Osiem lat temu sięgnęłam po Oskara i panią Różę. Spłakałam się jak bóbr, ale tym samym zakochałam się w twórczości Erica-Emmanuela Schmitta. Od tego momentu jestem wierna temu pisarzowi i choć nie przeczytałam jeszcze jego dotychczasowego dobytku artystycznego, dzielnie nadrabiam zaległości oraz sięgam po przeczytane już wcześniej pozycje.
Dzisiaj spełniono się jedno z moich marzeń. W jednej z warszawskich księgarni zorganizowano spotkanie z tym autorem. Dzisiejszego dnia moim najwierniejszym towarzyszem był zbiór opowiadań Marzycielka z Ostendy. Moja niezaprzeczalnie ulubiona książka tego autora, po którą sięgnęłam już czwarty raz. Zawitałam na miejsce spotkania przed czasem, zajęłam wygodne miejsce i z wzruszeniem czekałam na autora. Są takie niewytłumaczalne chwile, kiedy łzy cisną mi się do oczu, zaciska się gardło i właśnie wtedy buchnęłabym najchętniej płaczem, a byłyby to łzy szczęścia. Na małej powierzchni stłoczone było mnóstwo ludzi. Młode dziewczyny, kobiety w średnim wieku, seniorki oraz kilku mężczyzn. Na twarzach malowały się przepiękne uśmiechy, ale pokapało też kilka łez, łez wzruszenia.
Pisarz okazał się być wielką gadułą, co w przypadku pisarzy absolutnie nie powinno dziwić. Schmitt jest Belgiem i jestem święcie przekonana, że gdyby na jego miejscu posadzić polskiego pisarza w średnim wieku nie mówiłby tak otwarcie o seksualności i o tym, że seks jest przyjemnością. U nas panuje trend na ułożonych pisarzy, uosobianiających wszelkie cnoty, a cielesność i przyziemne doznania ich nie dotyczą. Schmitt to autor oświeceniowy, tak sam siebie ocenił, to pisarz, który pod przykrywką ciekawej opowieści przemyca nam prawdy o świecie, o których w codziennej bieganinie zapominamy. Właśnie za to tak uwielbiam Marzycielkę z Ostendy. Za każdym razem otwiera mi oczy, pokazuje, że tak często dla własnej wygody nadaję ludziom łatki, nie starając się ich bliżej poznać. Rzucam ocenami na oślep, często raniąc drugą osobę. Książka ta pozwala mi się na otrząsnąć z tego "letargu" i walczyć z tym przyzwyczajeniem, starając się być lepszym człowiekiem.
Byłam tym wydarzeniem tak podekscytowana, że dzisiejszej nocy śniło mi się jak autor podpisywał mi książkę. Wraz z tłumaczem literowaliśmy mu moje imię. Sen był proroczy, ale jedynie częściowo - książkę mam podpisaną, imienia nie musiałam literować, jest na tyle uniwersalne, że występuje niemalże we wszystkich językach europejskich, a autor nie miał problemu z napisaniem go.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz