Mieszkam w Pyziolandi. Mała stolica. Z mała ilością zabytków. Z metrem w kształcie krzyża. Najliczniejsze polskie miasto liczy prawie 2 mln mieszkańców. Lato trwa dwa miesiące i nie jest ciepłe.
Lubię podróżować. Chętnie wsiadam w samolot lub autobus i jadę. Dotychczas zwiedzałam stolice. Liczyłam się z tym, że Warszawa to jak jedynie przedmieście jakieś zachodniej stolicy. Jednak po wizycie w Barcelonie, widzę jak bardzo jest zapyziały nasz kraj. Brzydka stolica, w której zachwycić można się jedynie dwoma ulicami. Możemy poszczycić się dwoma liniami metra. Wartymi zobaczenia są jedynie dwa muzea. Połatane drogi. Autostrady dwupasmowe, na których latem robią się korki. Większość naszego kraju to małe miasta. Z mizerną architekturą i jeszcze mniej ciekawszą historią. Odstajemy na każdym kroku. Nic dziwnego, że się nie liczymy na świecie. Nie wiedzą, gdzie leży Polska, co jest jej stolicą. Kiedy pytają skąd jesteśmy, musimy prostować, że "from Poland", nie "from Holland". Smutni ludzie w smutnym kraju. Gdzie tylko biega się od domu do pracy, od pracy do domu. Gdzie nie umiemy wyznaczyć sobie priorytetów. Dziko biegniemy za pieniądzem, bo musimy. Gdzie wojujemy szabelką, zaczynając z silniejszym. Gdzie ściąga się marne pomysły, ignorując przemyślane i racjonalne rozwiązania.
Przytłacza mnie taka sytuacja. W takich momentach nie czuję się Polką, czuję się jedynie sobą. Europejką. Będziemy gonić jak szaleni, próbując nadrobić stracony czas, jednak z takim podejściem, zawsze będziemy co najmniej dwadzieścia lat do tyłu. I w takich chwilach nie dziwię, że młodzi, zdolni ludzie szukają szczęścia poza granicami Polski.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz