Wstyd się przyznać, ale dopiero w dwudziestym trzecim roku życia sięgnęłam po reportaż Ryszarda Kapuścińskiego. I to jeszcze przez przypadek. Przymierzałam się do napisania pracy zaliczeniowej. Szukałam książek w bibliotece. Po wpisaniu interesującego mnie hasła, wyświetlił się między innymi Chrystus z karabinem na ramieniu. Stwierdziłam, że widocznie los chce, aby zapoznała się z twórczością Kapuścińskiego i wypożyczyłam ją.
Autor poświęca książkę trzem regionom, Bliskiemu Wschodowi, Ameryce Łacińskiej oraz Afryce. Z niezwykłą dociekliwością opisuje interesujące go zdarzenia. Rozmawia z tubylcami, ofiarami, oprawcami. Bierze udział w wydarzeniach. Obserwuje wszystko naocznie i stara się nam przekazać prawdziwy obraz, pozbawiony subiektywizmu. Opis dotyczy skali makro i mikro, choć ta mikro jest dla mnie czasami za bardzo szczegółowa. Kiedy czytałam rozdział poświęcony Ameryce niejednokrotnie pogubiłam. Choć winę widzę tu bardziej u siebie niż u autora. Opisywana sytuacja nie była mi wcześniej znana, poruszałam się w tym temacie po omacku. A mnogość przemian, rewolucji i zbrodni utrudniała logiczne pojęcie tematyki.
Skłamałabym, gdybym napisała, że książkę czyta się szybko i przyjemnie. Lektury o śmierci, często niesprawiedliwej nie można zaliczyć do przyjemnych. Jednak język jest prosty, a zarazem plastyczny. Siedziałam wraz z fedainami, przechadzałam się ulicami Syrii, widziałam skatowane zwłoki.
Reportaże te to opowieści o wojownikach. Każdy walczy według siebie w słusznej sprawie. Autor nie ocenia, zostawia tę czynność czytelnikowi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz