poniedziałek, 11 listopada 2013

11 listopada - Dzień Demoralizacji

Powinnam się uczyć gramatyki, ale nie mogę, burzy się we mnie krew, kiedy słyszę to, co się dzieje w stolicy. Krew mnie zalewa jak słyszę, jak głupi mamy naród. Skoro kochają tak bardzo swoją Ojczyznę, jak o tym mówią, to dlatego nie potrafią pokazać tego w normalny i kulturalny sposób, tylko biją się, nie szanują wzajemnie i psują miasto?

Poniedziałek godzina 13, jadę pociągiem relacji Łódź - Warszawa, przedziały są pełne małoletnich dresów, którzy mają jeszcze mleko pod nosem. Palą, śmieją się i cieszą na przyszłą bijatykę. Kiedy spotykają policję, krzyczą, skandują, obrażają ich.

Godzina 14, centrum Warszawy. Mamy wrażenie, że jestem na wojnie. Wokół mnie pełno ubranych w kaptury młodych chłopaków, skandujących coś, puszczających race. Nie mogę dostać się do mieszkania normalnie, tylko muszę jechać objazdem, trasa zablokowana jest przez marsz. (Nie jestem zła, że mieszkam w Warszawie i są korki, utrudnienia, przecież na to się zgadzałam decydując się na taki krok, a nie inny, ale kiedy marsz przeradza się w masową demolkę, nie mam tolerancji dla tego zjawiska.)

16.00 włączam telewizję, to co widzę przechodzi ludzie pojęcie. Marsz nie jest już marszem pokojowym, mam wrażenie, że coś się wyrwało spod kontroli. Chuliganom daje się publiczne pozwolenie na dewastację mienia publicznego. Brak szacunku do drugiego człowieka, brak szacunku dla miasta, brak szacunku do Ojczyzny.

Godzina 22 siedzę przy komputerze, przeglądam facebooka i wstyd mi, że mam takich znajomych, którzy chwalą się publicznie tym, że byli na marszu, zniszczyli tęczę, pobili się z policją.

Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy - Józef Piłsudki, amen.



poniedziałek, 4 listopada 2013

Gnioty nad gniotami

Denerwuje mnie to, że ludzie piszą i kręcą gnioty. Marnują w ten sposób mój czas i moje pieniądze, z tym że to drugie można jeszcze odzyskać, z czasem nie jest już tak łatwo.

Ostatnio byłam na Ambassadzie. Film miał być dobry - dobry reżyser, dobra obsada, ale coś nie wyszło. Mam wrażenie, że ludziom zachciało się ubrać w nazistowskie mundury, odtworzyć scenerię III Rzeszy i pobawić się w wojnę. Szkoda, że zrobili to bez żadnego większego pomysłu. Fabuła była pogwatnana i niejasna. Marne efekty specjalne, marne zastosowanie grafiki komputerowej, czego można było się wyzbyć. Jedyne co mogę zaliczyć do plusów to inteligetny humor, który nie był durny i żałosny. Sceneria i kostiumy też były warte uwagi i to tyle. Nie polecam, amen. Mam nadzieję, że Papusza mnie nie rozczaruje.

wtorek, 15 października 2013

Świat książki

Sytuacja zmusiła mnie do tego, abym sięgnęła po książkę "Poradnik pozytywnego myślenia", nie mogłam jej odłożyć, bo zanudziłabym się na śmierć - w ten sposób przeczytałam ją całą. Na okładce przywitał mnie napis, że mam w rękach światowy bestseller, sprzedany w milionach egzemplarzy, a ekranizacja miała kilkanaście nominacji do konkursów filmowych. Nie lubię takich informacji, bo one nie świadczą o niczym dobrym, zwykle jeśli książka jest wartościowa i naprawdę ma coś do zaprezentowania potrafi się sama sprzedać, bez zbędnych napisów. Zastanawiam się tylko czemu ludzi interesuje taki chłam, zaczytują się tym, a co gorsze kupują to. Byłam ostatnio w Empiku i Poradnik nadal znajduje się na półce z książkami najlepiej się sprzedającymi. A przecież kupienie takiej książki to zwykłe wyrzucenie w pieniędzy w błoto.

Wiecie po czym poznaje się dobrą książkę? Po tym, ze wciąga, kończysz czytać, ale przeczytana historia dalej jest w Twojej głowie, analizujesz ją, dodajesz coś od siebie. Poza tym po dobrą książkę chce się sięgnąć jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz, a za każdym razem Twoje spotkanie z nią jest intymne i niepowtarzalne, odkrywasz nowe opisy, nowe słowa, nowe szczegóły.

Lubię obserwować czytających ludzi. Na ich twarzy malują się wszelakiego rodzaju emocje, wszystko zależy od tego, o czym w danej chwili czytają - najbardziej lubię, kiedy na ludzkiej twarzy nagle pojawia się dyskretny uśmiech.

czwartek, 3 października 2013

Księża pedofile

W ostatnim czasie rozpętała się burza i coraz więcej wychodzi na jaw wyczynów  księży pedofilów. Mnie, niepraktykującą to szokuje, ale zastanawiam się jak bardzo musi to zaszokować moją babcię albo prababcię, gorliwe katoliczki. Czy taka informacja w ich oczach nie szkodzi instytucji kościoła? Przecież kościół to miejsce czystości i nieskazitelności, ale kiedy na światło dzienne wychodzą takie informacje podważa to autorytet kościoła. Jak osoba, która dokonuje tak strasznych rzeczy może siedzieć w konfesjonale i rozsądzać czy mogę być rozgrzeszona i czy Bóg wybaczy mi moje grzechy czy nie?

Owszem, na pewno są duchowni, którzy są czyści, świecą przykładem, ale w naszym świecie już tak jest, że nie zauważamy dobrego, zauważamy zło, ono nas pociąga i o nim chcemy czytać.

środa, 2 października 2013

Książkowa jesień

Jesień to idealny czas na nadrobienie zaległości w czytaniu książek. Przyznam się bez bicia, w te wakacje nie miałam ochoty na sięgnięcie po książkę. Za to teraz, kiedy wieczory są dłuższe i zimne, lubię usiąść z dobrą książką w ręku i spędzić ten czas pod kocem popijając ciepłą herbatę. Mimo, że mam w swojej biblioteczce parę pozycji, które pachną jeszcze świeżością, wybrałam dwie sprawdzone książki - Wyznania gejszy i Marzycielkę z Ostendy. Dwie zupełnie inne powieści, ale wciągające, są niesamowite. Lubię czytać w podróży, kiedy siedzę w tramwaju, kiedy jadę autobusem, mam wtedy poczucie, że nie marnuje czasu na bierne patrzenie się w okno. Z racji tego, że nie lubię dźwigać (a kto lubi) w podróż zabieram mniejszą książkę - tym razem Marzycielkę. Dzisiaj tak się zaczytałam, że straciłam poczucie czasu. Mimo, że za oknem było zimno, ja przeniosłam się do ciepłego salonu, wypełnionego tonami książek, pachnącego herbatą. Usiadłam na zielonej kanapie obok dwójki ludzi, pisarza i Emmy, tytułowej marzycielki. I to jest niesamowite w książkach, przy odrobinie wysiłku, jakim jest rozszyfrowywanie wyrazów, przenosisz się do zupełnie innego, nowego świata. Możesz jednocześnie być w dwóch miejscach, ba nawet w bardzo odległych od siebie. Nie sięgając po książkę odbieramy sobie tę magię.

poniedziałek, 30 września 2013

Słoiki zjechały do miasta

Tysiące słoików napłynęło do Warszawy - to może oznaczać jedno - rozpoczęcie roku akademickiego. Rzeczywistość boli, jutro będzie trzeba wstać o normalnej porze, ubrać się i zmierzyć się z krwiożerczymi prowadzącymi. Mój ostatni rok na licencjacie, prawda boli i to okropnie, bo to oznacza, że zbliżam się do końca błogiego życia studenckiego i będę musiała zmierzyć się z życiem, pójść do pracy i zarabiać miliony (fajnie by było). 

Właśnie zrobiłoby się lepiej, kiedy dowiedziałam się, że część moich znajomych już dzisiaj grzecznie zasiadła w ławach akademickich!

niedziela, 29 września 2013

Pierwszy dzwonek - po raz setny

Za kilka dni na akademickich korytarzach rozbrzmi przysłowiowy pierwszy dzwonek – to znak, że trzeba wracać w uniwersyteckie ławy i przez kilka najbliższych miesięcy dzielnie przyswajać wiedzę.

Swoje słowa chciałabym skierować do nowych żaków – pomimo, że od moich pierwszych kroków, które postawiłam na Uniwersytecie minęły (o zgrozo!) trzy lata, pamiętam jaki stres i jakie podenerwowanie towarzyszyły mi podczas pierwszych dni na uczelni. Jak się później okazało, było to zupełnie niepotrzebne – ale to nie od dziś wiadomo, że strach ma wielkie oczy. Aby dodać Wam otuchy, przygotowałam 10 rad, które pomogą Wam przetrwać studia.

  1. Głowa do góry, mimo, że studia trwają do czerwca, w międzyczasie czeka Cię dużo wolnego, który jak się postarasz będziesz mógł poświęcić na to, co Ci się żywnie podoba.
  2. Z racji tego, że należę do NZS ciśnie mi się na usta nasz slogan – nie zmarnuj studiów. Nie siedź cały czas nad książkami albo nie baluj cały tydzień – oderwij się i wstąp do naszej organizacji. Oprócz możliwości współorganizacji ciekawych wydarzeń, oferujemy możliwość poznania mega pozytywnych i kreatywnych ludzi.
  3. Wykładowcy, prowadzący to też ludzie. Mimo, że na pierwszy rzut oka wydają się nieludzcy, krwiożercy i bezlitośni, w głębi serca to mili ludzie z dobrymi intencjami. Jedna rada – postępuj fair w stosunku do nich, a tak samo potraktują i Ciebie.
  4. Nie ulegaj stereotypom – USOSa da się poskromić.
  5. Od czasu do czasu zadzwoń do rodziców – bez nich prawdopodobnie byś nie studiował.
  6. Patriotycznym obowiązkiem każdego polskiego studenta jest przynajmniej raz w życiu wziąć udział w kampanii wrześniowej – jeśli podwinie Ci się noga, nie przejmuj się!
  7. Nie kupuj nowych książek, zrób dobry uczynek i odkup je od starszych kolegów.
  8. Studia to niestety ostatnia chwila, kiedy mamy czas wyłącznie dla siebie – nie wpadliśmy jeszcze w sidła krwiożerczej korporacji, nie mamy własnej rodziny, dlatego też to ostatni dzwonek, aby rozwinąć siebie, swoje zainteresowanie, swoje pasje.
  9. Aby być później konkurencyjnym na rynku pracy, czerp okazje robiąc staże i praktyki.
  10. A przede wszystkim nie poddawaj się. Każdy ma chwile zwątpienie, ale nie można od razu się poddawać. Nawet najtrudniejszy egzamin można zdać.
Tekst znajdziecie również na: http://nzsuw.salon24.pl/

piątek, 27 września 2013

Obraz obrazowi jest równy?

Będąc w muzeach/galeriach sztuki, gdzie prezentowana jest sztuka nowoczesna, często zadaję sobie pytanie, gdzie stoi granica między sztuką a zwykłym bohomazem. Zdaję sobie sprawę z tego, że współcześni twórcy mają ciężko, sztuka ma tyle lat, ile cywilizacja, czyli mnóstwo, a co się z tym wiąże, niemalże już wszystko zostało namalowane. No tak, ale wychodząc z takiego założenia, nie musielibyśmy już NIC do roboty, nie tylko jeśli chodzi o sztukę, a dotyczy to wszystkiego - medycyny, fizyki, chemii. A jednak nadal dążymy do samorozwoju i postępu technicznego. Natomiast kiedy patrzę na obrazy współczesnych twórców, mam wrażenie, że nasza kultura się cofa, spoglądając daleko w wstecz i wzorujemy się na artystach z jaskini Lascaux. Oczywiście nie mam tu na myśli WSZYSTKICH artystów, nie mogę generalizować i wrzucać wszystkich do jednego worka, jednak mówię o przeważającej większości, czyli o tych, którzy malują płótno na jeden kolor i nazywają je "Bez tytułu". Jako artystę definiuję osobę, która ma nadzwyczajny talent, dzięki swojej pracy wybija się ponad wszystkich, a jej celem jest ukazanie rzeczywistości, pozostawienie śladu po sobie oraz zwrócenie uwagi odbiorcy na problemy społeczne. A to co robią wspomniani przeze mnie twórcy nie załapuje się do mojej definicji artysty. 

Nie potrafię sobie wyobrazić, naszych następców, nie chodzi mi o prawnuki, a jeszcze kolejne pokolenia, którzy będą chodzić do muzeum/galerii i oglądać w sali "początki XXI wieku" niemalże identyczne obrazy, wszystkie pomalowane na jeden kolor i nazwane "Bez tytułu". Magią muzeum jest to, że możemy spotkać tam z wielką różnorodnością, a w przypadku, gdy wszyscy twórcy dążą do tego samo, a takie mam wrażenie, po co chodzić do galerii i wydawać pieniądze, kiedy jest tam niemalże wszystko to samo?

Jestem zapaloną fanką sztuki, ale nie każdej, mam swoje granice estetyczne, zaczynają się one w XX wieku. Może nie mam prawa do krytyki, bo nie jest twórcą, nie wiem, jak dokładnie wygląda proces malarski, ale jestem odbiorcą i mam wrażenie, że malarze są w pewnym sensie zależni ode mnie. Oczywiście, nie mam zbyt wystarczających zasobów pieniężnych, aby kupić takie dzieło, ale jestem częstym gościem muzeów, a one też kupują obrazy, widząc zainteresowanie odbiorców, chcą być atrakcyjne i przyciągać co raz więcej osób. 

Wiem, że mój apel nie spotka się z wielkim rozgłosem, jestem zbyt mała, żeby coś wskórać, co zrobić? A może ktoś będzie mi potrafił pokazać sens w takich dziełach i wtedy zmienię diametralnie swoje zdanie?

wtorek, 10 września 2013

Zło się sprzedało

Jestem przerażona brutalnością dzisiejszego świata. Czas terroru Hitlera przeminął, ale czy nie nastał nowy? Teraz za złem nie stoi jedna osoba, a całe społeczeństwo, bo cicho dajemy przyzwolenie by działo się to co się dzieje. Ba, nawet nakręcamy tę dziką machinę. Chcecie przykład? Sprawa matki Madzi - przez ile miesięcy toczyła się ta telenowela z Katarzyną W. w roli głównej? Przecież gdyby nie interesowałoby to odbiorcy, sprawa toczyłaby się po cichu. Katarzyna nie musiała jeździć na koniu w bikini, tańczyć na rurze.

Swoja drogą zastanawiam się czy fascynacja ludzi tematyką II wojny światowej to zwykła chęć poznania bądź co bądź nie tak odległej historii, czy po prostu wredna ludzka ciekawość. Zło dobrze się sprzedaje i wszyscy o tym wiedzą.

Wejdźmy na dowolną wybraną stronę informacyjną, otwórzmy dowolnie wybrany dziennik, włączmy dowolną telewizję informacyjną. Co tam znajdziemy? Najczęściej historię z złem w roli głównej. Czemu ludzi aż tak to kręci, czemu chcemy o tym słyszeć, czytać? A najgorsze - czemu wyrządzamy drugiemu zło, sprawiamy, że cierpi?

Problemem jest również ciche przyzwolenie ludzkie na zło. Czemu nikt się nie zainteresuje tym co dzieje się wokół niego?


Boli mnie to w jakim świecie żyjemy. Doceniamy zło, namaszczamy je. A co z dobrem? Dobro się nie sprzedaje, nie lubimy o nim czytać. Myślę, że w większości przypadków przez zwykłą zazdrość, nie lubimy kiedy bliźni ma lepiej, doszukujemy się w tym od razu spisku.

Człowiek człowiekowi wilkiem i to chyba nigdy się nie zmieni, chyba że zgładzimy swoją cywilizację.


poniedziałek, 9 września 2013

Kiedy tatuś rodzi dziecko

Od tygodnia jestem na stażu w Wprost, trafiłam do działu, który zajmuje się pisaniem newsów na stronę. Dzisiaj mieliśmy wyjątkowo jałowy dzień, nic się szczególnego nie działo, związku z tym miałam czas na dokładniejsze przeszukanie Internetu. Na kilku niemieckich portalach znalazłam informację o mężczyźnie, który urodził dziecko. Moim zadaniem było zredagować tekst, aby móc go później opublikować na stronie.
Pisało mi się okropnie - temat niebanalny, związku z tym było mnóstwo niuansów, z którymi musiałam sobie poradzić. Najtrudniej było mi się przełamać, że dziecko urodziła nie matka, a ojciec.

Absolutnie nie popieram tej decyzji. Myślę, że jest ona zupełnie nieodpowiedzialna, zarówno ze strony matki/ojca oraz ze strony osób, które pozwoliły na zapłodnienie, bo co istotne biologiczny ojciec nie jest znany, nasienie zostało pobrane z banku spermy. Z resztą nie wiem czy znalazłby się mężczyzna, który zechciałby się przyczynić do poczęcia nowego życia z drugim mężczyzną. Nie mieści mi się czasami w głowie, nie potrafię pojąć tego na jakim świecie żyjemy.

Moglibyście mnie posądzić o brak tolerancji. Mi nie chodzi o to, że kobieta stała się mężczyzną, ani że mężczyzna stał się kobietą, ich wybór akceptuję. Zbulwersował mnie fakt, że umożliwia się takim ludziom na posiadanie dzieci. Czy dziecko wychowane w takiej rodzinie potrafi dostosować się do normalnego społeczeństwa, gdzie fundamentem społeczeństwa jest rodzina z tatą i mamą na czele? Pomyślmy sobie jak ono musi się czuć odbierane po szkole przez dwóch ojców, kiedy po jego kolegów przychodzi mama i tata. Po za tym dzieci są bezlitosne, to właśnie one potrafią jak nikt inny zranić, wyśmiać, myślę, że dlatego też dzieciństwo dzieci z takich domów nie może być szczęśliwe. Co więcej bohater mojego tekstu nie chciał określić płci dziecka. Nie wyobrażam sobie dorastać bez świadomości tego czy jestem kobieta czy mężczyzną. Jak ma się ukształtować moja psychika?

Cieszę się, ze Stalin nas zamknął, oddzielił murem od Zachodu i nie mogliśmy się na nich napatrzeć. Przynajmniej może jeszcze za mojego życia do takich cudów do takich cudów nie dojdzie jak to się dzieje w Niemczech czy w Ameryce.

piątek, 9 sierpnia 2013

Mam świetną ajdiję!

Jak mawiał jeden z wieszczy narodowych "Polacy nie gęsi iż swój język mają". Jednak podyskutowałabym teraz z tym panem, bo dzisiejsza rzeczywistość nie wygląda tak pięknie. Rzecz dotyczy języka używanego przez młodzież, choć nie tylko, ponieważ i tym starszym też się zdarza taki grzeszek popełnić (biję się w piersi i niestety muszę się przyznać, że i takie zjawisko pojawia się i u mnie). W świecie, którym zawładnęła globalizacja, która nas okoliła i nie chce wypuścić ze swych ramion, trudno jest nie zauważyć potrzeby uczenia się języków obcych, szczególnie angielskiego - bez tego w dzisiejszym świecie ani rusz. Tylko wszystko powinno mieć swoje granice. Dostaję białej gorączki, kiedy słyszę rozmowę, w której co trzecie słowo wtrącane jest wyrażenie angielskie. (znacznie lepiej to niż, gdyby mieli używać "kurwa", ale jednak też mi się nie podoba) Czy w polskim nie ma już odpowiedniej ilości słów, by się prawidłowo wyrazić? Podnosząc głowę do góry, nie jestem w stanie w to uwierzyć, ponieważ przed moimi oczyma ukazują się ogromne tomiska słowników języka polskiego. Bardzo podoba mi się postawa Francuzów, którzy na każdą angielską nazwę produktu wymyślają własne określenie - nie wiem tylko czy to z powodu ich "miłości" do Anglików czy też to z powodu dbania o swój język ojczysty, ale ruch niezwykle pochwalam. Powinniśmy się zastanowić czy nie warto zadbać o język i czy nie warto by wyplenić ze swojego słownika wszelkie angielskie zwroty i używać ich jedynie podczas rozmowy po angielsku.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Tu jest Polska, tu się narzeka

Kiedy za oknem mocno świeci słońce, termometry wskazują niewiele mniej niż 40 stopni Celsjusza, a nocą słupek rtęci opada o niewiele mniej stopni, nie muszę pytać ludzi co u nich słychać, bo odpowiedź znam. Zapytaj się, a zacznie się wiązanka, że się nie wyspali, bo w nocy było gorąco, a w ciągu dnia nie da się żyć, bo jest upalnie. Zimą będzie podobnie, tylko znikną upalne dni i gorące noce, zostaną zastąpione przez mroźne dni, ciemność o poranku i popołudniu. Błędne koło. Jesteśmy śmiesznym narodem, bo narzekanie się toleruje, ba, uznaje się je jako zaletę narodową, nie wadę, a przywarę. Gdzie by nas nie wywieźli to i tak będzie źle. Jak żyć panie premierze?

Powtarzam się, przepraszam.

sobota, 3 sierpnia 2013

Polska Panda

Jestem w Warszawie - w stolicy Polski, w największej polskiej metropolii. Trasę wycieczki obieram bardzo oklepaną, wybieram się na spacer Krakowskim Przedmieściem. Po drodze mijam dużo wycieczek, ale i pojedynczych grupek ludzi, którzy mówią w różnych językach - istna Wieża Babel. Promienieję z dumy, że przyjeżdżają obcy turyści, aby zwiedzić Polskę i tym samym chciałabym, aby Warszawa zaprezentowała się jak najlepiej. Jednak zderzam się tutaj z mocno bolesna rzeczywistością. 

Najpierw spotykam ją w KFC (jako patriota przecież muszę wspierać rodzimy biznes!). Wszyscy wiemy, iż ta sieć fast foodów kusi "darmowymi" dolewkami napojów, a ściślej mówiąc dolewką wody o posmaku coli albo innego specyfiku- nie powinnam narzekać, przecież mam wybór, a nawet dwa wybory - albo nie kupować napoju albo nie jadać w tym miejscu. Jednak trapi mnie co innego. Tutaj spotkałam rodzinę Cyganów/Romów (niepotrzebne skreślić). Usadowili się na ławce na zewnątrz i biesiadują. Mieli to wielkie szczęście, że właśnie tego dnia swoje pierwsze urodziny obchodziło Veturilo, co wiązało się z tym, że cukiernicy częstowali przechodniów tortem - bohaterowie mojego posta nabrali więcej porcji niż głów, które siedziały przy stole, ale widocznie tort im smakował. Ale jedzenie powinno się czymś popić, nie? Tak więc wyposażeni w swoje kubki wysyłali dzieci, żeby przynosiły im napoje. Dzieci te nie dosięgały do automatu, wylewały na siebie zawartość, ale jeśli by nie przyniosły też źle - na pewno doznałyby przemocy fizycznej, więc będąc na ich miejscu też wybrałabym mniejsze zło i wolałabym wylać na siebie połowę napoju niż zostać uderzona. Drugie moje spotkanie z tą samą rodziną było przy innym lokalu. Siedziałyśmy z koleżanką, sączyłyśmy napój bogów, plotkowałyśmy, śmiałyśmy się, a dookoła nas można było usłyszeć każdy inny język oprócz polskiego. Dobrą okazję na zarobek zwietrzyli też Cyganie/Romowie - do ogródka piwnego wysłali swoje pociechy wyposażone w kubki na datki. Jak się nie oprzeć małej, biednej dziewczynce ze słodkimi oczami, żeby nie dać jej kilku złotówek? Wtedy odzywa się rozum - przecież dając pieniądze sponsorujesz machinę wyzysku i żebractwa. Jednak kilku obcokrajowców dało się złapać, dali im kilka groszy. 

Wiem, ze każdy ma prawo żyć, ale oni naprawdę psują wizerunek tego miasta. Toleruję grajków, którzy próbując zarobić dając coś od siebie - jednym to wychodzi, drugim nie, ale w jakiś sposób pracują. Jednak pokazując dzieciom, że można zarobić robiąc tylko smutne oczka, to jest degenerowanie społeczeństwa i wychowywanie pasożytów, którym się wszystko należy, bo oni są biedni. 

piątek, 2 sierpnia 2013

Dzień dobry, czy mógłby Pan przestać narzekać?

Godzina ósma rano, przecieram oczy, ziewam, czuję się senna i najchętniej wróciłabym do łóżka, przecież kto normalny kładłby się wcześniej spać wiedząc, że następnego dnia musi wstać rano? Włączam radio, trafiam zupełnie przypadkowo na prognozę pogody. W głosie pana redaktora wyczuwam nutę ironii. Zapewne na jego twarzy pojawia się przesłodki uśmiech, a w głowie rodzi mu się myśl, że aktualnie jest jednym z najszczęśliwszych ludzi na świecie, ponieważ siedzi w chłodnym, przyjemnym, klimatyzowanym pomieszczeniu. Jednak musi być "ale" - przecież za kilka godzin wyjdzie ze swojego studia i przestanie być kolorowo, dlatego też  nie może oprzeć się narzekaniu. Przecież ZNOWU przez Polskę przechodzi fale upałów! Jak żyć?!  Słuchając komunikatu zastanawiam się ile osób dzisiaj spotkam, które poskarżą się na tę okropną aurę i lejący się z nieba żar? Daleko szukać nie muszę - taką osobę znajduję w domu. No tak, ale jak może być inaczej, skoro od samego rana jesteśmy zasypywani "falą samych pozytywnych informacji", masą narzekania i marudzenia? Rozumiem, że jest ciepło, a nawet gorąco, człowiek jest zmęczony, ale nie przesadzajmy, mamy w końcu lato i wakacje. Pomyślmy sobie, że za cztery miesiące będzie szaro, brzydko, deszczowo, noc będzie dłuższa od dnia. I co wtedy zrobimy? Zapomnijmy o upałach i tęsknym wzrokiem wypatrywać będziemy słońca. Czy to nie jest chore błędne kolo? Czemu nie potrafimy się cieszyć tym co mamy, tylko narzekamy, ze wciąż nam wszystkiego mało? Mam takie malutkie postanowienie na wakacje - nie narzekać. Mamy lato, ja nawet mam trzy miesięczne wakacje, więc cieszmy się z tego, radujmy się, nośmy uśmiech na twarzy. Gwarantuje, że widząc na ulicy zadowolonych ludzi, bez smętnych min, będzie nam się żyło lepiej, ponieważ tak samo jak uśmiech i radość, smutek tez jest równie zarażalny, niestety.

środa, 31 lipca 2013

Obywatelu! Co wiesz o Powstaniu?

Powstanie Warszawskie temat bardzo na czasie - nic dziwnego w końcu jutro mamy 69. rocznicę tego wydarzenia. Ale nie chcę tutaj rozliczać tego epizodu z kart historii i go oceniać, bo nie jest to proste, a moja wiedza nie jest wystarczająca. Chciałabym się odnieść do artykuły, który przeczytałam w najnowszym Wprost, autorem jest pan Jacek Wasilewski. Przyznaję się, że dopóki go nie przeczytałam żyłam w zaślepieniu, moje oczy były zamydlone.

Kiedy usłyszałam frazę "Powstanie Warszawskie" widziałam młodych, uśmiechniętych ludzi, który byli żądni przygody. Nie liczyli się z życiem, a tym bardziej ze śmiercią. Żyli chwilą, czerpali z ówczesności pełnymi garściami. A w rzeczywistości ofiarami tego wydarzenia była nie tylko młodzież, ale wszyscy obywatele - dzieci, starcy, upośledzeni, bogaci, biedni, wykształceni i ci bez wykształcenia. Świetnie opisuje to Miron Białoszewski w "Pamiętniku z Powstania Warszawskiego" - pozycja niezwykle trudna, przynajmniej dla mnie była trudna do przebrnięcia - autor pokazuje to wydarzenie z zupełnie z innej perspektywy niż tej, którą ukazuje nam Muzeum Powstania Warszawskiego, media, popkultura. Tutaj ludzie umierają w męczarniach, zmuszeni są do życia w nieludzkich warunkach, a wojna to nie jest przygoda i fajna zabawa, to walka na śmierć i życie.

Absolutnie nie chce negować prac wspomnianego muzeum czy innych autorów, którzy propagują powstanie, ale czy na pewno robią to w właściwy sposób, przekazując nam tylko fragment historii?

W Internecie pojawił się zwiastun filmu Jana Komasy "Powstanie Warszawskie", który zostanie zmontowany z materiałów dokumentalnych. Jestem niezwykle ciekawa czy pokaże nam on pełen obraz tego zrywu czy zostanie znowu przecenzurowany. Jak na razie na obrazie przewijają się uśmiechnięte twarze młodych ludzi.