wtorek, 4 sierpnia 2015

Miasto '44

Niemcy w zadość uczynieniu za wyświetlenie na łamach swojej telewizji filmu "Nasze matki, nasi ojcowie" zdecydowali pokazać się polski film "Miasto '44" w reżyserii Jana Komasy. Całe szczęście, że tylko około miliona osób spędziło ten wieczór wraz z włączonym ZDF.


Do tego miliona osób należała moja rodzina i ja. Nie wiedzieliśmy wcześniej tego filmu, byliśmy ciekawi go, tym bardziej, że tak wiele było niejednoznacznych opinii. Usiadłam przed ekran telewizora bez żadnych uprzedzeń. Byłam gotowa na spotkanie z tym filmem, nie przywdziewając wcześniej ani negatywnego ani przychylnego stanowiska. Jednak po pierwszej mało realnej scenie, gdzie filiżanka leciała w zwolnionym tempie, zwątpiłam. Później widząc pocałunek głównych bohaterów, gdzie towarzyszyły im sprawnie omijające ich kule, zataczające niemal serca, zaczęłam się śmiać. Było to tak kiczowate, że jedyną reakcją, na którą było mnie stać, to był śmiech. Szala goryczy przelała się, gdy zobaczyłam scenę miłosnego uniesienia. Była ona mocno perwersyjna.

Do tej pory uważałam się za osobę młodą, ale po obejrzeniu tego filmu mam pewne wątpliwości. Czytałam opinie reżyseria, iż jest to przekaz skierowany do młodych, w celu przybliżenia im tematyki powstania. Wszystko miało być przekazane poprzez taką drogę, aby wynieśli dużo z seansu. Do mnie "Miasto '44" zupełnie nie przemówiło i jestem wdzięczna moim rodzicom i dziadkom, że zadbali o moją edukację, przybliżając mi tematykę dotycząca powstania, bo gdybym miała czerpać wiadomości wyłącznie z ekranów filmowych lub telewizyjnych, miałabym obraz mocno spaczony. Znając to wydarzenie jestem mocno zniesmaczona, a nawet oburzona. Kilka scen przeważyło, że zrobił się z tego paszkwil, bardziej przypominający Straszny film, niż poważny film, obrazujący rzeczywistość. Wcale się nie dziwię, że Niemcy zaraz po tym wyemitowali dokument, gdzie wypowiadali się historycy, powstańcy, a jako obraz użyto prawdziwych fragmentów, nakręconych w czasie wojny.

Z pewnością trudno jest nakręcić dobry film, trzeba balansować na krawędzi, aby ani nie przedobrzyć ani nie pogorszyć



wtorek, 14 lipca 2015

Polacy na emigracji


Siadając w wielkim, białym namiocie wiedziałam tylko jedno - na scenie wystawiana będzie sztuka Mrożka. Jakże było niezwykłe moje zdziwienie, kiedy po nastaniu ciszy na widowni i zapaleniu sie świateł oświetlających scenografię na scenicznych deskach pojawili się aktorzy Teatru Polskiego w Warszawie. usiadłam wygodnie i wiedziałam, że to będzie dobry wieczór.


Miałam przyjemność obejrzenia Emigrantów w reżyserii Piotra Cyrwusa. Na scenie wystąpił Piotr Cyrwus jako przeciętny zjadacz chleba XX oraz Szymon Kuśmider grający intelektualistę AA. Początkowo cała sytuacja miała charakter humorystyczny. Przekomarzanki inteligenta z głupcem, jeśli okraszone są mądra ironią, zawsze są zabawne. Wraz z upływającymi minutami wzrastało napięcie na scenie. Bohaterowie zaczynali dotykać głębiej tematyki, która pomimo upływu ponad 50 lat od powstania tej sztuki, nie zdezaktualizowała się. Widzowie przestawali stopniowo śmiać się, później uśmiech znikał z ich twarzy, wyczuwało się powstający konflikt, który w każdej chwili mógł osiągnąć swoje apogeum, co spowodować mogło posypanie się iskier. Symbolicznym osiągnięciem szczytu była żarówka, która gasła wraz z nastaniem ciężkich emocji.

Sławomir Mrożek żyjąc na emigracji zdystansował się, potrafił dostrzec narodowe wady Polaków i doskonale je wypunktował. Na scenie mamy dwóch bohaterów, zupełnie różnych od siebie, ale to co ich łączy, to oprócz  wspólnego mieszkania, to również posiadanie typowo polskich przywar. Żaden z nich nie jest od nich wolny. Zresztą zastanawiam się, czy w postaci intelektualisty nie jest zakamuflowana autoironia. Pisarz na emigracji, piszący o człowieku zniewolonym, obserwujący drugiego emigranta, pachnie mi zamknięciem siebie w klatce fikcji.

Doskonała gra, mistrzowskie opracowanie tekstu oraz doskonała zabawa rzeczywistością zachęciła mnie do zapoznania się z tekstem w wersji papierowej. A cała sztuka zmusza do refleksji, że mimo upływu ponad 50 lat, niewiele się zmieniliśmy.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Kunszt reporterski

Pierwsze moje spotkanie z tym materiałem miało miejsce w okresie wielkanocnym, kiedy na łamach Trójki pojawiły się fragmenty rozmów z mieszkańcami Ziemi Świętej. Z miłym zaskoczeniem odkryłam je później w rzeczonej książce. Niektóre chwytały za serce i wyciskały łzy, inne bawiły. Zupełnie jak w życiu. Podobne emocje odczuwałam podczas czytania Ziemi Świętej.

Opisaną tematyką zaczęłam interesować się dosyć niedawno. Rozmowy z mieszkańcami, ich historie, opinie uzupełniły doskonale wiedzę teoretyczną, zdobytą przez mnie wcześniej za pomocą podręczników akademickich. Sytuacja panująca w tamtym regionie jest niezwykle zawiła oraz niejednoznaczna, dlatego tym bardziej doceniam kunszt reporterski pana Gutowskiego, który pozwolił zachować mu obiektywizm, co z pewnością było dosyć trudnym zadaniem.

Uważam, że książkę napisać umie każdy, jednak napisanie książki, która byłaby czytana oraz pozytywnie oceniana jest zadaniem już o wiele trudniejszym. Panu Gutowskiemu się to zdecydowanie udało. Umie wyczarować niezwykłe tło do opowiadanych historii. Wraz z współpracą wyobraźni udało mi się nie jeden raz pojawić się w tym samym miejscu, co bohaterowi i razem z nimi spacerować po miejscu zamachu, siedzieć w ich mieszkaniu lub oglądać wybudowany mur tuż przy ich domu. Niezwykła plastyczność, ale również i bardzo emocjonalne wypowiedzi spowodowały, że chociaż książkę przeczytałam jakiś czas temu, to opowieści, obrazy wciąż są w mojej głowie i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Fragment o składaniu ofiar  przez Samarytanin uważam za mistrzowski. Autor zbudował tak wielkie napięcie, że czytała go z wypiekami na twarzy.

Jako najcenniejszą naukę z tej lektury uważam zdanie, które wypowiedział jeden z mieszkańców, iż dawniej mieszkańcy tej ziemi, a zarazem wyznawcy innych religii potrafili ze sobą współistnieć zachowując w tym regionie pokój.



niedziela, 12 lipca 2015

Mroczna tajemnica dorosłości

Kiedy w telewizji pojawiał się prezenter pogody, w domu moich dziadków nastawała święta cisza. Ja, jako małe dziecko nie zawsze mogłam wysiedzieć w jednym miejscu i jeszcze dodatkowo nic nie mówić. Kiedy tylko zaczęłam prowadzić dyskusje, dziadek posyłał mi krótkie, karcące spojrzenie i uciszał. Starałam się wtedy zmobilizować wszystkie siły, aby się nie odezwać. Było to bardzo trudne, zawłaszcza, że przecież na ekranie telewizora leciał właśnie jeden z najnudniejszych programów.

Fenomen prognozy pogody zrozumiałam dopiero po wielu latach, a właściwie to teraz, kiedy odbywam praktyki, a moimi "współpracownikami" są ludzie, których dzielą ode mnie co najmniej dwie dekady. Każda rozmowa zaczyna się i kończy pogodą. Albo rozmawiamy o strasznych upałach albo o przeraźliwym chłodzie. Porównujemy serwisy i ich przewidywania. Odkrywamy nowe strony i oglądamy zapisy satelitarne obrazujące przemieszczanie się chmur i burz.
Praktyka ta oprócz mnóstwa teorii, którą ze są wynoszę każdego dnia, nauczyła mnie jednak o wiele bardziej praktyczniejszej rzeczy niż zapisy wynikające z ustaw i zapisy dotyczące przebiegów konkursów. Pokazał mi jedną, najistotniejsza prawdę, która będzie już na zawsze rzutować na moje przyszłe życie - prognoza pogody nie jest tylko po to, aby wiedzieć jak się ubrać, ale ma ona dużo ważniejsze zadanie, a mianowicie ma funkcję czysto społeczną, pozwalającą na utrzymanie kontaktu lub jego nawiązanie z drugim człowiekiem.

Czuję, że ta nauka oraz codzienne spoglądanie na prognozę pogody przed wyjściem z mieszkania, to przełomowy krok w moim życiu. To wstąpienie w dorosłość i definitywne zagrzebanie dzieciństwa. Otóż po kilkunastu latach życia przyszło mi w końcu odkryć tę najważniejszą i najmroczniejszą tajemnice świata dorosłych.

środa, 8 lipca 2015

Wałkowanie Ameryki

Lubię relacje pana Marka Wałkuskiego dla Radiowej Trójki. Lubię jego piątkowe rozmowy z panem Kubą Strzyczkowskim. Polubiłam Amerykę po kaWałku. Myślałam, że polubię też Wałkowanie Ameryki. Niestety zmierzenie się z tą książką zajęło mi sporo czasu.

Ameryka po kaWałku była opowieścią. Opowieścią, którą można było usłyszeć podczas wieczornego spotkania przy kominku i ciepłej herbacie. Snuta była wartko i ciekawie. Zawierała wiele ciekawostek, pomagała spojrzeć na Amerykę z innej strony, tej mnie utartej. Wałkowanie Ameryki ma inny charakter. To książką, którą nie da się przeczytać szybko. Zawiera zdecydowanie za dużo danych liczbowych, można się w nich pogubić. Po pewnym czasie umysł ma zdecydowanie dosyć i błaga o przerwę. Pierwsza książka pana Wałkuskiego ma charakter zdecydowanie informacyjny i jest na pewno gratką dla wszystkich, którzy kochają liczby i statystyki. Związku z tym, że ja z liczbami nie jestem zaprzyjaźniona z tą pozycją mierzyłam się dosyć długo.

Ameryka po kaWałku oprócz swojego wartkiego i opowieściowego charakteru, urzekła mnie też zdjęciami, które były ciekawe i piękne. Zabrało mi tego w Wałkowaniu Ameryki. Wydanie tej książki zdecydowanie mi się nie podoba.

Mam wrażenie, że gdybym najpierw nie sięgnęła po Amerykę po kaWałku, a w moje ręce trafiłaby najpierw pierwsza książka napisana przez pana Wałkuskiego, to raczej byłabym rozczarowana i po druga pozycję tego autora już bym nie sięgnęła.

wtorek, 30 czerwca 2015

Dziewczyny z Portofino

Moje dzieciństwo znacznie różniło się od dzieciństwa mojej mamy. Dzień mojej mamy wypełniał trzepak, skakanka, guma, witrażyki. Mój czas wolny zapełniała guma, ale nie wiodła prymu. W czasie mojego dzieciństwa królowały zwierzątka elektroniczne. Z wielkim namaszczeniem opiekowałam się niedźwiadkiem, którego pożyczyła mi sąsiadka na noc. Ta różnica pokoleniowa sprawiła, że książka Grażyny Plebanek nie wciągnęła mnie, nie wzbudziła we mnie sentymentu i nie prowadziła do uronienia łez, tęskniąc za tym co już minione.

Dziewczyny z Portofino to opowieść o przyjaźni. Przyjaźni prawdziwej, która zdarza się w życiu każdego z nas. Poplątane drogi, zakręty i chichoty losu częsta sprawiają, że ci którzy jeszcze tak niedawno byli nam bardzo bliscy, stają się w jednej sekundzie kimś dalekim, a odbudowa więzi staje się trudna, ale nie niemożliwa. To też piękna opowieść o tym, jak brutalny bywa świat dorosłych, który próbuje bezlitośni ingerować w życie dzieci, często zakazując im przyjaźni z innym dzieckiem, tylko dlatego, ze nie należy do tej samej klasy społecznej. Budujemy mur, zamiast wyciągnąć do kogoś pomocną dłoń. Oceniając po pozorach, często nie dając drugiej szansy.

Fascynująca była obserwacja życia bohaterek. Obserwacja ich wyborów. Obserwacja dróg, które wybrały lub sytuacji, które stworzył los. A książka nie jest pruderyjna. Świat nie jest lukrowany, jest prawdziwy - brutalny i okrutny, pozbawiony wszelkich skrupułów. To sprawia, ze fabuła trafia do czytelnika, bo niejedno takie doświadczenie, jakie noszą na swoich barkach bohaterki, zna każdy z nas z własnego życia.

Czytając tę książkę, zauważając różnicę pomiędzy życiem bohaterek a moim, często zastanawiam się, czy różnice pomiędzy mną a następnym pokoleniem też będą tak duże. Jako dwudziestolatka byłam mocno zdziwiona, że w latach 90. nie było chociażby testów ciążowych. Wiem, że dla wielu czytelników było to sytuacja normalna i w zadanym przypadku dziwna, niemniej dla mojego pokolenia dostępność chociażby testów ciążowych w niemalże każdej drogerii jest czymś zupełnie normalnym. Myślę, że też niejednej osobie, tak samo jak mi, mogło nie przyjść wcześniej do głowy, że takich produktów u nas nie było.

sobota, 16 maja 2015

Książka dla dziełomaniaków

Tajemnica. Wielcy mistrzowie. Druga wojna światowa. Przygoda. Tatry. Miłoszewski. Dla mnie brzmi dobrze. A dla Was?

Podziwiam pana Miłoszewskiego za jego niezwykłe przygotowanie do napisania książki. Jestem przekonana, że można by ze świecą szukać drugiego takiego autora, który tak rzetelnie pracuje nad swoją powieścią. O wiele łatwiej jest wziąć do ręki klawiaturę komputera i wystukać kilka słów, biorąc je z głowy,  których autentyczność jest zerowa. Trzeba mieć niezwykłą determinację oraz umiejętność słuchania drugiego człowieka, który jest w stanie przekazać nam wartościową wiedzę, aby napisać coś wartościowego, co będzie w stanie przebić się w takiej wielorakiej ofercie, która mamy na rynku wydawniczym.
Bezcenny to zabawa autora z czytelnikiem. Pan Miłoszewski zręcznie żongluje dwoma kulami - rzeczywistością i fikcją. Czasami musiałam się mocno pilnować i weryfikować przeczytany materiał, bo to co czytałam było bardzo wiarygodne. Miałam wrażenie, że autor podczas pisania miał na twarzy przyklejony szyderczy uśmiech i cieszył się na zabawę z czytelnikami, manipulując ich wiedzą. 

Bezcenny posiada wartką fabułę i plastyczny język. Nie ma zbędnych opisów. Nie stroni od przekleństw w adekwatnych sytuacjach. Sprawia to, że czytany tekst jest autentyczny.
Cenię pana Miłoszewskiego za bacznie obserwowanie rzeczywistości. Swoich książkach przemyca kąśliwe uwagi na temat polskości, które mimo tego, ze czasami mogą boleć, to jednak uderzają w samo sedno.