piątek, 27 czerwca 2014

Książka na lato - Finalmusik

Nie ocenia się książki po okładce, a tym bardziej po cenie. Ale ja lubię robić na owak, wbrew wszystkiemu i właśnie najpierw oglądam okładkę, później patrzę na cenę. Teoretycznie z okładki można wiele wyczytać. Jeśli jest przesłodka lub krwawa albo skrada się na niej fantastyczny stwór, wiem że ta pozycja jest nie dla mnie.

Był upalny czerwcowy dzień, skończyłam wcześniej zajęcia, zapowiadała mi się godzinna przerwa między kolejnymi zajęciami, postanowiłam nie tracić czasu i wyruszyć na zakupy. Związku z tym że mój cel był jeszcze zamknięty, postanowiłam zajrzeć do księgarni. Najpierw do moich nozdrzy doleciał przyjemny zapach świeżego druku. Rozejrzałam się dookoła i znalazłam przecenione książki. Ruszyłam do regału żwawym krokiem. Mój wzrok zatrzymał się na szaro-zielonej okładce, na której widniała maszyna do pisania i zdjęcie kobiety z lat 30. Obok widziało Justo Navarro i tytuł książki Finalmusik. Odwróciłam moją zdobycz i przeczytałam opis, zapowiadało się dobrze. Otworzyłam książkę na dowolnej stronie, powąchałam ją, zobaczyłam papier i litery, przeczytałam kilka linijek. Wszystko mi pasowało. Dobra lektura na lato, lekka z ogromną ilością rzymskiego słońca. Przygarnęłam ją.

Z zaciekawieniem sięgnęłam po nią w domu. Ostatni tydzień czerwca, jedną noga już na wakacjach, przyjemnie świecące słońce, przyjemnie wiejący wietrzyk. Książka okazała się idealna na taka pogodę. Pełna rzymskiego słońca i błahej tematyki. Nadchodzi czasem taki czas, kiedy nie ma się ochoty zbawiać świata, rozmyślać nad sensem życia, ma się wtedy ochotę rozkoszować życiem i właśnie takie książki sprawdzają się stuprocentowo w trakcie takich dni. Autor opisuje swoje życie, pisze o banalności życia codziennego.

Navarro jest Hiszpanem, mieszka w Rzymie. Przytacza dużo włoskich zwrotów i słów. Moja znajomość włoskiego jest biedna i czuję się wykluczona, ponieważ nie ma tak żadnego tłumaczenia. Momentami nie wiem o co chodzi, co dla mnie jest dużym minusem, ponieważ jeśli już coś czytam, chciałabym wiedzieć, co czytam. Drugim minusem jest zastosowanie dialogów, nie są one sformatowane w tradycyjny sposób, jednak znajdują się w ciągłym tekście i niekoniecznie zawsze jest to oznaczone, że są to słowa innego człowieka, a nie autora. Jednak to zastrzeżenia do tłumacza, bądź redaktora, nie do samej treści.

Jeśli szukacie książki idealnej na lato, słonecznej, w której znajdziemy trochę wątków miłosnych, banalną tematykę, to polecam sięgnąć po Finalmusik. Nie czyta się jej łatwo z powodu dwóch wymienionych wyżej powodów, ale wciąga.

wtorek, 24 czerwca 2014

Składam się z ciągłych powtórzeń - lek na całe zło

Kiedy usłyszałam, że Artur Rojek odchodzi z Myslovitz moje serce się rozpadło. Nie byłam i nie jestem wielką fanką tego zespołu, ale uważałam ich za jedną z najbardziej charyzmatycznych polskich grup cieszącą się sporym sukcesem nie tylko na scenie ojczystej.

Składam się z ciągłych powtórzeń dostałam na Dzień Dziecka i był to strzał w dziesiątkę. Nadszedł czerwiec, czas ciągłych kolokwiów, egzaminów, zaliczeń, potrzebowałam czegoś, co nie da mi zwariować i nie da pochłonąć mnie całkowicie nauce. Za każdym razem czekałam na ten moment, kiedy pojawię się w mieszkaniu, założę słuchawki, odpalę płytę i odłączę się od całego świata. Potrafiłam katować ją godzinami, a później przez kolejne godziny Artur śpiewał mi w mojej głowie.

Bałam się posłuchać tej płyty, obawiałam się, że Rojek bez Myslovitz nie zachwyci mnie, a okazało się odwrotnie, to właśnie na tej zmianie najbardziej utracił zespół, nie wokalista. Rojek ma dar. Dar do pisania przepięknych słów, które chwytają za serce, uzależniają umysł i grają na emocjach. Kiedy usłyszałam pierwsze dźwięki, zakochałam się w tej płycie i wiedziałam, że cała, bez wyjątku mi się spodoba. Nie musiałam się skupić na omijaniu piosenek, które mi nie pasowały, bo takich nie było, mogłam spokojnie usiąść nad notatkami i skupić się na nauce. Płyta jest niesamowicie różnorodna, dzięki czemu można znaleźć na niej kawałki, które podpasują pod nastrój.

W dobie Internetu i niejasnego polskiego prawa, trudno jest wydawać nowe płyty. Niedziwne. Jeśli artyści robią chłam, stawiają na produkcję seryjną, to nie jest grzechem ściągnięcie kilku udanych kawałków. Ale jeśli płyta to niemalże arcydzieło, kunszt nad kunsztami, na której znalazły się wyselekcjonowane z uwagą i smakiem utwory, to wtedy grzechem jest niekupienie tego albumu.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Welcome in Słoikoland

Od sześciu lat dzielę swoje życie między moją miejscowością rodzinną a Warszawą, gdzie najpierw chodziłam do liceum, a teraz studiuję. Związku z tym, że mieszkam blisko stolicy, mogę pozwolić sobie na co tygodniowe weekendowe odwiedziny w domu.

Kiedyś byłam pewna, że zamieszkam w dużym mieście, pełnym korków, pospiechu, ludzi wiecznie spóźnionych. Zachłysnęłam się wielkomiejskością, jej zaletami. Teraz zaczęłam dostrzegać, że jednak więcej tutaj wad niż zalet.
Jest ciepły, pogodny dzień. Parzę herbatę, biorę do ręki dobra książkę i rozsiadam się na wygodnym fotelu na tarasie. Słońce delikatnie świeci mi w oczy, wiatr targa moje włosy, a czas spędzony z lekturą umilają mi ptaki, które w przeróżny sposób ćwierkają. Kiedy nie mam ochoty na czytanie, odrywam wzrok od tysięcy liter i zatapiam się w zieleni, która o tej porze roku jest przecudowna. Soczysta, pełna życia. Właśnie w takim momentach przekonuję się, że nie ma nic piękniejszego niż natura i cudowności stworzone przez nią. Każde obcowanie z nią sprawia mi niezwykłą przyjemność, dodaje siły i motywuje do działania. W domowym ogrodzie odżywam, wracają do mnie siły witalne i motywują do dalszej pracy.
Przyjemności życia wielkomiejskiego, kina, teatry, kluby, instytucje kulturalne nie są w stanie zastąpić mi spotkania z przyrodą. Wolę wsiąść w samochód, przejechać kilkanaście kilometrów, spędzić kilka godzin w samochodzie, pokręcić się po Warszawie, ale w ostateczności wrócić do siebie, do małego, niepozornego miasteczka, które kryje w sobie coś czego nie znajdę w Warszawie. I jestem dumna, że jestem słoikiem. Odbieram miejsce najpierw w szkole, później na studiach warszawiakom. Zabieram im powietrze, nie płacę podatków, jadąc samochodem stukam słoikami, ale mam coś czego oni nie mają.

piątek, 20 czerwca 2014

Mistrzowie pióra

"Czytając byle co, mam wrażenie, ze marnuję czas. Nie zawsze tak było. Kiedyś miałem mnóstwo czasu, więc nawet jeżeli wpadł mi w rękę byle szmatławiec, i tak czułem, że ta lektura przyniesie mi pożyetk. Teraz jest zupełnie inaczej. Pewnie się starzeję?' - Haruki Murakami

Ostatnie tygodnie były dla mnie trudne, dużo nauki, stres, ale znalazłam trzy rzeczy, które przyzwoliły mi przeżyć ten czas w miarę normalnym stanie psychicznym. Absurdalnie im teoretycznie powinnam mieć mniej czasu, znajdowałam go coraz więcej, aby tylko usiąść z książką w ręku, oderwać się od rzeczywistości i pochłaniać słowa w zawrotnym tempie. Nauczyłam się korzystać z okazji, czytałam w autobusie, czekając na egzamin.

Pierwszym moim wyborem było Na południe od granicy, na zachód od słońca. Zanim wezmę do ręki jakąś książkę, staram się przeczytać recenzję, boję się czytać gnioty, czuję się, że po pierwsze marnuję swój czas, po drugie marnuję też pieniądze. Nie lubię tracić ani jednego ani drugiego. Dlatego przed kupnem Murakamiego przeczytałam wiele zachwytów na jego temat, gorące recenzje przekonały mnie do sięgnięcia po jedną z jego  książek. Absolutnie się nie zawiodłam.

Drugą książką, którą przeczytałam w tym czasie był Cień wiatru. Kogo bym nie zapytałam, każdy z spokojnym sumieniem mi ją polecał. Objętość początkowo mnie zaniepokoiła, druk tak samo, ale jak się później okazało niesamowita fabuła, zagadki i nieprzeciętny język sprawiły, że to co wcześniej wydawało mi się przeszkodą, tym nie było.

W trakcie nauki słuchałam najnowszej płyty Artura Rojka. Dawno nie miałam w odtwarzaczy takiej płyty, która przypadłabym mi w całości do gustu. Nie musiałam przejmować się tym, że zaraz będzie kawałek, który mi się nie podoba. Rojek to magik, który umie przenieść swoje emocje, zaśpiewać o nich niezwykle autentycznie, chwycić za serce, wyrwać je, sprawić, że nami wstrząsną.

niedziela, 1 czerwca 2014

Brunetka w miejskiej dżungli

Miejska dżungla bywa bezlitosna, krwiożercza i wysysając resztki sił z człowieka. Bywa też niebezpieczna i czeka tylko na Twoje potknięcie albo nieuważny krok.

Złośliwa strona internetowa
Co robi student, kiedy czuje na plecach gorący oddech swoich wykładowców, którzy mu się nawet śnią? Śni o nich dalej. Zauważyłam pewną prawidłowość - im bliżej wakacji, tym większa potrzeba snu, tym bardziej rano, związku z tym jakakolwiek próba wstania na zajęcia, które zaczynają się o brutalnej godzinie, ósmej, kończy się fiaskiem. Później rodzi się myśl w głowie "A co gdybym nie poszła na inne zajęcia?" I realizuję swój plan, jest zbyt piękny, żebym został tylko mrzonką. Z racji tego, że na ostatnich zajęciach miałam kolokwium, nieobecność na nich nie uszłaby mi na sucho, zmobilizowałam się do rozstania z moim wygodnym łóżkiem, co było bardzo trudne. Wychodząc na dwór powitało mnie przepiękne słońce, co zrekompensowało mi moją ciężką decyzję. Z uśmiechem na ustach i w pięknych butach ruszyłam na przystanek. Wsiadam na pętli, dlatego minęłam pierwszy autobus, później następny i jeszcze kolejny, a mojego jak nie było, tak nie było. Spojrzałam na rozkład jazdy i doznałam rozczarowania, mój autobus odjechał 10 minut temu. Zawierzyłam moją punktualność wirtualnemu rozkładowi jazdy, a on to perfidnie wykorzystał.

Piękno boli
Cudowna pogoda za oknem zmobilizowała mnie do założenia butów na obcasie. Wychodząc z mieszkania poczułam dyskomfort, ale nie poddałam się - zacisnęłam zęby i ruszyłam przed siebie. Do autobusu doszłam, z autobusu na uniwersytet też dałam radę. Schody zaczęły się, kiedy wracałam. Szłam jak porażona, zazdroszczę wszystkim tego widoku. Ale mimo wszystko miałam piękne buty, to się liczy.

Zabójczy deszcz
Kiedy wychodziłam z mieszkania powitało mnie cudowne słońce. Założyłam letnią bluzkę. Spacer z parasolem został wspomnieniem, jak się okazuje niewłaściwie. Wracałam do mieszkania. Im bliżej do niego, tym czarniejsze chmury na niebie. Autobusowi akurat zachciało się stanąć na czerwonym świetle i czekać i czekać i czekać. Czułam, że kara za moją bezmyślność mnie dopadnie. Nie pomyliłam się. Wysiadłam z autobusu, zaczął kropić deszczyk, niewielki, pozornie milutki, gdyby nie fakt, że padał prosto w twarz. Weszłam do sklepu, kupiłam wodę. Pani zapytała mnie czy mam parasol, zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie mam. W takim razie pani zaproponowała mi przeczekanie w sklepie. Zbagatelizowałam ostrzeżenie, podziękowałam grzecznie i wyszłam. To co zastałam po przekroczeniu progu zaskoczyło mnie. Runęła dosłownie ściana deszczu. Z dwoma butelkami w ręku i chlebem, z butami na obcasie na nogach zaczęłam biec i przysięgam, że gdyby była wtedy jakaś komisja, pobiłabym rekord świata w biegu na 300 metrów. Poczułam niesamowity wiatr we włosach, nie byłam nawet świadoma, że potrafię tak szybko biegać. Kiedy znalazłam się pod upragnionymi drzwiami, nie mogłam znaleźć kluczy, co ciekawe nie miałam wielkiej torby, tylko malutką, ale jak widać i tam może znaleźć się czarna dziura. W wyniku wszystkiego weszłam do mieszkania cała mokra, tak jakbym wskoczyłam właśnie do basenu.

Czerwony kamikadze
Szłam sobie dość ruchliwą ulicą, w biały dzień. Nie spodziewałam się najgorszego. Był piękny, przyjemny majowy dzień. Słońce ogrzewało moją twarz i nic nie zapowiadało takiego obiegu sprawy. Najpierw czerwony kamikadze zaatakował moje włosy. Trochę się wystraszyłam, zaatakował mnie niespodziewanie. Strząchnęłam go, ale jak się okazało nie był to najmądrzejszy pomysł, ponieważ wpadł mi prosto do stanika. Stwierdzam, że biedronka okazała się być samicą, długo tam na szczęście nie posiedziała. Podążyła w stronę światła i prawidłowo, oszczędziła i jej stresu i mi. Z przyrodą nie warto zadzierać.

Zabójcze spojrzenia
Miałam przyjemność w tym tygodniu przystąpić do egzaminu na staż. Było dużo chętnych, około 10 osób na jedno miejsce. Prestiż jednostki duży, duża konkurencja, to wyzwala w ludziach brak zaufania do siebie i chęć wyeliminowania przeciwnika na wszelkie możliwe sposoby, obojętnie czy dozwolone czy nie, czy humanitarne czy zwierzęce. I cieszę się, że ludzie nie są bazyliszkami, nie mają umiejętności zabijania wzrokiem, bo byłabym dzisiaj martw, tak przynajmniej z dziesięć razy.