Tegoroczny listopad jest gorączkowy dla wszelkich karierowiczów pragnących pomagać Polsce, swojemu rejonowi. Dla wyborców oznacza to, że boją się otworzyć lodówkę, aby przypadkiem ich potencjalny kandydat nie wyskoczył z niej i nie wykrzyczał swojego wiekopomnego hasła wyborczego.
Sieczka z mózgu
Dzisiaj rano, kiedy szykowałam się do wyjścia z mieszkania natrafiłam na audycję, w której prezentowane były spoty wyborcze. Zabieg idealny. Niewiarygodne rzeczy, które wysłuchałam pobudziły moje nerwy, podwyższyły mi adrenalinę i sprawiły, ze nie chciało mi się już spać. Nie forsuję żadnej partii politycznej, wracam uwagę na wszelkie błędy, nie jestem nastawiony szczególnie krytycznie tylko do jeden partii, staram się być obiektywna. Jedna z partii politycznych, która cieszy się w ostatnim czasie sporą sympatią, twierdzi, że NIKT nie może nam mówić jak mamy wychowywać dzieci, NIKT nie może nam zakazać je karać, nawet w tak mało humanitarny sposób jak poprzez klapsa, a wszystko zostało skwitowane pięknymi słowami, aby w Polsce żyło się lepiej. Hola, hola Panowie, nie tędy droga. Żądanie wolności i możliwość decydowania o samym sobie rozumiem. Jednak przyzwoleniem na klapsa automatycznie godzimy w prawa drugiej jednostki, która ma w swoich prawach zapewnioną nietykalność i wolność. To ja proponuję w takim razie za wszelkie gafy i wypowiedziane głupoty karanie panów posłów i panie poseł również klapsami.
Chyba już osławione są zapewnienia jednego z panów kandydatów na prezydenta Warszawy, że przejazdy komunikacją miejską będą dla warszawiaków darmowe. Mrzonka, mrzonka, mrzonka. Jeśli mój sztab wyborczy wymyśliłby coś równie absurdalnego, to bym ich wyśmiała, podziękowała im i na pewno nie opowiadałabym o tym utopijnym pomyśle na prawo i lewo. Opowiadanie takich rewelacji zapewnia tylko o jednym - kandydat jest niespełna rozumu.
Zaśmiecanie miasta
Rano idąc na Uniwersytet miałam przyjemność spotkania się twarzą w twarz z uśmiechniętym panem, startującym w wyborach. Przechodziłam obok opuszczonej posesji. Na każdej kolumnie ogrodzenia wisiało zdjęcie kandydata. Szybko podążyłam do skrzyżowania. Ale nie uwolniłam się od niego. Kiedy tylko pojawiłam się przy szkole, która również miała ogrodzenie, każda jej kolumna ozdobiona była wizerunkiem tego samego pana. Szłam, szłam, szłam, a obok mnie cały czas pojawiała się ta sama twarz, zliczyłam dwadzieścia podobizn. Cieszę się, że ich stać na takie marnowanie drzewa, ale czy stać ich też, żeby później pozdejmować swoje plakaty? Wiadomo, że z miejsca, które do kogoś należy one znikną, ale co zrobić, kiedy nie ma właściciela, a plakaty cały czas wiszą? Mokną na deszczu, później są wyblaknięte na słońcu. Wyborcy zapomnieli już o wyborach, zapomnieli kto startował, a te plakat nadal wisi i ozdabia przestrzeń publiczną. Wszyscy kandydaci powinni dostać nakaz posprzątania po sobie. Skoro karze się za śmiecenie, za niesprzątanie po psach, to czemu nie karze się za niezdejmowanie plakatów wyborczych?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz