Kiedy usłyszałam, że Artur Rojek odchodzi z Myslovitz moje serce się rozpadło. Nie byłam i nie jestem wielką fanką tego zespołu, ale uważałam ich za jedną z najbardziej charyzmatycznych polskich grup cieszącą się sporym sukcesem nie tylko na scenie ojczystej.
Składam się z ciągłych powtórzeń dostałam na Dzień Dziecka i był to strzał w dziesiątkę. Nadszedł czerwiec, czas ciągłych kolokwiów, egzaminów, zaliczeń, potrzebowałam czegoś, co nie da mi zwariować i nie da pochłonąć mnie całkowicie nauce. Za każdym razem czekałam na ten moment, kiedy pojawię się w mieszkaniu, założę słuchawki, odpalę płytę i odłączę się od całego świata. Potrafiłam katować ją godzinami, a później przez kolejne godziny Artur śpiewał mi w mojej głowie.
Bałam się posłuchać tej płyty, obawiałam się, że Rojek bez Myslovitz nie zachwyci mnie, a okazało się odwrotnie, to właśnie na tej zmianie najbardziej utracił zespół, nie wokalista. Rojek ma dar. Dar do pisania przepięknych słów, które chwytają za serce, uzależniają umysł i grają na emocjach. Kiedy usłyszałam pierwsze dźwięki, zakochałam się w tej płycie i wiedziałam, że cała, bez wyjątku mi się spodoba. Nie musiałam się skupić na omijaniu piosenek, które mi nie pasowały, bo takich nie było, mogłam spokojnie usiąść nad notatkami i skupić się na nauce. Płyta jest niesamowicie różnorodna, dzięki czemu można znaleźć na niej kawałki, które podpasują pod nastrój.
W dobie Internetu i niejasnego polskiego prawa, trudno jest wydawać nowe płyty. Niedziwne. Jeśli artyści robią chłam, stawiają na produkcję seryjną, to nie jest grzechem ściągnięcie kilku udanych kawałków. Ale jeśli płyta to niemalże arcydzieło, kunszt nad kunsztami, na której znalazły się wyselekcjonowane z uwagą i smakiem utwory, to wtedy grzechem jest niekupienie tego albumu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz