Dzisiejszy wolny dzień postanowiłam wykorzystać, aby udać się do centrum handlowego i uzupełnić swoją szafę. Zważywszy na przepiękną pogodę. Na cudownie świecące słońce i rozkosznie wiejący wietrzyk, postanowiłam odbyć mały spacer. W Warszawie mieszkam na Gocławku, choć rdzenni mieszkańcy mówią, że jest to jeszcze Grochów. W każdym bądź razie doskonale słyszę dzwony z kościoła na placu Szembeka. Ścieżka mojego spaceru krzyżowała się również w tym miejscu.
Przechodzę ulicę Grochowską. Dalej idę w stronę bazaru na Szembeka. Po mojej lewie stronie stoją stare, opuszczone budynki. Okna zabite deskami. Nad drzwiami smętnie wiszące szyldy, dawno zapomniały o latach swojej świetności. Kiedyś był tutaj szewc, ale ludzie już nie naprawiają butów. Kupują nowe. Pod budynkiem kwitnie handel. Na rozłożonych kocykach ustawiony jest asortyment. Można tu kupić wszystko: stare buty, żyrandole, naszyjniki, książki, medale. Sprzedający to starsi ludzie. Jest tylko jedna młoda kobieta, sprzedaje zabawki. Ludzie za swoich kramów uśmiechają się, rozmawiają radośnie, ale mają smutne oczy, pełne bólu. Przechodzę, kraja mi się serce. Na prowizorycznych straganach próbuje sprzedać się wszystko, byle tylko za co mieć kupić jedzenie albo leki. Zamiast dożyć spokojnej starości, cieszyć się życiem, muszą walczyć. Walczyć o przetrwanie. W Warszawie jest dużo takich miejsc. Pewnie nie w takich barwach malowana była ich wyobrażona przyszłość.
Idę dalej. Mijam kolejne ulice, kolejnych ludzi na swojej drodze. Docieram do celu. Do miejsca pełnego rozpusty i ludzi z pełnymi portfelami. Warszawa to miasto wielu kontrastów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz