sobota, 16 maja 2015

Książka dla dziełomaniaków

Tajemnica. Wielcy mistrzowie. Druga wojna światowa. Przygoda. Tatry. Miłoszewski. Dla mnie brzmi dobrze. A dla Was?

Podziwiam pana Miłoszewskiego za jego niezwykłe przygotowanie do napisania książki. Jestem przekonana, że można by ze świecą szukać drugiego takiego autora, który tak rzetelnie pracuje nad swoją powieścią. O wiele łatwiej jest wziąć do ręki klawiaturę komputera i wystukać kilka słów, biorąc je z głowy,  których autentyczność jest zerowa. Trzeba mieć niezwykłą determinację oraz umiejętność słuchania drugiego człowieka, który jest w stanie przekazać nam wartościową wiedzę, aby napisać coś wartościowego, co będzie w stanie przebić się w takiej wielorakiej ofercie, która mamy na rynku wydawniczym.
Bezcenny to zabawa autora z czytelnikiem. Pan Miłoszewski zręcznie żongluje dwoma kulami - rzeczywistością i fikcją. Czasami musiałam się mocno pilnować i weryfikować przeczytany materiał, bo to co czytałam było bardzo wiarygodne. Miałam wrażenie, że autor podczas pisania miał na twarzy przyklejony szyderczy uśmiech i cieszył się na zabawę z czytelnikami, manipulując ich wiedzą. 

Bezcenny posiada wartką fabułę i plastyczny język. Nie ma zbędnych opisów. Nie stroni od przekleństw w adekwatnych sytuacjach. Sprawia to, że czytany tekst jest autentyczny.
Cenię pana Miłoszewskiego za bacznie obserwowanie rzeczywistości. Swoich książkach przemyca kąśliwe uwagi na temat polskości, które mimo tego, ze czasami mogą boleć, to jednak uderzają w samo sedno.

Skaza

Są sztuki i sztuczki. Są przedstawienia i przedstawionka.  Są odbiorcy i odbiorcy. Są różne oczekiwania.

Czwartkowa Skaza wystawiona w Teatrze Syrena rozczarowała mnie. Oglądając przedstawienie miałam wrażenie, że na deski teatralne przeniesiona została fabuła prosto z telewizyjnych paraseriali. Ojciec zakochuje się w narzeczonej swojego syna. Między nimi naradza się płomienny i niezwykle namiętny romans. Mnóstwo seksu i kłamstwa. A na koniec deser - nagość. Odzwierciedlenie brutalnego świata. Prostego świata. Kierującego się wyłącznie instynktami. Oprócz zaspokojenia rządzy i popędu nie liczy się nic. W celu krótkiej zabawy i przeżycia przygody żyje się na krawędzi i naraża szczęście innych, szczęście swoich najbliższych.
Są różni odbiorcy. Są różne przedstawienia. Te zdecydowanie nie było adresowane do mnie. Lubię sztuki, które mną postrząsają i zostają na bardzo długo w mojej pamięci.
Na plus zaliczam muzykę. Idealnie współgrała z wydarzeniami, stanowiąc ciekawe tło. Tworzyła jednocześnie intrygujący klimat.

Widzowie obok mnie kręcili się, ziewali. Mam wrażenie, że nie tylko mi sztuka nie przypadła do gustu.

czwartek, 7 maja 2015

Halo, to ja! - Rozmowy przez domofon

Po skończeniu sagi o Teodorze Szackim sięgnęłam po inną książkę Zygmunta Miłoszewskiego. Sądziłam, że krew się znowu we mnie zmrozi i że z zapartym tchem będę czekała na rozwiązanie zagadki. Zawiodłam się.

Zgrzeszę. Czuję, że mogę zostać zlinczowana. Ale nie lubię Kinga. Mnogość fantastycznych wydarzeń nie przemawia do mnie i sprawia, że męczę się czytaniem jego powieści. Podobnie było w przypadku Domofonu Miłoszewskiego. Książkę skończyłam czytać przez szacunek do autora.
Fabuła była dla mnie za bardzo zawiła. Gubiłam się w wątkach. Błądziłam. Sytuacja była tak abstrakcyjna, że chociaż się naprawdę starałam, nie potrafiłam się zachwycić i dać się wciągnąć.

Niedawno rozmawiałam z moją kuzynką, zapytała mnie czy znam autora, który pisze różne gatunki. Wtedy nie wiedziałam, że Zygmunt Miłoszewski pisze inne powieści niż kryminały. Teraz już jestem bogatsza o tą wiedzę.

wtorek, 5 maja 2015

Ogłuchłam. W tramwaju

Tramwaj to miejsce, gdzie można spotkać różnych ludzi. Można podsłuchać różnych rozmów. Można dowiedzieć się różnych rzeczy. Czasami jednak wolałabym nie rozumieć polskiego. Poziom wypowiedzi, które docierają mimowolnie do moich uszu jest czasami bardzo niski. Często sięgający dna.

Jechałam dzisiaj tramwajem. Wracałam ze spotkania z inspirującym i mądrym człowiekiem. Pełna wiary w ludzi i naładowana pozytywną energią, trafiłam na dno den. Moje drogi skrzyżowały się z pewną parą. Młodzi ludzie, około trzydziestki. Chudziutki mężczyzna, potężna kobieta. Ciekawa mieszanka. Próbuję dodzwonić się do mamy, kiedy do moich uszu dociera pytanie "Czy mam nową koszulę jutro włożyć?". W odpowiedzi słyszę mocny, kobiecy głos: "Nie no co ty, załóż tę, jeszcze się nadaje. Pojutrze założysz nową". Przerwa. Dwoje państwa, stojących nieco dalej rozmawia o pogodzie. Prorokują, że z takich chmur na pewno będzie deszcz.
- "Ciekawe czy Dżesika włączyła termę. Bo wiesz wyłączyłam ją. Ja już się dzisiaj kąpać nie będę".
- "No, ja też nie będę" - mężczyzna z trudem artykułuje słowa. Nie, nie jest pijany. Ma inny mankament. I to wcale nie jest choroba. To wynik trudnego procesu myślowego.
Po zwierzeniu się całemu tramwajowi na temat swojej higieny, nadszedł czas na popisanie się swoją znajomością języków obcych. A dokładniej jednego - łaciny. Ale nie byle jakiej łaciny. W eter posypała się rodzima łacina, piękna, ostra i niezwykle wulgarna.

W tym momencie pożałowałam, że znam polski. Zazdrościłam wszystkim ewentualnym jadącym z mną obcokrajowcom, że mogą sobie dalej jechać beztrosko i oglądać widok za oknem. Zastanawiam się jeszcze właściwie nad jednym fenomenem. Jak to się dzieje, że osoby mające naprawdę coś do powiedzenia, zwykle wymieniają się swoimi spostrzeżeniami po cichu, nie przeszkadzając innym. A takie orły, takie jakie dzisiaj spotkałam, potrafią bez skrępowania na prawo i lewo opowiadać stek bzdur, przyprawiając je wulgaryzmami.