środa, 18 marca 2015

Smutna starość

Dzisiejszy wolny dzień postanowiłam wykorzystać, aby udać się do centrum handlowego i uzupełnić swoją szafę. Zważywszy na przepiękną pogodę. Na cudownie świecące słońce i rozkosznie wiejący wietrzyk, postanowiłam odbyć mały spacer. W Warszawie mieszkam na Gocławku, choć rdzenni mieszkańcy mówią, że jest to jeszcze Grochów. W każdym bądź razie doskonale słyszę dzwony z kościoła na placu Szembeka. Ścieżka mojego spaceru krzyżowała się również w tym miejscu.

Przechodzę ulicę Grochowską. Dalej idę w stronę bazaru na Szembeka. Po mojej lewie stronie stoją stare, opuszczone budynki. Okna zabite deskami. Nad drzwiami smętnie wiszące szyldy, dawno zapomniały o latach swojej świetności. Kiedyś był tutaj szewc, ale ludzie już nie naprawiają butów. Kupują nowe. Pod budynkiem kwitnie handel. Na rozłożonych kocykach ustawiony jest asortyment. Można tu kupić wszystko: stare buty, żyrandole, naszyjniki, książki, medale. Sprzedający to starsi ludzie. Jest tylko jedna młoda kobieta, sprzedaje zabawki. Ludzie za swoich kramów uśmiechają się, rozmawiają radośnie, ale mają smutne oczy, pełne bólu. Przechodzę, kraja mi się serce. Na prowizorycznych straganach próbuje sprzedać się wszystko, byle tylko za co mieć kupić jedzenie albo leki. Zamiast dożyć spokojnej starości, cieszyć się życiem, muszą walczyć. Walczyć o przetrwanie. W Warszawie jest dużo takich miejsc. Pewnie nie w takich barwach malowana była ich wyobrażona przyszłość.

Idę dalej. Mijam kolejne ulice, kolejnych ludzi na swojej drodze. Docieram do celu. Do miejsca pełnego rozpusty i ludzi z pełnymi portfelami. Warszawa to miasto wielu kontrastów.

poniedziałek, 16 marca 2015

Ostatni Gniew

Wybiła północ. Leżę na łóżku i czytam Gniew. Przewracając kolejne strony, odkrywam jeszcze więcej mrocznych tajemnic. Przykrywam się szczelnie kocem, ale ten nie zdaje się ratować mnie przez potencjalnym mordercą. Wymykam się na paluszkach, staram się nie hałasować. Podbiegam do drzwi i zamykam pokój na zamek. Teraz nie będzie już tak łatwo wejść. Brak stabilnego parapetu, piorunochronu w pobliżu ratuje mnie przez ewentualnym wejściem nieznajomego przez okno. Strach jednak nie ustaje, wyobraźnia pracuje, a umysł domaga się więcej i więcej.

Lubię niebanalne historie, zagadki i tajemnice. Pan Zygmunt Miłoszewski zaserwował mi wszystko. Zgrabnie napisana, barwnym językiem fabuła. Tylko ubolewałam nad tym, że nie znam Olsztyna. O ile z wyobrażeniem sobie miejsc akcji w Ziarnie prawdy miałam o wiele łatwiej, tutaj musiałam polegać jedynie na wyobraźni. Jednak jestem pewna, że będą w tamtym okolicach nie odbiorę sobie tej przyjemności, zajrzę do tego miejsca i przespaceruję się tymi samymi ścieżkami co Teodor Szacki, który sprytnie skradł moje serce. Przy pierwszym spotkaniu uważałam go za totalnego cynika, zakompleksionego i niewartego uwagi, jednak zmieniłam zdanie, oczarowana jego inteligencją i ciętym językiem. I choć serce mi się krajało, kiedy czytałam ostatnie strony książki, to jestem wdzięczna autorowi, że nie zakończył całej tej historii według mojego życzenia (takiej masy lukru i szczęścia nie wytrzymałabym na papierze).

Dzięki panu Miłoszewskiemu i całej nagonce medialnej (w tym przypadku jak najbardziej słusznej) odkryłam nowy gatunek literacki, którymi mnie niezmiernie porwał.

Ps. Lubię też to, że zarówno w Ziarnie prawdy, jak i w Gniewie pogoda idealnie pasowała do ponurej historii.

czwartek, 5 marca 2015

Zapiski z wielkiego miasta

Jadę tramwajem. Stoję i obserwuję ludzi. Mają różne zajęcia. Niektórzy patrząc bez okno, inni bawią się telefonami, mało kto ze sobą rozmawia. Mnie jednak najbardziej interesują czytający książki.

Uwielbiam obserwować ich emocje. Lubię kiedy nieśmiale się uśmiechają, kiedy otwierają szeroko oczy ze zdziwienia. Podglądam też tytuły, czasami z nimi czytam. I tak sobie myślę, że to świetna promocja książek. Gdy widzę w tramwaju kilka osób czytających powieści tego samego autora, pojawia się w mojej głowie myśl, że musi to być niezła pozycja. Po pierwsze ktoś nie mógł się z nią rozstać i po mimo pewnego ciężaru spakował ją do torby, bądź plecaka. Po drugie jeśli autor cieszy się taką popularnością, to pewnie książka jest warta przeczytania.

Pewnego dnia w mojej głowie zaświtała myśl, że wydawcy powinni sponsorować takich czytelników, bo to może napędzać sprzedaż książki.

poniedziałek, 2 marca 2015

Niewidzialna wystawa

Pewnie, gdybym powiedziała, że na Niewidzialną wystawę wybierałam się odkąd pomieszkuję w Warszawie, skłamałabym. Nie wiem czy ona już tak długo tutaj urzęduje. W każdym bądź razie myśl o odwiedzeniu tego miejsca towarzyszyła mi bardzo długo. W styczniu w końcu się wybrałam.

Przed wejściem przybliżono nam świat niewidomych. Pokazali jak parują skarpetki, jak oddzielają białko od żółtka, jak korzystają z komputera i jak wyglądają pomoce naukowe dla dzieci. Był to bardzo ciekawy początek zgłębiania wystawy. Później kazano mi zdjąć okulary. Dano nam kilka porad jak zachowywać się w trakcie zwiedzania i weszliśmy do pierwszego pomieszczenia. Było zupełnie ciemno. Dookoła tylko czerń. Gdzieś słyszałam głosy współzwiedzających i śmiechy. Dla nas była to raczej zabawa, ponieważ doskonale wiedzieliśmy, że wychodząc świat znowu stanie się kolorowy i będziemy mogli polegać na wszystkich zmysłach.

Naszym przewodnikiem był pan Piotr, głos znany mi już z Radiowej Trójki, gdzie gościł w jednym z reportaży, poświęconemu właśnie tej wystawie. Był niezwykle otwarty człowiek. Wprowadził nas w świat niewidomy i wielką cierpliwością odpowiadał na pytania, które przez niektórych mogłyby być uznane za niewłaściwie i nietaktowne. Jednak takie dokładne, nieskrępowane odpowiedzi przyniosły rezultat, ponieważ pozwoliło nam to dokładnie zrozumieć świat z punktu widzenia niewidomych. Dla mnie stali się oni zupełnie takimi samymi ludźmi jak ja. Wiem, że może to nie zabrzmi dobrze, poświadczy o moim prymitywizmie, ale przekonałam się, że nie należy im współczuć, bo oni robią nawet tak ekstremalne rzeczy jak żeglowanie, na co ja sama bym się nie odważyła. Kiedyś miałam styczność z ludźmi niepełnosprawnymi ruchowo. Bliski kontakt z nimi i obcowanie z nimi kilka dni pokazał mi, że są tacy jak ja. Szkoda tylko, że czasami trzeba mną potrząsnąć, abym coś zrozumiała.

Po raz pierwszy odkryłam, że czerń ma wiele kolorów.

niedziela, 1 marca 2015

Kryptonim Posen

Powodem mojego dzisiejszego nie wyspania jest Piotr Bojarski. Położyłam się do łóżka. Zapaliłam lampkę nocną i sięgnęłam po Kryptonim Posen. Postanowiłam poczytać tylko pół godziny, ale związku z tym, że zbliżałam się do końca książki, musiałam ją skończyć. W ten sposób z pół godziny zrobiła się godzina.

Autor usnął ciekawą historię dziejącą się w interesujących i nietypowych okolicznościach. Trzeba było wykazać się sporą wyobraźnią, aby wymyślić hipotetyczne tło, które jest bardzo realistyczne (Piotr Bojarski musiał dość dobrze zgłębić prawdziwe wydarzenia, żeby tak sprytnie i tak merytorycznie upleść czysto hipotetyczne zdarzenia).


Opowieść mnie wciągnęła, szczególnie na końcu, kiedy wszelkie wydarzenia potoczyły się niespodziewanie. Jedynie zabieg z monologiem i opisem zachowań sprawcy mi nie przypadł mi do gustu, ponieważ już w połowie książki domyśliłam się, że to właśnie ta osoba będzie zabójcą. Nie spotkałam się z zaskoczeniem jak przy poprzedniej książce kryminalnej, po którą sięgnęłam, czyli przy Ziarnie prawdy. 

Autor postarał się zgrabnie utrzymać ducha epoki. Po ulicach przemieszczali się elegancko ubrani dżentelmenowi, trzymający pod rękę przepiękne damy, noszące gustowne ubrania. Między nimi spacerowali polski żołnierze w towarzystwie swoich wybranek. Jednak najbardziej ujęło mnie posługiwanie się gwarą poznańską.
Skoro jesteśmy jeszcze przy języku, to minusem jest brak tłumaczeń niemieckich rozmów. O ile mi to nie przeszkadzało, ponieważ ten język znam, to jestem przekonana, że dla niektórych czytelników mogłoby to być mocno irytujące (przynajmniej ja bym tak miała w przypadku innego języka obcego).

Jeśli kto szuka dobrej rozrywki na wieczory, to zachęcam do sięgnięcia po tę książkę - dobrze się ja czyta, akcja jest warta, a tło historyczne dosyć ciekawe.