Mieszkam w Pyziolandi. Mała stolica. Z mała ilością zabytków. Z metrem w kształcie krzyża. Najliczniejsze polskie miasto liczy prawie 2 mln mieszkańców. Lato trwa dwa miesiące i nie jest ciepłe.
Lubię podróżować. Chętnie wsiadam w samolot lub autobus i jadę. Dotychczas zwiedzałam stolice. Liczyłam się z tym, że Warszawa to jak jedynie przedmieście jakieś zachodniej stolicy. Jednak po wizycie w Barcelonie, widzę jak bardzo jest zapyziały nasz kraj. Brzydka stolica, w której zachwycić można się jedynie dwoma ulicami. Możemy poszczycić się dwoma liniami metra. Wartymi zobaczenia są jedynie dwa muzea. Połatane drogi. Autostrady dwupasmowe, na których latem robią się korki. Większość naszego kraju to małe miasta. Z mizerną architekturą i jeszcze mniej ciekawszą historią. Odstajemy na każdym kroku. Nic dziwnego, że się nie liczymy na świecie. Nie wiedzą, gdzie leży Polska, co jest jej stolicą. Kiedy pytają skąd jesteśmy, musimy prostować, że "from Poland", nie "from Holland". Smutni ludzie w smutnym kraju. Gdzie tylko biega się od domu do pracy, od pracy do domu. Gdzie nie umiemy wyznaczyć sobie priorytetów. Dziko biegniemy za pieniądzem, bo musimy. Gdzie wojujemy szabelką, zaczynając z silniejszym. Gdzie ściąga się marne pomysły, ignorując przemyślane i racjonalne rozwiązania.
Przytłacza mnie taka sytuacja. W takich momentach nie czuję się Polką, czuję się jedynie sobą. Europejką. Będziemy gonić jak szaleni, próbując nadrobić stracony czas, jednak z takim podejściem, zawsze będziemy co najmniej dwadzieścia lat do tyłu. I w takich chwilach nie dziwię, że młodzi, zdolni ludzie szukają szczęścia poza granicami Polski.
niedziela, 26 kwietnia 2015
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Drach
Brutalna. Okrutna. Wulgarna. Pierwotna. Mocna. Wciągająca. Tymi sześcioma słowami opisałabym Drach Szczepana Twardocha. Skończyłam książkę czytać w piątek, a nadal nie mogę wyjść z wrażenia. Mam szczęście w tym roku trafiać na naprawdę dobre książki.
Miałam pewne obiekcje, czy poradzę sobie z gwarą śląską. Poradziłam. Poradziłam sobie też z niemieckim. I z polskim również. Język jest prosty do bólu. Prosty, ale plastyczny. Niezwykle plastyczny. Rozbudza wyobraźnie. Działa na imaginację. Bardzo skutecznie. W trakcie lektury przewija się tutaj dużo wątków. Tytułowy Drach opowiada nam o życiu czterech pokoleń. Napisane jest to tak niezwykle zręcznie, że przeplatające się wypowiedzi, opisy tworzą całość, tym samym nie powodują pogubienie się czytelnika. To wielka sztuka.
Uważam, że pokazanie życia pradziadka i prawnuka za niezwykle interesujące. Teoretycznie zmagali się z tymi samymi problemami - miłość, rodzina, jednak umiejscowienie ich w innych ramach czasowych daje zupełnie inny bieg historii, inaczej komplikują się ich losy.
Do mojej rodziny zawitała śmierć. Zbiegło się to z moją lekturą Dracha, w którym jest pełno śmierci. Bohaterowie umierają na wiele sposobów. Odejście z tego świata jest wpisane w życie każdego stworzenia. O tym próbuje przypomnieć nam autor. Oswaja ze śmiercią. Ale pokazuje też brutalność zapomnienia. Zapomnienia przez pokolenia. Rodziców pamiętamy, dziadków też, przy pradziadkach nasza pamięć się zaciera, o prapradziadkach prawie nikt nie pamięta. Uderza w serce, zmusza do refleksji.
Miałam pewne obiekcje, czy poradzę sobie z gwarą śląską. Poradziłam. Poradziłam sobie też z niemieckim. I z polskim również. Język jest prosty do bólu. Prosty, ale plastyczny. Niezwykle plastyczny. Rozbudza wyobraźnie. Działa na imaginację. Bardzo skutecznie. W trakcie lektury przewija się tutaj dużo wątków. Tytułowy Drach opowiada nam o życiu czterech pokoleń. Napisane jest to tak niezwykle zręcznie, że przeplatające się wypowiedzi, opisy tworzą całość, tym samym nie powodują pogubienie się czytelnika. To wielka sztuka.
Uważam, że pokazanie życia pradziadka i prawnuka za niezwykle interesujące. Teoretycznie zmagali się z tymi samymi problemami - miłość, rodzina, jednak umiejscowienie ich w innych ramach czasowych daje zupełnie inny bieg historii, inaczej komplikują się ich losy.
Do mojej rodziny zawitała śmierć. Zbiegło się to z moją lekturą Dracha, w którym jest pełno śmierci. Bohaterowie umierają na wiele sposobów. Odejście z tego świata jest wpisane w życie każdego stworzenia. O tym próbuje przypomnieć nam autor. Oswaja ze śmiercią. Ale pokazuje też brutalność zapomnienia. Zapomnienia przez pokolenia. Rodziców pamiętamy, dziadków też, przy pradziadkach nasza pamięć się zaciera, o prapradziadkach prawie nikt nie pamięta. Uderza w serce, zmusza do refleksji.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Bliski Wschód, Ameryka Łacińska, Afryka - regiony splamione ludzką krwią
Wstyd się przyznać, ale dopiero w dwudziestym trzecim roku życia sięgnęłam po reportaż Ryszarda Kapuścińskiego. I to jeszcze przez przypadek. Przymierzałam się do napisania pracy zaliczeniowej. Szukałam książek w bibliotece. Po wpisaniu interesującego mnie hasła, wyświetlił się między innymi Chrystus z karabinem na ramieniu. Stwierdziłam, że widocznie los chce, aby zapoznała się z twórczością Kapuścińskiego i wypożyczyłam ją.
Autor poświęca książkę trzem regionom, Bliskiemu Wschodowi, Ameryce Łacińskiej oraz Afryce. Z niezwykłą dociekliwością opisuje interesujące go zdarzenia. Rozmawia z tubylcami, ofiarami, oprawcami. Bierze udział w wydarzeniach. Obserwuje wszystko naocznie i stara się nam przekazać prawdziwy obraz, pozbawiony subiektywizmu. Opis dotyczy skali makro i mikro, choć ta mikro jest dla mnie czasami za bardzo szczegółowa. Kiedy czytałam rozdział poświęcony Ameryce niejednokrotnie pogubiłam. Choć winę widzę tu bardziej u siebie niż u autora. Opisywana sytuacja nie była mi wcześniej znana, poruszałam się w tym temacie po omacku. A mnogość przemian, rewolucji i zbrodni utrudniała logiczne pojęcie tematyki.
Skłamałabym, gdybym napisała, że książkę czyta się szybko i przyjemnie. Lektury o śmierci, często niesprawiedliwej nie można zaliczyć do przyjemnych. Jednak język jest prosty, a zarazem plastyczny. Siedziałam wraz z fedainami, przechadzałam się ulicami Syrii, widziałam skatowane zwłoki.
Reportaże te to opowieści o wojownikach. Każdy walczy według siebie w słusznej sprawie. Autor nie ocenia, zostawia tę czynność czytelnikowi.
Autor poświęca książkę trzem regionom, Bliskiemu Wschodowi, Ameryce Łacińskiej oraz Afryce. Z niezwykłą dociekliwością opisuje interesujące go zdarzenia. Rozmawia z tubylcami, ofiarami, oprawcami. Bierze udział w wydarzeniach. Obserwuje wszystko naocznie i stara się nam przekazać prawdziwy obraz, pozbawiony subiektywizmu. Opis dotyczy skali makro i mikro, choć ta mikro jest dla mnie czasami za bardzo szczegółowa. Kiedy czytałam rozdział poświęcony Ameryce niejednokrotnie pogubiłam. Choć winę widzę tu bardziej u siebie niż u autora. Opisywana sytuacja nie była mi wcześniej znana, poruszałam się w tym temacie po omacku. A mnogość przemian, rewolucji i zbrodni utrudniała logiczne pojęcie tematyki.
Skłamałabym, gdybym napisała, że książkę czyta się szybko i przyjemnie. Lektury o śmierci, często niesprawiedliwej nie można zaliczyć do przyjemnych. Jednak język jest prosty, a zarazem plastyczny. Siedziałam wraz z fedainami, przechadzałam się ulicami Syrii, widziałam skatowane zwłoki.
Reportaże te to opowieści o wojownikach. Każdy walczy według siebie w słusznej sprawie. Autor nie ocenia, zostawia tę czynność czytelnikowi.
niedziela, 12 kwietnia 2015
Na Wschód ze Stasiukiem
Wschód trochę mnie zawiódł. Fragmenty śledziłam w radiowej Trójce. To one zachęciły mnie do kupna tej książki. Po skończeniu lektury czuję niedosyt.
Jest to sentymentalna podróż na Wschód. Ten bliższy i ten dalszy. Wraz z autorem przemierzymy wschodnią część Polski, ale również zobaczymy Mongolię i Rosję. To zmierzenie się z przeszłością. Skonfrontowanie przeszłości, wyobrażeń i opowieści z rzeczywistością. Opis utrzymany jest w melancholijnym klimacie i tutaj zaczynają się zgrzyty między moimi oczekiwaniami a tym co znalazłam na stronach książki. Lubię wartką akcję, mnogość zdarzeń, kolorowe przygody. Tutaj spotkałam się z czymś innym. Pewnie muszę dorosnąć do takiej prozy.
Bardzo lubię książki podróżnicze. Ta też ma zadatki do bycia książką podróżniczą. Jest jednak jedno "ale". Dla mnie taki rodzaj prozy musi zawierać opisy krajobrazu i ludzi. Nie dlatego, że moja wyobraźnia jest ograniczona. Absolutnie nie narzekam na brak imaginacji, czasami jest ona nad wyraz rozwinięta. Jednak kiedy czytam o prawdziwym świecie, chciałabym widzieć go takim jakim naprawdę jest, a tutaj autor zostawił nam pole do popisu.
Wschód sięga głęboko w przeszłość autora, dotyka jego dzieciństwa. Być może przepaść wieku, która nas dzieli sprawia, że pewnych rzeczy nie rozumiem. Zostałam wychowana w zupełnie innych czasach. A opowieści o PRLu są dla mnie czasami niczym opowieści science fiction.
Jest to sentymentalna podróż na Wschód. Ten bliższy i ten dalszy. Wraz z autorem przemierzymy wschodnią część Polski, ale również zobaczymy Mongolię i Rosję. To zmierzenie się z przeszłością. Skonfrontowanie przeszłości, wyobrażeń i opowieści z rzeczywistością. Opis utrzymany jest w melancholijnym klimacie i tutaj zaczynają się zgrzyty między moimi oczekiwaniami a tym co znalazłam na stronach książki. Lubię wartką akcję, mnogość zdarzeń, kolorowe przygody. Tutaj spotkałam się z czymś innym. Pewnie muszę dorosnąć do takiej prozy.
Bardzo lubię książki podróżnicze. Ta też ma zadatki do bycia książką podróżniczą. Jest jednak jedno "ale". Dla mnie taki rodzaj prozy musi zawierać opisy krajobrazu i ludzi. Nie dlatego, że moja wyobraźnia jest ograniczona. Absolutnie nie narzekam na brak imaginacji, czasami jest ona nad wyraz rozwinięta. Jednak kiedy czytam o prawdziwym świecie, chciałabym widzieć go takim jakim naprawdę jest, a tutaj autor zostawił nam pole do popisu.
Wschód sięga głęboko w przeszłość autora, dotyka jego dzieciństwa. Być może przepaść wieku, która nas dzieli sprawia, że pewnych rzeczy nie rozumiem. Zostałam wychowana w zupełnie innych czasach. A opowieści o PRLu są dla mnie czasami niczym opowieści science fiction.
środa, 8 kwietnia 2015
I'm Teodor. Teodor Szacki
Uwikłanie zakończyło moje pierwsze spotkanie z Teodorem Szackim, ale jestem przekonana, że to nie było moje pierwsze i ostatnie zetknięcie się z cynicznym panem prokuratorem. Seria jest tak zagadkowa i tak tajemnicza, że nie daje mi spokoju i często gości w moich myślach.
Uwikłanie jest umiejscowione w Warszawie. Zbrodnia zdarzyła się w miejscu, obok którego przez trzy lata niemalże codziennie jeździłam. Cieszę się, że po książkę sięgnęłam dopiero teraz, a nie trzy lata temu. Wtedy z pewnością moja codzienna droga nie przebiegałaby tak spokojnie i zwyczajnie jak wcześniej. Ostatnio kiedy przypadkowo znalazłam się obok klasztoru na mojej twarzy pojawił się cyniczny uśmiech, ale z ulgą opuściłam to miejsce, bo miałam w sobie pewien nieprzezwyciężalny niepokój.
Pan Miłoszewski to wnikliwy obserwator i świetny architekt napięcia oraz kreator postaci. Jestem zauroczona jego profesjonalizmem. Każda strona pokazuje, że tematyka jest mu dobrze znana i nie błądzi po omacku w temacie. A to jest sztuka, bo o ile łatwiej wymyślić sobie historyjkę, udać znawcę tematu niż przygotować się do pracy rzetelnie? Ponad to świetnie wodzi na nos czytelnika. Kiedy jestem już przekonana, że znam sprawcę zabójstwa. Nagle autor puszczam mi z ostatnich stron książki lubieżnie oczko, uśmiecha się szelmowsko, daje pstryczek w nos i pokazuje jak bardzo się myliłam. Zastanawia mnie tylko jedno, skąd pan Miłoszewski bierze pomysły na tak brutalne sceny mordów, albo nie, nie chce wiedzieć.
Pierwsza część serii o Teodorze Szackim to dopiero rozgrzewka autora przed napisanie Gniewu, który moim zdaniem jest jedną z najlepszych powieści, którą kiedykolwiek miałam okazję mieć w ręku.
Uwikłanie jest umiejscowione w Warszawie. Zbrodnia zdarzyła się w miejscu, obok którego przez trzy lata niemalże codziennie jeździłam. Cieszę się, że po książkę sięgnęłam dopiero teraz, a nie trzy lata temu. Wtedy z pewnością moja codzienna droga nie przebiegałaby tak spokojnie i zwyczajnie jak wcześniej. Ostatnio kiedy przypadkowo znalazłam się obok klasztoru na mojej twarzy pojawił się cyniczny uśmiech, ale z ulgą opuściłam to miejsce, bo miałam w sobie pewien nieprzezwyciężalny niepokój.
Pan Miłoszewski to wnikliwy obserwator i świetny architekt napięcia oraz kreator postaci. Jestem zauroczona jego profesjonalizmem. Każda strona pokazuje, że tematyka jest mu dobrze znana i nie błądzi po omacku w temacie. A to jest sztuka, bo o ile łatwiej wymyślić sobie historyjkę, udać znawcę tematu niż przygotować się do pracy rzetelnie? Ponad to świetnie wodzi na nos czytelnika. Kiedy jestem już przekonana, że znam sprawcę zabójstwa. Nagle autor puszczam mi z ostatnich stron książki lubieżnie oczko, uśmiecha się szelmowsko, daje pstryczek w nos i pokazuje jak bardzo się myliłam. Zastanawia mnie tylko jedno, skąd pan Miłoszewski bierze pomysły na tak brutalne sceny mordów, albo nie, nie chce wiedzieć.
Pierwsza część serii o Teodorze Szackim to dopiero rozgrzewka autora przed napisanie Gniewu, który moim zdaniem jest jedną z najlepszych powieści, którą kiedykolwiek miałam okazję mieć w ręku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
