz więcej ludzi, widzowie jeżdżą po Polsce szukając historycznych widowisk.

15 sierpnia świętowałam w Ossowie oglądając rekonstrukcję bitwy z 1920. Byłam tutaj pierwszy raz, w poprzednim roku z powodu ogromnego korka nie udało nam się dojechać na miejsce i świąteczne popołudnie spędziliśmy na pikniku wojskowym w Warszawie. W tym roku było inaczej, dwie godziny przez rozpoczęciem imprezy dotarliśmy na miejsce. Zajęliśmy spokojnie miejsce na pseudoparkingu i udaliśmy się na miejsce rekonstrukcji. Bez nad nami rozpościerał się wielki plac boju z ustawioną widownią, na której udało nam się zarezerwować bardzo dobre miejsca siedzące. Dwie godziny czekania umilały nam oprócz dobrego towarzystwa, próby rekonstruktorów.
W trakcie bitwy o każdych szczegółach historycznych opowiadał lektor, który był idealnie dobrany do swojej roli. Spokojnym, ale donośny głosem, wolnym od wszelkich wad wymowy wprowadzał uczestników w tajniki akcji. Poczynania rekonstruktorów z charakteru chaotyczne i nie zawsze zrozumiałe nabrały jasny i klarowny obraz. Polacy zwyciężyli, przegonili bolszewików, których imperialistyczne marzenia rozwiały się.
Jednak po całym tym widowisku poczułam pewien niedosyt. Bitwa warszawska to jedna z najbardziej znanych bitew, zaliczana do jednych z najważniejszych, więc spodziewałam się tutaj wielkich fajerwerek. A po mimo całego rozgłaszania, reklamowania, namawiania na przyjazd, tak wielu sponsorów, co podkreślał później pan na koniec widowiska, pojawiło się zaledwie ponad stu rekonstruktorów, co na tak wielkim polu bitewnym wyglądało trochę żałośnie. Było to raczej na skalę bitwy lokalnej, na którą przyjeżdżają lokalni widzowie, miałam wrażenie, że moje miasto, aby upamiętnić jedną z bitew z 1939 bardziej się stara niż tutejsze władze miejskie.
Jestem również zniesmaczona wypowiedziami pana, który próbował umilić czas po zakończeniu rekonstrukcji, kiedy to przygotowywano plac na zawody kawalerzystów. Pojawiając się w Ossowie bałam się odezwać, żeby nie zostać przypadkiem zlinczowana. Idąc na pole bitewne zaczęła na mnie napierać polityka - a to wizerunki ofiar z katastrofy pod Smoleńskiej, a to uśmiechnięta twarz doktora Chazana. Było to dla mnie niesmaczne, bo impreza miała łączyć Polaków w obopólnej radość z polskiego zwycięstwa, a nie znowu dzielić. A później do mikrofonu dorwał się niespełniony polityk, który politykował jak w trakcie imienin i to mocno zakrapianych. Wrzeszczał do mikrofonu niemiłosiernie, a swoje wypowiedzi na temat zawodów kawalerzystów przeplatał paplaniną polityczną na temat homoseksualistów, aborcji. Nie wiem jak inni goście, ale ja wyjeżdżając poza miasto, uczestnicząc w takiej, a nie innej imprezie chce odpocząć od mediów, krzyków polityków, politycznego bojkotu. Tego wszystkiego mieliśmy serdecznie dosyć i po prostu wyszliśmy, nie czekając na popisy kawalerzystów, choć wierzę, że warto by było zostać.

Przy tak wielkiej imprezie, gdzie ściąga naprawdę wiele osób, takim osobnikom albo nie powinno dać się prawa głosu albo powinno się ostro pilnować co zamierzają powiedzieć, bo politykowanie w taki dzień i przy takich okolicznościach jest naprawdę zupełnie niepotrzebne.

piątek, 15 sierpnia 2014

Krwawy sierpień

Sierpień to miesiąc krwawych rocznic. Za nami 1 sierpnia - wybuch Powstania Warszawskiego, za nami również 15 sierpnia - zwycięska Bitwa Warszawska. Obydwa te dni obchodziłam w różny sposób, ale za każdym razem dochodziłam do tego samego wniosku - nigdy więcej wojny.

1 sierpnia spędziłam w Berlinie. Ktoś by pomyślał, że mało patriotycznie, może i ma rację. Jednak w mojej torbie podróżnej znajdowały się najnowsze wydania prasy polskiej, gdzie niemalże całe numery poświęcone były Powstaniu Warszawskiemu. Nie omieszkałam również wybrać się na nowo otwartą wystawę, która znajduje się niemalże w samym centrum niemieckiej stolicy. Przestudiowałam ją dokładnie, czytając uważnie, oglądając zdjęcia. Mimo, że wystawa skierowana była głównie do cudzoziemców, zawarte było tam mnóstwo informacji historycznych od początków Warszawy do jej współczesności, skupiając się na okresie II Wojny Światowej oraz samego Powstania Warszawskiego. Na końcu wystawy usytuowany był budynek, w którym mieściła się mała sala kinowa, wyświetlano tam Miasto ruin. Film miałam już okazję widzieć w Warszawie, jednak za każdym razem chwyta za serce, rozdziela je na kawałeczki, a pod powiekami gromadzą się łzy. O ile wystawę cudzoziemcy niekoniecznie z dużą uwagą czytali, bo trzeba było przyznać, że informacji było tam aż za nad to, to filmem byli ogromnie poruszeni - wychodzili ze spuszczoną głową, u niektórych widać było kręcącą się łzę w oku. Złośliwi powiedzieliby, że Niemcy w końcu zrozumieli co zrobili, ale to nie byli tylko Niemcy, dało się tam usłyszeć przeróżne języki.
W środę miałam okazję obejrzeć film Powstanie warszawskie. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i z trudem po zakończeniu seansu powstrzymałam łzy. Fabuła była przemyślana doskonale, najpierw na ekranie pojawiały się sceny z życia codziennego, ludzie cieszyli się, byli pełni entuzjazmu. Im dłużej trwał ten zryw, im więcej ginęło osób, nastroje się pogarszały, tak samo było i w filmie, zaczęły pojawiać się bardziej drastyczne sceny, aż w końcu operator kamery ukazał zniszczoną, a raczej zrujnowaną Warszawę, z której nie zostało nic oprócz gruzów i nasiąkniętą krwią ziemi. Pokolorowanie tych taśm, nadanie im dźwięki przybliżyło Powstanie - pokazało, że powstańcem mógł być każdy z nas, bo ci ludzie nie różnili się wiele od nas. Dla nich również liczyły się różne wartości, byli zakochani, podrywali dziewczyny na ulicy, lubili zjeść czekoladę, używali różnego słownictwa. Mam wrażenie, że właśnie porównanie walczących do nas i pokazanie jak niewiele różnili się od nas współczesnych sprawia, że ten film jest niepowtarzalny, łapie za serce, wyciska łzy, ponieważ masz wrażenie, że za tą barykadą możesz stać ty lub twoi przyjaciele, możesz zginąć ty albo twoi bliscy.

Dzisiejszy, a w sumie wczorajszy dzień spędziłam w Ossowie. Wybraliśmy się na rekonstrukcję Bitwy Warszawskiej. W poprzednim roku nie udało nam się tam dojechać, teraz byliśmy dwie godziny przed czasem. Lubię takie imprezy, ponieważ jestem już pokoleniem, które niekoniecznie jest w stanie przyjąć wiedzę wyłącznie z suchych przekazów książkowych, musi mieć wiedzę zwizualizowaną, dlatego takiego typu imprezy są dla mnie strzałem w dziesiątkę. Zresztą jest też to też dobra okazja dla dużych chłopców, żeby pobawić się w wojnę nie ponosząc w przy tym większych strat. Kiedy widzę oddziały rekonstruktorów, którzy pod polską flagą, w polskich mundurach triumfują, kręci mi się łezka w oku, przecież było tak samo kilkadziesiąt lat temu - Polacy triumfowali.

Staram się nie oceniać historii, nie znam się na tym, pozostawiam to innym. Ja zostawiam sobie jedynie czytanie wypowiedzi innych i porównywanie tych opinii. Jedno zostaje niezmienne - heroizm walczących. Byli w stanie złapać broń i walczyć za ojczyznę, skutecznie czy nie, słusznie czy nie, nieważne - w ich oczach, w ich opinii, ich posunięcie było jedyne słuszne i tak właśnie powinno się wtedy postąpić.

wtorek, 15 lipca 2014

W chińskim szalecie

Eric-Emmanuel Schmitt ma dar do pisania przepięknych i bardzo mądrych książek. Każda jego książka mnie zaczarowuje, pochłania i wciąga na długi czas. Nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła sięgnąć po moją najnowszą zdobycz Tajemnica pani Ming.

Główny bohater wybiera się w delegację do Chin. Poznaje tam panią Ming, królową szaletu. Pani Ming pracuje w toalecie w Grand Hotelu, ale nie w byle jakiej toalecie, a męskiej, to o wiele prestiżowe niż praca w toalecie damskiej. Główny bohater ma niezwykły sposób na negocjacje, a w tym samym często odwiedza toaletę. Częste schadzki do tego miejsca oraz chęć poprawy języka mandaryńskiego doprowadzają do rozpoczęcia znajomości z panią Ming. Kobieta jest już staruszką. Jest samotną osobą, dlatego chętnie wykorzystuje okazje do rozmowy. Tym samym opowiada głównemu bohaterowi o swojej dziesiątce dzieci.

Tajemnica pani Ming  to ciepła opowieść o miłości, a dokładnie o miłości córki do matki. Dodatkowo Schmitt jak ma to zwyczaju w każdej swojej książce wodzi czytelnika za nos. Kiedy ma się wrażenie, ze odkryło się tajemnicę, rozwiązało zagadkę, okazuje się, że nasze myślenie było błędne. I to właśnie uwielbiam w jego książkach. Nigdy nie wiadomo jak się skończą, przez co zakończenie zaskakuje. Jego książki można czytać wiele razy, nigdy się nie nudzą i za każdym razem odkrywa się coś nowego.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Dolce vita tłumacza

Uwielbiam słuchać mądrych ludzi, tym samym uwielbiam czytać co mają do opowiedzenia. Jednak nie lubię czytać o polityce, to za bardzo kontrowersyjny temat wywołujący wiele napadów wściekłości i psujący krew. Wolę posłuchać lub poczytać o czymś neutralnym. Takim mądrym autorem jest Asen Marczewski, bułgarski tłumacz pracujący w bułgarskiej ambasadzie w Rzymie.

Książkę kupiłam z kilku względów. Marzy mi się podróż do Rzymu, więc na razie odbywam podróże na papierze, wyszukując ciekawostek o tym mieście. Byłam również ciekawa jak wygląda praca tłumacza w ambasadzie. Wszystkie moje zachcianki zostały spełnione i to z takim nadmiarem wiedzy jakiego się nie spodziewałam. Panem Marczewskim jestem wielce oczarowana.

Autor ma bardzo cięty język i wielkie poczucie humoru. Potrafi rozbawić, szczególnie opisując przywary narodowe zarówno Włochów, jak i Bułgarów. Dla zrobienia smaczku pozwolę sobie przytoczyć krótki fragment: Włosi wykazują niezwykły spryt w obchodzeniu prawa. Pewien znajomy neapolitańczyk opowiedział mi historię swojego krewniaka, właściciela fabryki eleganckich i bardzo poszukiwanych w Stanach Zjednoczonych skórzanych rękawiczek. Bieda w tym, ze rękawiczki te obłożone są tam dość wysokim cłem. Otóż jegomość ten wpadł na pomysł wysłania w charakterze "próbki towaru" skrzyni, w której było 50 000 prawych rękawiczek. Jednocześnie innym samolotem i do innego stanu powędrowała kolejna "próba" - 50 000 rękawiczek lewych. Obie skrzynie zostały przetransportowane do nowojorskiego sklepu Bella Napoli, gdzie nastąpiło skompletowanie par i sprzedaż. I po co tu płacić cło! Co najcenniejsze książka nie jest złożonym sobie spiżowym pomnikiem, pełnym ochów i achów na swój temat. Wręcz przeciwnie - odebrałam pana Marczewskiego jako wielce zasłużonego, mądrego człowieka, a tym samym niezwykle skromnego.

Nie śledziłam procesu zamachu na Papieża, byłam jeszcze wtedy smarkiem, z pewnością nie wiedziałam też, że takie wydarzenie miało miejsce. Nie znałam do tej pory kulisów procesu, miałam tylko ogólne informacje - do czasu przeczytania tej książki. Pan Marczewski był tłumaczem biorącym udział w każdym przesłuchaniu, tłumaczeniu dokumentów, był cały czas na miejscu. O całym wydarzeniu opowiada ze swojej perspektywy, która nie była prosta, w końcu to jego znajomych i rodaków aresztowano i osądzono. W swojej książce skupia się przede wszystkim na pokazaniu jak doszło do stworzenia "śladu bułgarskiego" oraz na podstawie swoich obserwacji, dokumentów przeczytanych w trakcie tych procesów pokazuje pokazuje swoją opinię na temat tego zamachu. Choć wydarzenie tragiczne, to z drugiej strony kulisy są niezwykle intrygujące.

Nie jest to typowe czytadło na wakacje. Książka jest trudna, a to ze względu na to, że posiada w sobie masę informacji z różnych dziedzin. Autor nas po prostu bombarduje historią i czasami mózg ma dosyć, ale kiedy przetworzy tę dawkę domaga się więcej. Rzymski ślad  to zdemaskowanie dolce vity ambasadzkiego tłumacza. Pozycja zarówno dla przyszłych tłumaczy, dyplomatów oraz dla każdego zainteresowanego historią.

niedziela, 13 lipca 2014

Tradycyjna Polska

Wakacje. Polacy masowo siadają za kółkiem i jadą w dalszą lub w bliższą drogę, każdy ma swój cel. Każdy chciałby być jak najszybciej na miejscu. Chociaż jak się okazuje nasze wybory, które z góry wydawałby się logiczniejsze, takie nie są.

Trafił nam się szybki wyjazd nad morze. Jednodniowy, sytuacja awaryjna. Do przejechania mieliśmy sporą odległość, zależało nam na czasie. Pogoda była brzydka. Po całym tygodniu pięknej pogody, gdzie słońca nie brakowało, które rozpieszczało turystów, nadeszło załamanie pogody. Wiał wiatr, temperatura dramatycznie spadła. Wszystkim znudziło się opalanie, a raczej znudził się brak możliwości opalania i postanowili wrócić do domu. W ten sposób nasze drogi się przecięły. Intuicyjnie wybraliśmy autostradę. Byliśmy pewni, że w taki sposób nadrobimy drogę, omijając mniejsze drogi z ograniczeniami prędkości i co najgorsze z radarami. Okazało się, że na taki sam genialny pomysł jak my wpadła połowa Polaków wypoczywającą nad polskim morza i planująca akurat w sobotę wrócić do domu. Trzydziestominutowa przejażdżka po autostradzie musiała zostać odpokutowana co najmniej pięciokilometrową kolejką do bramek. Nasze nadrobienie czasu okazało się mrzonka, ponieważ w pięknym wężyku czekaliśmy około godziny. Na bramkach była kartka, na której przepraszali za utrudnienia, powinni raczej dziękować na kolanach za to, że zasponsorowaliśmy te czarne interesy.

Zastanawiam się, czy my Polacy jesteśmy tacy tradycyjni czy może zaściankowi, a może po prostu głupi i nie umiemy korzystać z rozwiązać zachodnich. Jak to jest, że głupie rzeczy rozprzestrzeniają się u nas z szalejącym tempem, natomiast dobre rozwiązania, jak chociażby winiety są niedoprzyjęcia. Rozumiem, że zastosowując winiety kilkanaście osób straciłoby pracę, ale my stracilibyśmy kolejki na autostradach, których sieć swoją drogą jest Polsce  rozległa, i tym samym pozwoliłby naprawdę na nadrobienie czasu.

sobota, 12 lipca 2014

Brunetka w miejskiej dżungli - odcinek 2.

Każdy tydzień przynosi ze sobą niebezpieczeństwa, z którymi trzeba się zmierzyć i wyjść z nich cało. Nie trzeba jechać do dżungli, by przeżyć mrożące krew w żyłach przygody, wystarczy wstać ze swojego wygodnego łóżka, a już może być niebezpiecznie.

Mordercza czerń
Moja mama jest nauczycielką, ma dwa miesiące wakacji. Mieszkamy w małym mieście. Mamy duży dom. Moja mama miała ambitny plan. Do realizacji planu zmobilizowana zostałam i ja. Bałam się gniewu rodzicielki, posłusznie się zgadzam. Wybór padł na garaż, teraz jego kolej, żeby zostać wypucowanym. Moim zadaniem było umycie podłogi. Zadanie na pozór łatwe - wystarczy wziąć szmatkę, wodę zmieszać z płynem, użyć własnych mięśni i dać się ponieść. Na początku szło wszystko gładko, moja współpraca ze szmatą, wodą i płynem szła pomyślnie. Do czasu, gdy do akcji wkroczył czarny, obrzydliwy smar. Lekkie pociągnięcie szmatką nie pomogło, mocniejsze też nie, mocniejsze i intensywniejsze też nie podziałało. Byłam bliska poddania się, chciałam dać czarnej substancji za wygraną. Przestałam wierzyć w swoje siły. Wtedy pojawiła się mama. Przyniosła ze sobą specyfik bezlitosny dla smaru. Wygrana jednak była po mojej stronie.

Zabójcze słońce
Pogoda i ja nie przepadamy za sobą. Albo jest mi za zimo albo za gorąco. Nie potrafimy się wyczuć i dopasować do swoich potrzeb. Trudne jest nasze współżycie. Kiedy temperatura przekracza magiczne 25 stopni jest mi przyjemnie ciepło, ale kiedy wzrośnie o kilka stopni, o jeden albo dwa umieram z gorąca. Nie jest inaczej w to lato. Wiecznie poszukuję cienia, jestem w stanie zrobić dla niego niemal wszystko. Stojąc na przejściu dla pieszych i czekając na zielone światło, nie staję przy krawędzi, staję dalej, nawet dużo dalej, ale najważniejsze, że w cieniu i co z tego że później biegnę jak głupek, żeby zdążyć przejść na drugą stronę, najważniejsze, że przez te pięć sekund stałam w cieniu, a nie w słońcu. Słońce jest też dla mnie bezlitosne, jeśli chodzi o opalanie. Wmawiam sobie, że opalenizna jest niemodna, chociaż w głębi marzę o pięknej brązowej i naturalnej opaleniźnie, a nie o spaleniźnie, co najczęściej ma miejsce. Moja miłość jest trudna. Kocham słońce, nie wyobrażam sobie życia bez niego, ale z nim jest odwrotnie, czuję że jest mi niewierne i robi wszystko na przekór, aby przypadkiem w moim życiu nie było za prosto. I tak całe lata próbujemy się przechytrzyć, raz wygrywa ono, raz wygrywam ja.

Krwiopijny NFZ
Z nudów wybrałam się do lekarza, normalnego, rodzinnego. Rano dostałam numer, więc przyszłam grzecznie na umówioną godzinę, żyjąc w mrzonkach, że nie będę musiała czekać. Nie wzięłam książki, mój telefon odmówił posłuszeństwa i nie miałam dostępu do żadnych gier. A żeby odechciało mi się przyjść tutaj kolejny raz, a tym bardziej naprawdę chorować, spędziłam na poczekalni dwie godziny. Definitywnie trzeba być zdrowym, żeby pozwolić sobie na pójście do państwowego lekarza. Doszłam do takiego wniosku po czekaniu w kolejce na badanie krwi. Przyszłam do ośrodka zdrowia o ósmej, czyli wtedy kiedy jest otwarcie. Wspinam się po schodach, a w wyznaczonym miejscu czeka już dwadzieścia osób. Jak to możliwe? Bardzo proste. Po co spać, po co spędzić czas w domu, skoro od godziny szóstej można stać pod bramą i czekać na swoją kolej? Mam wrażenie, że mimo dwudziestu lat wolności, Polacy nie wyleczyli się od stania w kolejkach. Nie wiem, czy to sprawia nam jakąś przyjemność? A może to jesteśmy sadomasochistami i lubimy sprawiać sobie ból?

Zaschnięty pająk
Co kochają kobiety? Zakupy! Co robią kobiety, żeby się nie nudzić w wakacje? Jadą na zakupy! W naszym przypadku było nieinaczej. Wsiadłyśmy w samochód i czas na podbój świata. Moje za bliskie spotkanie z pająkiem stało się na parkingu. Przy lusterku pasażera siedział sobie jak gdyby nic pająk. Wyglądał mizernie. Był biały, przypominał zaschniętego, tym bardziej że gdy poruszały się drzwi, on nie reagował. Napełniło mnie to odwagą. Wzięłam kartkę, zaczęłam go spychać. A on w tym momencie nagle poruszył się. Zaczęłam się obawiać, ale dopingowana przez mamę, nie chciałam się ugiąć, chciałam pokazać swoją nową twarz, odważną. Tylko nie przewidziałam jednego - nagle zadął wiatr i mojego pseudoprzyjaciela zepchnięto mi na buta. Narobiłam krzyku, zaczęłam wymachiwać nogami, ogarnęła mnie totalna panika, przecież zostałam zaatakowana jakby nie patrzeć przez pająka! Jestem pewna, że swoją akcją sprawiłam niejednemu przechodniowi radość.

Przebiegła błękitna otchłań
Pojechaliśmy nad morze, na chwilę, kryzysowa sytuacja. Ale mimo braku czasu wypadało pójść na plażę. Było zimno, wiało niemiłosiernie. Zapięłam się pod samą szyję, założyłam kaptur i zapragnęłam sprawdzić temperaturę morza. Morsem nie jestem, odwagę też nie grzeszę, dlatego nie zdjęłam butów, twardo stąpałam w trampkach. Grałam z morzem w grę. Kiedy oddalało się, podbiegałam chcąc złapać falę. Musiałam się wykazać sprytem i refleksem, bo morze nie dawało za wygraną, postawiło sobie za cel zamoczyć mi buty. Jednak w końcu obydwoje z tego pojedynku wyszliśmy wygrani - ono zamoczyło mi trochę buty, mi natomiast udało się wymierzyć temperaturę i nie zazdroszczę sobie, było dość zimne.

wtorek, 8 lipca 2014

Szczęście w cichą noc - książka na lipcowy upał

Przed sobą miałam trzygodzinną podróż do Warszawy i z powrotem. Niewiele się zastanawiając sięgnęłam po pierwszą lepszą książkę, która zmieściła mi się do torebki - to było jedyne kryterium tego wyboru. Nie pomyliłam się, miło spędziłam podróż.

Za oknem żar, słońce postawiło nam dogodzić i mocno dogrzać. A ja usiadłam sobie wygodnie w autobusie, klimatyzacja rozkosznie działała, tym samym rozpieszczając pasażerów, wyjęłam książkę z torby i zaczęłam czytać. Przeniosłam się w sam środek grudnia, za oknami bohaterki padał śnieg, który skwierczał pod stopami, wiał wiatr i był mróz. Trwało przygotowanie do Wigilii, rodzinnie, ciepło. Nie wiem czy moje uczucie błogiego chłodu spowodowanie było chłodem z klimatyzacji czy może podziałał czynnik psychologiczny i poczułam chłodek związku z właśnie czytaną książką. Poczułam się błogo, bardzo błogo. Przez moment chciałam, aby był już grudzień, aby zapanowała świąteczna atmosfera pełna przygotować przez zbliżającą się biesiadą. Później jednak uświadomiłam sobie, że przecież nie po to czekałam przez kilka miesięcy na słońce, żeby marzyć znowu o śniegu.

To książka o tradycji, miłości, rodzinie. Ciepła, ale typowo babska - nie ma krwi, płatnego zabójcy miotającego karabinem, za to jest kobieta w ciąży, która ma kochającego męża oraz jest otoczona gronem najbliższych, którzy obdarzają ją nieograniczoną miłością. Istna sielanka, o której marzy niejedna kobieta. Autorka otwiera oczy na to co w naszym życiu tak naprawdę jest najważniejsze, otwiera nam oczy na rodzinę, o czym często w tym szalonym i zapędzonym świecie zapominamy.

Książkę możemy potraktować jako poradnik jak przygotować idealne święta. Wszystko jest krok po kroku opisane łącznie z przepisami na wigilijne potrawy z dobrymi radami, nic tylko sięgnąć po nią ponownie w grudniu i przestudiować.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Ścieżki do domu Karoliny Sarny

Książki nie wybierałam sama, zobaczyłam konkurs na facebooku, wzięłam udział i wygrałam. Kiedy przeczytałam informację na końcu, trochę się przestraszyłam. Byłam przekonana, że autorką jest nawiedzona buddystka, próbująca z całej siły przekonać czytelnika do przejścia na tę religię. Nie lubię fanatycznych książek, fanatycy (szczególnie religijny) przerażają mnie i próbuje ich omijać szerokim łukiem.

Autorka napisała cztery opowiadania, które tworzą spójną całość, choć na pierwszy rzut oka tego nie widać. Bohaterami są różne osoby, z różnych zakątków świata. Z naszymi postaciami przeniesiemy się do Tybetu, Indii, Francji, odwiedzimy Kanadę oraz przemierzymy polany Karkonoszy i Mazur. Opisy przyrody pobudzają wyobraźnie i ma się ochotę rzucić wszystko, wziąć plecak, spakować kilka niezbędnych rzeczy i ruszyć przed siebie. Niejednokrotnie podczas czytania książki  marzyłam, aby wybrać się w Karkonosze i nasycić oczy widokiem gór.
Bohaterami są różnorodne osoby. Zarówno młodzi ludzie oraz kobiety i mężczyźni w średnim wieku, którzy mają wszystko - pieniądze, karierę, rodzinę i dom. Jednak wszystkie te osoby łączy jedna rzecz. Wszyscy poszukują siebie, poszukują drogi do szczęścia.

Autorka przekazuje nam odrobinę buddyjskich prawd. Pokazuje jak znaleźć szczęście. W trakcie czytania, jak i po przeczytaniu mam ochotę odszukać kogoś, kto będzie mi w stanie przekazać tę całą cenną wiedzę i kogoś, kto pokaże mi sposób na zaznanie spokoju w tym dzisiejszym, szalonym świecie, gdzie nie ma czasu na przerwę i odpoczynek, w którym cały czas gdzieś pędzimy, jak się często okazuje sięgamy po rzeczy mało istotne, zapominając o tym co ważne.

Książki kocham nie tylko za treść, kocham również za papier i za zapach farby drukarskiej. Ta książka ma w sobie wszystko, to co dla mnie jest ważne.

piątek, 27 czerwca 2014

Książka na lato - Finalmusik

Nie ocenia się książki po okładce, a tym bardziej po cenie. Ale ja lubię robić na owak, wbrew wszystkiemu i właśnie najpierw oglądam okładkę, później patrzę na cenę. Teoretycznie z okładki można wiele wyczytać. Jeśli jest przesłodka lub krwawa albo skrada się na niej fantastyczny stwór, wiem że ta pozycja jest nie dla mnie.

Był upalny czerwcowy dzień, skończyłam wcześniej zajęcia, zapowiadała mi się godzinna przerwa między kolejnymi zajęciami, postanowiłam nie tracić czasu i wyruszyć na zakupy. Związku z tym że mój cel był jeszcze zamknięty, postanowiłam zajrzeć do księgarni. Najpierw do moich nozdrzy doleciał przyjemny zapach świeżego druku. Rozejrzałam się dookoła i znalazłam przecenione książki. Ruszyłam do regału żwawym krokiem. Mój wzrok zatrzymał się na szaro-zielonej okładce, na której widniała maszyna do pisania i zdjęcie kobiety z lat 30. Obok widziało Justo Navarro i tytuł książki Finalmusik. Odwróciłam moją zdobycz i przeczytałam opis, zapowiadało się dobrze. Otworzyłam książkę na dowolnej stronie, powąchałam ją, zobaczyłam papier i litery, przeczytałam kilka linijek. Wszystko mi pasowało. Dobra lektura na lato, lekka z ogromną ilością rzymskiego słońca. Przygarnęłam ją.

Z zaciekawieniem sięgnęłam po nią w domu. Ostatni tydzień czerwca, jedną noga już na wakacjach, przyjemnie świecące słońce, przyjemnie wiejący wietrzyk. Książka okazała się idealna na taka pogodę. Pełna rzymskiego słońca i błahej tematyki. Nadchodzi czasem taki czas, kiedy nie ma się ochoty zbawiać świata, rozmyślać nad sensem życia, ma się wtedy ochotę rozkoszować życiem i właśnie takie książki sprawdzają się stuprocentowo w trakcie takich dni. Autor opisuje swoje życie, pisze o banalności życia codziennego.

Navarro jest Hiszpanem, mieszka w Rzymie. Przytacza dużo włoskich zwrotów i słów. Moja znajomość włoskiego jest biedna i czuję się wykluczona, ponieważ nie ma tak żadnego tłumaczenia. Momentami nie wiem o co chodzi, co dla mnie jest dużym minusem, ponieważ jeśli już coś czytam, chciałabym wiedzieć, co czytam. Drugim minusem jest zastosowanie dialogów, nie są one sformatowane w tradycyjny sposób, jednak znajdują się w ciągłym tekście i niekoniecznie zawsze jest to oznaczone, że są to słowa innego człowieka, a nie autora. Jednak to zastrzeżenia do tłumacza, bądź redaktora, nie do samej treści.

Jeśli szukacie książki idealnej na lato, słonecznej, w której znajdziemy trochę wątków miłosnych, banalną tematykę, to polecam sięgnąć po Finalmusik. Nie czyta się jej łatwo z powodu dwóch wymienionych wyżej powodów, ale wciąga.

wtorek, 24 czerwca 2014

Składam się z ciągłych powtórzeń - lek na całe zło

Kiedy usłyszałam, że Artur Rojek odchodzi z Myslovitz moje serce się rozpadło. Nie byłam i nie jestem wielką fanką tego zespołu, ale uważałam ich za jedną z najbardziej charyzmatycznych polskich grup cieszącą się sporym sukcesem nie tylko na scenie ojczystej.

Składam się z ciągłych powtórzeń dostałam na Dzień Dziecka i był to strzał w dziesiątkę. Nadszedł czerwiec, czas ciągłych kolokwiów, egzaminów, zaliczeń, potrzebowałam czegoś, co nie da mi zwariować i nie da pochłonąć mnie całkowicie nauce. Za każdym razem czekałam na ten moment, kiedy pojawię się w mieszkaniu, założę słuchawki, odpalę płytę i odłączę się od całego świata. Potrafiłam katować ją godzinami, a później przez kolejne godziny Artur śpiewał mi w mojej głowie.

Bałam się posłuchać tej płyty, obawiałam się, że Rojek bez Myslovitz nie zachwyci mnie, a okazało się odwrotnie, to właśnie na tej zmianie najbardziej utracił zespół, nie wokalista. Rojek ma dar. Dar do pisania przepięknych słów, które chwytają za serce, uzależniają umysł i grają na emocjach. Kiedy usłyszałam pierwsze dźwięki, zakochałam się w tej płycie i wiedziałam, że cała, bez wyjątku mi się spodoba. Nie musiałam się skupić na omijaniu piosenek, które mi nie pasowały, bo takich nie było, mogłam spokojnie usiąść nad notatkami i skupić się na nauce. Płyta jest niesamowicie różnorodna, dzięki czemu można znaleźć na niej kawałki, które podpasują pod nastrój.

W dobie Internetu i niejasnego polskiego prawa, trudno jest wydawać nowe płyty. Niedziwne. Jeśli artyści robią chłam, stawiają na produkcję seryjną, to nie jest grzechem ściągnięcie kilku udanych kawałków. Ale jeśli płyta to niemalże arcydzieło, kunszt nad kunsztami, na której znalazły się wyselekcjonowane z uwagą i smakiem utwory, to wtedy grzechem jest niekupienie tego albumu.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Welcome in Słoikoland

Od sześciu lat dzielę swoje życie między moją miejscowością rodzinną a Warszawą, gdzie najpierw chodziłam do liceum, a teraz studiuję. Związku z tym, że mieszkam blisko stolicy, mogę pozwolić sobie na co tygodniowe weekendowe odwiedziny w domu.

Kiedyś byłam pewna, że zamieszkam w dużym mieście, pełnym korków, pospiechu, ludzi wiecznie spóźnionych. Zachłysnęłam się wielkomiejskością, jej zaletami. Teraz zaczęłam dostrzegać, że jednak więcej tutaj wad niż zalet.
Jest ciepły, pogodny dzień. Parzę herbatę, biorę do ręki dobra książkę i rozsiadam się na wygodnym fotelu na tarasie. Słońce delikatnie świeci mi w oczy, wiatr targa moje włosy, a czas spędzony z lekturą umilają mi ptaki, które w przeróżny sposób ćwierkają. Kiedy nie mam ochoty na czytanie, odrywam wzrok od tysięcy liter i zatapiam się w zieleni, która o tej porze roku jest przecudowna. Soczysta, pełna życia. Właśnie w takim momentach przekonuję się, że nie ma nic piękniejszego niż natura i cudowności stworzone przez nią. Każde obcowanie z nią sprawia mi niezwykłą przyjemność, dodaje siły i motywuje do działania. W domowym ogrodzie odżywam, wracają do mnie siły witalne i motywują do dalszej pracy.
Przyjemności życia wielkomiejskiego, kina, teatry, kluby, instytucje kulturalne nie są w stanie zastąpić mi spotkania z przyrodą. Wolę wsiąść w samochód, przejechać kilkanaście kilometrów, spędzić kilka godzin w samochodzie, pokręcić się po Warszawie, ale w ostateczności wrócić do siebie, do małego, niepozornego miasteczka, które kryje w sobie coś czego nie znajdę w Warszawie. I jestem dumna, że jestem słoikiem. Odbieram miejsce najpierw w szkole, później na studiach warszawiakom. Zabieram im powietrze, nie płacę podatków, jadąc samochodem stukam słoikami, ale mam coś czego oni nie mają.

piątek, 20 czerwca 2014

Mistrzowie pióra

"Czytając byle co, mam wrażenie, ze marnuję czas. Nie zawsze tak było. Kiedyś miałem mnóstwo czasu, więc nawet jeżeli wpadł mi w rękę byle szmatławiec, i tak czułem, że ta lektura przyniesie mi pożyetk. Teraz jest zupełnie inaczej. Pewnie się starzeję?' - Haruki Murakami

Ostatnie tygodnie były dla mnie trudne, dużo nauki, stres, ale znalazłam trzy rzeczy, które przyzwoliły mi przeżyć ten czas w miarę normalnym stanie psychicznym. Absurdalnie im teoretycznie powinnam mieć mniej czasu, znajdowałam go coraz więcej, aby tylko usiąść z książką w ręku, oderwać się od rzeczywistości i pochłaniać słowa w zawrotnym tempie. Nauczyłam się korzystać z okazji, czytałam w autobusie, czekając na egzamin.

Pierwszym moim wyborem było Na południe od granicy, na zachód od słońca. Zanim wezmę do ręki jakąś książkę, staram się przeczytać recenzję, boję się czytać gnioty, czuję się, że po pierwsze marnuję swój czas, po drugie marnuję też pieniądze. Nie lubię tracić ani jednego ani drugiego. Dlatego przed kupnem Murakamiego przeczytałam wiele zachwytów na jego temat, gorące recenzje przekonały mnie do sięgnięcia po jedną z jego  książek. Absolutnie się nie zawiodłam.

Drugą książką, którą przeczytałam w tym czasie był Cień wiatru. Kogo bym nie zapytałam, każdy z spokojnym sumieniem mi ją polecał. Objętość początkowo mnie zaniepokoiła, druk tak samo, ale jak się później okazało niesamowita fabuła, zagadki i nieprzeciętny język sprawiły, że to co wcześniej wydawało mi się przeszkodą, tym nie było.

W trakcie nauki słuchałam najnowszej płyty Artura Rojka. Dawno nie miałam w odtwarzaczy takiej płyty, która przypadłabym mi w całości do gustu. Nie musiałam przejmować się tym, że zaraz będzie kawałek, który mi się nie podoba. Rojek to magik, który umie przenieść swoje emocje, zaśpiewać o nich niezwykle autentycznie, chwycić za serce, wyrwać je, sprawić, że nami wstrząsną.

niedziela, 1 czerwca 2014

Brunetka w miejskiej dżungli

Miejska dżungla bywa bezlitosna, krwiożercza i wysysając resztki sił z człowieka. Bywa też niebezpieczna i czeka tylko na Twoje potknięcie albo nieuważny krok.

Złośliwa strona internetowa
Co robi student, kiedy czuje na plecach gorący oddech swoich wykładowców, którzy mu się nawet śnią? Śni o nich dalej. Zauważyłam pewną prawidłowość - im bliżej wakacji, tym większa potrzeba snu, tym bardziej rano, związku z tym jakakolwiek próba wstania na zajęcia, które zaczynają się o brutalnej godzinie, ósmej, kończy się fiaskiem. Później rodzi się myśl w głowie "A co gdybym nie poszła na inne zajęcia?" I realizuję swój plan, jest zbyt piękny, żebym został tylko mrzonką. Z racji tego, że na ostatnich zajęciach miałam kolokwium, nieobecność na nich nie uszłaby mi na sucho, zmobilizowałam się do rozstania z moim wygodnym łóżkiem, co było bardzo trudne. Wychodząc na dwór powitało mnie przepiękne słońce, co zrekompensowało mi moją ciężką decyzję. Z uśmiechem na ustach i w pięknych butach ruszyłam na przystanek. Wsiadam na pętli, dlatego minęłam pierwszy autobus, później następny i jeszcze kolejny, a mojego jak nie było, tak nie było. Spojrzałam na rozkład jazdy i doznałam rozczarowania, mój autobus odjechał 10 minut temu. Zawierzyłam moją punktualność wirtualnemu rozkładowi jazdy, a on to perfidnie wykorzystał.

Piękno boli
Cudowna pogoda za oknem zmobilizowała mnie do założenia butów na obcasie. Wychodząc z mieszkania poczułam dyskomfort, ale nie poddałam się - zacisnęłam zęby i ruszyłam przed siebie. Do autobusu doszłam, z autobusu na uniwersytet też dałam radę. Schody zaczęły się, kiedy wracałam. Szłam jak porażona, zazdroszczę wszystkim tego widoku. Ale mimo wszystko miałam piękne buty, to się liczy.

Zabójczy deszcz
Kiedy wychodziłam z mieszkania powitało mnie cudowne słońce. Założyłam letnią bluzkę. Spacer z parasolem został wspomnieniem, jak się okazuje niewłaściwie. Wracałam do mieszkania. Im bliżej do niego, tym czarniejsze chmury na niebie. Autobusowi akurat zachciało się stanąć na czerwonym świetle i czekać i czekać i czekać. Czułam, że kara za moją bezmyślność mnie dopadnie. Nie pomyliłam się. Wysiadłam z autobusu, zaczął kropić deszczyk, niewielki, pozornie milutki, gdyby nie fakt, że padał prosto w twarz. Weszłam do sklepu, kupiłam wodę. Pani zapytała mnie czy mam parasol, zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie mam. W takim razie pani zaproponowała mi przeczekanie w sklepie. Zbagatelizowałam ostrzeżenie, podziękowałam grzecznie i wyszłam. To co zastałam po przekroczeniu progu zaskoczyło mnie. Runęła dosłownie ściana deszczu. Z dwoma butelkami w ręku i chlebem, z butami na obcasie na nogach zaczęłam biec i przysięgam, że gdyby była wtedy jakaś komisja, pobiłabym rekord świata w biegu na 300 metrów. Poczułam niesamowity wiatr we włosach, nie byłam nawet świadoma, że potrafię tak szybko biegać. Kiedy znalazłam się pod upragnionymi drzwiami, nie mogłam znaleźć kluczy, co ciekawe nie miałam wielkiej torby, tylko malutką, ale jak widać i tam może znaleźć się czarna dziura. W wyniku wszystkiego weszłam do mieszkania cała mokra, tak jakbym wskoczyłam właśnie do basenu.

Czerwony kamikadze
Szłam sobie dość ruchliwą ulicą, w biały dzień. Nie spodziewałam się najgorszego. Był piękny, przyjemny majowy dzień. Słońce ogrzewało moją twarz i nic nie zapowiadało takiego obiegu sprawy. Najpierw czerwony kamikadze zaatakował moje włosy. Trochę się wystraszyłam, zaatakował mnie niespodziewanie. Strząchnęłam go, ale jak się okazało nie był to najmądrzejszy pomysł, ponieważ wpadł mi prosto do stanika. Stwierdzam, że biedronka okazała się być samicą, długo tam na szczęście nie posiedziała. Podążyła w stronę światła i prawidłowo, oszczędziła i jej stresu i mi. Z przyrodą nie warto zadzierać.

Zabójcze spojrzenia
Miałam przyjemność w tym tygodniu przystąpić do egzaminu na staż. Było dużo chętnych, około 10 osób na jedno miejsce. Prestiż jednostki duży, duża konkurencja, to wyzwala w ludziach brak zaufania do siebie i chęć wyeliminowania przeciwnika na wszelkie możliwe sposoby, obojętnie czy dozwolone czy nie, czy humanitarne czy zwierzęce. I cieszę się, że ludzie nie są bazyliszkami, nie mają umiejętności zabijania wzrokiem, bo byłabym dzisiaj martw, tak przynajmniej z dziesięć razy.

piątek, 30 maja 2014

Warszawa nieodkryta

Pomieszkuję w Warszawie sześć, ciągle jest nieodkryta, potrafi zaskoczyć i zadziwić i za to ją właśnie lubię. Zwykle podróżuję trasą Praga Południe - Centrum, czasami zapuszczam się na Okęcie, w celu powrotu do domu, w tym tygodniu spotkało mnie małe urozmaicenie.

W środę zafundowano mi wycieczkę na Pragę Północ. Była to ekstremalna podróż, bo w mojej głowie obudziły się stereotypy, których nie mogłam się pozbyć. Poczułam się nieswojo, kiedy przekroczyłam granicę między Pragą Południe a Pragą Północ. W autobusie pojawiło się nagle sporo podejrzanych typów, których każdy krok próbowałam dyskretnie obserwować. Podróż przypominała podróż w czasie, ale zamiast zobaczyć rozkoszne kamienice lub stare budynki, zobaczyłam obdrapane i wołające o remont budynki. Gdy wysiadłam z autobusu zostałam otoczona ludźmi przeróżnego pokroju, ale moje stereotypowe myślenie kazało mi wyłapywać wzrokiem tylko tych podejrzanych. Położyłam rękę.na torbie i przyspieszyłam krok. Poczułam się bardzo nieswojo, kiedy z jednej strony otoczyły mnie ściany budynków z drugiej metalowe blachy odgradzające budowę metra. Moja przestrzeń osobista niezwykle się zmniejszyła powodując zwolnienie kroku i brak możliwości ominięcia niewygodnych dla mnie przechodniów. Odetchnęłam dopiero, gdy znalazłam się w galerii handlowej i spotykałam z moją kuzynką. Miała parasol, zawsze jakaś ewentualna możliwość obrony. Zupełnie dobrze poczułam się dopiero, gdy znalazłam się z powrotem na drugiej Pradze. Przepraszam mieszkańców Pragi Północ za stereotypowy tekst, ale nie potrafiłam wyzbyć się tych obaw będąc tam.

Kolejnym egzotycznym punktem na mojej mapie w tym tygodniu był Rembertów, oficjalnie jedna z kolejnych dzielnic Warszawy. Wsiadłam w autobus, zanurzyłam się w lekturę gazety, gdy nagle za oknami zupełnie zmienił się krajobraz. Beton, żelbeton, pełno asfaltu i kostki brukowej ustąpiły miejsca lasom. Oderwałam wzrok od czytanych tekstów i patrzyłam z niedowierzaniem, czy na pewno autobus nie wywiózł mnie poza Warszawę. Zaskakujące jak tam blisko od szarości można spotkać zieleń i naturę.

środa, 28 maja 2014

Sex, dziwka i miłość

Sex, dziwka i miłość. Myślicie, że to mieszanka wybuchowa, której nie da się połączyć? Jesteście w błędzie. Własnie wróciłam z "Casanovy po przejściach" i powiem Wam, że dawno się tak dobrze nie bawiłam w kinie.

W filmie nie stroni od sexu i miłości, ale w rzeczywistości chodzi o coś zupełnie innego, o samotność. Bohaterowie, zarówno pierwszoplanowi, jak i drugoplanowi to samotnicy, mimo, że nie przyznają się do tego, próbują z nią walczyć. Każdy ma inną receptę na to. Film okazuje prostą prawdę, o której często zapominamy - człowiek to istota społeczna, w odosobnieniu nie jest w stanie żyć. Aby odpowiednio funkcjonować, potrzebujemy drugiego człowieka, wszystko jedno czy to będzie ktoś wynajęty na chwilę, przyjaciel czy kochana osoba, musi przy nas być ktoś do kogo będzie można otworzyć buzię.

Twórca filmu wszedł w Amerykę, mocno buciorami, bez żadnych uprzedzeń. Na ekranie widzimy i czarny i Żydów i białych. Wszyscy oni ze sobą współżyją mimo rasizmu. Potrafią się zaakceptować, do pewnego momentu - dopóki ktoś nie naruszy ich przestrzeni osobistej. Ta wielokulturować zaczarowała mnie. Zostałam przeniesiona nie tylko w bogate salony, ale odwiedziłam też mieszkanie klasy średniej. Podobała mi się ta różnorodność.

Nie lubię głupawych filmów, to tylko marnowanie pieniędzy i strata czasu. Lubię się pośmiać, ale lubię pośmiać się z dobrych, inteligentnych tekstów i właśnie je znalazłam w filmie Johna Turturra.

Nie jestem krytykiem filmowym, nie znam się na filmach. Idąc do kina, siadając przed telewizorem oczekuję wciągającej fabuły, inteligentnego humoru i dobrej gry aktorskiej. To mi zaagwarantowano, więc z czystym sumieniem polecam ten film.

A Ty jak mieszasz sos?

Jestem Ola. Mam 21 lat. Studiuję germanistykę na UW - zapamiętaj germanistykę.

Wszystko zaczęło się od gramatyki. Był wtorkowy poranek, świeciło słońce, a przede mną leżało kolokwium. Jeszcze puste, ale zamierzałam to zmienić, miałam dobre chęci, przyrzekam. Uczyłam się pilnie cały weekend majowy, bo miałam nóż na gardle, jedno potknięcie i groził mi całoroczny kolos. Stawka w tej grze była wielka. Kolokwium dotyczyło czasowników rozdzielnie i nierozdzielnie złożonych. Jeśli jesteście przekonani, że gramatyka niemiecka jest prosta, przyjazna, uśmiech się do każdego uczącego się, to jesteście w błędzie. Proszę spróbować posiąść wiedzę z tej grupy czasowników, życzę naprawdę powodzenia. Od dwóch lat próbuje im stawić czoła i zawsze kończy się tym samym, pięknie wykaligrafowanym "nzal". Nie będę zagłębiać się dokładnie w tematykę, bo może to być nudne i niezrozumiałe, w każdym bądź razie jest grupa czasowników, które pisze się oddzielnie, kiedy opisują jakąś zmianę, albo łącznie, kiedy wyrażają okrężny ruch. Trafił mi się przykład z mieszaniem sosu. Nie jestem specjalistą w gotowaniu, ale moja niewielka wiedza pozwoliła mi dokonać głębokiej analizy, że mieszając, miesza się w kółko. Jakie było później moje zdziwienie, kiedy okazało się to być smutną nieprawdą. Nie zawierzyłam prowadzącej, poszłam po radę do babci, która również stwierdziła, że techniki mieszania są różne. Z nią nie przystało mi się kłócić, podważyć jej kilkunastoletnie doświadczenie w gotowaniu, to grzech.

W poniedziałek miałam leksykologię (naukę opisującą i badającą słowa w danym języku). Stanęłam wtedy twarzą w twarz z kolokwium. Zobaczyłam pierwsze zadanie i zwątpiłam w świat, całkowicie. Siedzicie? Jeśli tak, to czytajcie dalej. Przed moimi oczyma ukazała się tabelka, w niej nazwy wydawanych dźwięków przez ptaki. Poniżej nazwy ptaków. W polecaniu poproszono nas o dopasowanie nazw do dźwięków. O ile może umiałabym to zrobić po polsku, co nie jest takie pewne, to po niemiecku przerosło to moje najśmielsze oczekiwania.

Tak się zastanawiam czy przypadkiem nie pomyliłam studiów. Może ja w rzeczywistości zamiast germanistyki studiuję ornitologię i gastronomię? Wypełnia mnie gorycz, bo takie głupoty decydują o tym, czy zaliczę kolosa czy nie. Chory system.