środa, 29 października 2014
Kultura osobista na wagę
Od małego dzieci są uczone, że należy odzywać się z szacunkiem do dorosłych i współrówieśników, witać się z sąsiadami, wymieniając się z nimi uprzejmym "dzień dobry". Należy być miłym i uprzejmym, a nie gburowatym i posługiwać się rozkazującym tonem. Tak wygląda to wszystko w teorii, w praktyce czasami jest gorzej. Jednak jestem zdecydowanym przeciwnikiem uczenia społeczeństwa, że należy posiadać kulturę osobistą tylko dlatego, żeby czerpać z tego profity.
Kultura osobista to wartość, która powinna być naturalna i w żaden sposób niezbywalna. Mam dosyć ludzi, którzy jeżdżą komunikacją miejską i nie potrafią burknąć jednego głupiego "przepraszam". Dzisiaj rano jechałam na uczelnię, wsiadłam do tramwaju, który wcale nie był zatłoczony. Obok mnie stanął młody mężczyzną, który najpierw na mnie wpadł podczas gwałtowniejszego hamowania, później dwukrotnie uderzył mnie ręką, podczas wykonywania jakiegoś manewru przy trzymaniu. Jeśli myślicie, że doczekałam się odrobiny skruchy, to jesteście w ogromny błędzie. I teraz może powinniśmy w jakiś sposób wynagradzać tych, który potrafią przeprosić lub podziękować? Może zapewnić tańsze przejazdy dla kulturalnych ludzi? Może cały środek komunikacji powinien powstać, zacząć bić brawo, a kierowca powinien z wiązanką kwiatów pogratulować kultury osobistej pasażerowi?
Znieczulicę społeczną powinno się leczyć, ale nie w taki absurdalny sposób, bo wtedy nasz zamiar osiągnie inny rezultat.
poniedziałek, 27 października 2014
Warszawskie bezprawie
Śmierdząca sprawa
Mijam jadący tramwaj. Cały przód zapełniony, nikogo nie ma z tyłu z wyjątkiem bezdomnego. Pan rozsiadł się i pachnie, a raczej śmierdzi. Wydziela z siebie tak przerażający smród, źe nikt nie jest w stanie wysiedzieć w jego towarzystwie. Płacę za przejazd, nie są to małe pieniądze. Nie wymagam pachnącego świeżością środka komunikacji, nie wymagam również miejsca siedzącego, ale komfortu jazdy mogę już wymagać. Chciałabym bez odruchu wymiotnego, wstrzymywania powietrza, wystawiania głowy przez okno dojechać do celu. Nie przemawia do mnie argument, że się nie da nad tym zapanować, bo właśnie, że się da. Nie będę stawiała za przykład Niemców, bo żyjąc już trochę na tym świecie, zauważyłam, że to dla nas przykład nieosiągalny, ale byłam w Budapeszcie i tam żaden bezdomny nie odważył się wejść do środka komunikacji publicznej. Denerwuje mnie to, że u nas się tylko uśmiecha bezradnie i wzrusza ramionami.
Rozkład jazdy fikcją
Przez cały miniony tydzień borykam się z ZTM. W piątek mi się ulało. Ile można mieć cierpliwości?
W wtorek wczesnym rankiem miałam zajęcia. Związku z tym, że spodziewałam się korków na trasie przejazdu mojego autobusu, wybrałam tramwaj, który teoretycznie z korkami nie powinien mieć problemu. Na przystanku przywitała mnie spora grupa ludzi, który delikatnie mówiąc byli poddenerwowani. Niecierpliwie wypatrywali nadjeżdżającego pojazdu, bezskutecznie. Jeździła jedna jedyna linia, reszta z niewiadomego powodu nie pojawiała się. Minuty mijały bezlitośnie, poddenerwowanie rosło. Zdecydowałam dostać się na miejsce innym sposobem, jak się okazało podobnie postąpiła cała rzesza ludzi. Kiedy wysiedliśmy z tramwaju, na główne miejsce przesiadkowe wylała się fala ludzi. Policjanci stojący na skrzyżowani zdawali się być zadziwieni tą sytuacją, widocznie taki tłum o tej godzinie jest tutaj niespotykany. Pokonując trasę przejazdu pożądanego przez mnie tramwaju okazało się, że jeden z tramwai się zepsuł, co pociągnęło cały ogonek pozostałych linii za nim. Pożądanej linii zabrakło na zajezdni i nie jeździła akurat w tę stronę,w którą chciałam jechać.
Drugą przygodę miałam w czwartek. Stanęłam grzecznie na przystanku, najpierw jednak sprawdzając rozkład jazdy. Mój autobus miał przyjechać za dwie minuty. Przyklasnęłam w dłonie, ponieważ perspektywa tak krótkiego oczekiwania w zimny dzień nie wydała się być zła. Humor mi się pogorszył kiedy minęły cztery minut, a autobusu nadal nie było. Potem kolejne szesnaście minut były już zupełną przesadą i kpiną, ponieważ w tym czasie miały już przyjechać dwa autobusy. Historia skończyła się na tym, że postanowiłam na kolejnym skrzyżowaniu złapać tramwaj i pojechać nim do celu.
W piątek moja cierpliwość się skończyła. Spieszyło mi się do domu, liczyła się każda sekunda, tylko ZTM nic sobie z tego nie robił. Związku z tym, że było zimno, chciałam przejechać dwa przystanki autobusem, ale nie udało mi się, ponieważ autobus z zajezdni wyjechał pięć minut po czasie (powinnam dodawać, że przystanek, na którym stałam był drugim w kolejności po pętli, a trasa, którą jechał wcale nie była zakorkowana?). Później miałam osiągnąć cel drugi autobusem. Kiedy stałam szesnaście minut na dworze, zdążyłam naubliżać ZTM na wszelkie możliwe sposoby.
Moje zniecierpliwienie mogłoby być bezpodstawne, jeśli jeździłabym na gapę. Wtedy byłaby z pewnością wdzięczna, że mogę się w ogóle wozić. Ale jeśli co trzy miesiące regularnie kupuję bilet, to mam prawo wymagać, a moja cierpliwość może się wyczerpać.
środa, 22 października 2014
Warszawskie życie
Warszawiacy to osobliwi ludzie, tworzący miasto pełne sprzeczności i absurdu.
Biedni warszawiacy, niedobry ZTM
Warszawiacy nigdy nie zasypiają, nigdy nie wychodzą za późno z domu, zawsze byliby na czas, gdyby nie złośliwy ZTM. Spółka ta jest krwiożerca, podowuje, że warszawiakom zawsze jest pod górkę i zawsze im wieje wiatr w oczy. Albo autobus się spóźnił albo się zepsuł albo były ogromne korki. Nigdy nie jest to jednak wina warszawiaka, to życie kładzie mu kłody pod nogi.
Spotkajmy się na patelni
Kiedy przyjechałam do Warszawy i znajomi proponowali mi spotkanie na patelni, robiłam wielkie oczy i dopytywałam ich czy przypadkiem sobie ze mnie nie żartują. Po pewnym czasie sama zaczęłam się tam umawiać. Nie ma lepszego miejsca na spotkanie niż mega zatłoczone miejsce w samym centrum stolicy. Co z tego, że jest tam stacja metra i wysiada milion ludzi? Przecież w takim zbiegowisku ludzi, który się wszędzie spiesza można się bezproblemu odnaleźć.
Mimo mojej złośliwości i ironii, warszawiacy to ludzie, którym należy tylko współczuć, bo nikt na świecie nie ma tak trudno w życiu jak właśnie oni.
czwartek, 16 października 2014
Zepsuty świat
Był październikowy wieczór. Siedziałam wygodnie przed komputerem i debatowałam na bardzo ważne i zbawiające świat tematy z moją kuzynka. Wtedy też na mojej tablicy na facebboku wyświetliło się, że nie żyje polska aktorka młodego pokolenia, Anna Przybylska. Smutna wiadomość, śmierć każdego człowieka, nie jest informacją, na którą czekamy. Jednak to co wydarzyło się w tygodniu po jej śmierci przerosło moje naśmielsze oczekiwania.
Przez kolejne kilka godzin, a również i dni zdjecia Ani atakowały mnie wszędzie. Nagle duża część moich znajomych zrobiła się jej fanami, na sporej ilości fanpage też rozpisywano się na jej temat. Podczas sprawdzania poczty byłam zasypywana zdjęciami zmarłej i cnikliwymi tytułami. Wirtualna Polska i podobne jej portale nie mogły przecież przepuścić takiej okazji i nie zrobić z czyjeś tragedii pożywki dla siebie i super sposobu na biznes.
Apogeum wydarzyło się w czwartek. Rozmawiałam z kuzynką, która była w trakcie oglądania telewizji. Akurat leciały Kuchenne rewolucje. Magda Gessler dostała kaszankę z truskawkami, pierogi z ananasem. Byłam ciekawa jak to wygląda, smak mnie zupełnie nie interesował. Przypadkowo (pewnie i tak stwierdzicie, że specjalnie) trafiłam na stronę jednej z najpoważniejszych i najrzetelniejszych gazet w Polsce, a mianowicie Super Expressu. Przy artykule opisującym rewolucje Gessler były dwa nagłòwki, które mną wstrząsnęły - pierwszy zapowiadał artykuł o gwiazdach, które były na pogrzebie Przybylskiej, a drugi głosił o wzruszającym liście matki Ani. Wyłączyłam ze wstrętem stronę.
Irytują mnie media żyjące sensacją, chcące się wzbogacić pokazując ludzką tragedię, szukające sensacji i dziko latające za gwiazdami i liczące na ich wpadki. Zastanawiam się jak bardzo muszą być zepsuci ludzie, którzy piszą o takich rzeczach. Dziennikarzami nich na pewno nie można nazwać. A jak zepsuci są ludzie, którzy czytają takie rzeczy?
wtorek, 14 października 2014
Świat schodzi na psy
Lubię telewizje śniadaniowe. Tematyka poruszana jest przeróżna i za każdym razem kiedy oglądam te programy coś mną wstrząsa, coś mnie porusza, szokuje i nie daje spokoju, czasami prowadzi do załamania i powoduje, że mam ochotę puknąć się w głowę i zadać pytanie dokąd zmierza ten świat.
Ludzie lubią zwierzęta. Kupują je, dbają o nie, karmią, pielęgnują, aż w ostateczności robią z nich swoich niewolników. Jakiś czas temu hitem były lody dla psów w jednej z warszawskich lodziarni. Swoja pupila można było uszczęśliwić zimną przekąską o smaku mięsa, ryby. Jeśli ta oferta wydawałaby się mało atrakcyjna, to w Warszawie można również zaopatrzeć się w specjalny chleb dla swojego pupila. To wszystko możemy włożyć w miseczkę oprawioną w skórę, oczywiście ekologiczną, posadzić zwierzątko przy stole i życzyć mu smacznego.
Psia sztuka
A skoro strawę już mamy, teraz trzeba zadbać o ducha. Pomocną dłoń wyciąga pewna malarka oferująca obrazy specjalnie dla naszych ukochanych czworonogów. Jeśli piesek lub kotek jest chory możemy kupić mu obraz z wizerunkiem świętych, którzy zadbają o jego rychle wydobrzenie.
Ruch to zdrowie, świeże powietrze też
A co zrobimy, gdy naszemu pieskowi jest zimno w trakcie spacernku? Musimy mu kupić porządne ubranie. Do wyboru mamy różne kroje, w zależności od płci pupilka. Tkaniny jakie są nam oferowane są najwyższej jakości - ekologiczna skóra, antyalergiczny puch, wszystko czego mógłby pozazdrościć niejeden człowiek. Jeśli piesek jest prawie wystrojony na spacer, to trzeba teraz zabrać na dwór. Obróżki są passè, biedne zwierzątko ciągnięte jest za szyjkę i jest to absolutnie niehumanitarne, dlatego wymyślono inny sposób, pseudoszelki, do których elegancko zapinamy smycz. A co jeśli nasz pupil ma zły dzień i nie zamierza nigdzie pójść? Nie ma problemu! Kupujemy torbę, ale niebyle jaką. Najlepiej różową wyściełaną puchem, żeby pieskowi było mięciutko i milutko, podczas gdy go nosimy.
Jedziemy na wycieczkę
Jazda samochodem tez nie stanowi problemu, kupujemy specjalny fotelik, który montujemy w samochodzie za pomocą pasów. Pupilka zapinamy, nie zrobi sobie krzywdy, a żeby nie zrobił krzywdy naszem samochodowi z powodu potwornej nudy, do specjalnej torebeczki, uszytej z materiału pod kolor fotelika, wkładamy jedzenie.
Oglądałam to z niedowierzaniem, pukałam się w czoło i zastanawiałam dokąd właściwie zmierza ten świat. Ludzie zamiast dzieci wychowują zwierząta, wydają na nie niebotyczne sumy, bo jeśli uważacie, że takie gadżety kosztują około 100 złotych, to jesteście w błędzie. To kwoty rzędu około tysiąca. Robimy ze zwierząt niewolników, ubieramy je w falbanki, koronki, cekinki. Nosimy w torebkach, karminy lodami. A czy zastanowiliśmy się choć przez chwilę czy na to wszysyko ono ma ochotę?
środa, 8 października 2014
Proza życia studenckiego
Od kilku dni rozpoczęłam naukę na drugim kierunku. Wszystkiego zaczynam uczyć się od początku, mimo faktu studiowania na tym samym uniwersytecie, każdy instytut rządzi się swoimi regułami i cały czas odkrywam coś nowego i zadziwiającego.
W tym tygodniu poraz pierwszy zmierzam się z dziekanatem. Na wcześniejsze głosy o długich kolejakch prychałam i twierdziłam, że to przecież niemożliwe. Rozpieszczona podczas trzech lat studiów, gdzie studentami zajmował się sekretariat studencki, a wszelkie problemy rozwiązywało się szybko i sprawnie, doznałam w tym tygodniu szoku. Pierwsze moje podejście do zmierzenia się z dziekanatem było w poniedziałek, jak się okazało mało skuteczne. Przyjechałam trzydzieści minut po rozpoczęciu urzędowania, o kolejkach jakie tam widziałam nawet nie śniłam. Cały korytarz było przeludniony bardziej niż metro w porannych godzinach szczytu. Pokój, do którego miałam dotrzec było (o, ironio!) na samym końcu. Musiałam przedostać się przez gąszcz ludzi, narazić się na nieprzyjemności, bo spytanie o cokolwiek było tutaj niemalże zbronią. Na końcu mojej drogi spotkało mnie rozczarowanie, głębokie i mocne - powstała lista. Nazwisk było na niej około sześdziesiąt. Obliczyłam czas jaki pozostał mi do zajęć, przekalkulowałam z ilością osób, musiałabym być Hermioną albo magikiem umiejącym rozciągać czas, wtedy dałabym radę zdążyć. Moją porażkę załagodziłam zakupami.
Ponieważ sprawa była nagląca i wymagała szybkiego załatwienia, wybrałam się do dziekanatu również dzisiaj. Na odpowiednie miejsce dotarłam już o 10.35, co oznaczało, że do godziny otwarcia wrót było 1,5 godziny. Osób na liście było już osiem, ja wpisałam się jako dziewiąta. Emocje osiągały zenitu, bo dziekanat otwarty był tylko trzy godziny. Kolejka była dość ciekawa, róźnorodna. Znudzeni ludzie pochylali się nad notatkami, książkami, uczono się, ale były również osoby, które smacznie spały, zmęczone albo długim oczekiwaniem, ewentualnie nocną imprezą. Wiedziałam co mnie dzisiaj czeka. Wyposażyłam się w jedzenie, książki i nie zamierzałam się tak łatwo poddać.
Moje szczęście było ogromne, kiery nadeszła moja kolej i mogłam z dusznego korytarza udać się do klimatyzowanego pomieszczenia. Podeszłam do pani, zaczęłam tłumaczyć w jakiej sprawie przyszłam, a ona z uśmiechem na twarzy odpowiedziała mi, że pomyliłam pokoje. Mina mi zrzedła, to był wielki cios w moje serce. Musiałam wrócić na duszny korytarz, przegonić cudowne plany na resztę dnia i zapisać się na kolejną listę. Byłam w kryzysowej sytuacji. Jedzenie mi się skończyło, książki przeczytałam, poziom cierpliwości też malał i wcale już się nie dziwiłam ludziom, który w poniedziałek nie emanowali miłością do świata.
Po dzisiejszym dniu wiem jedno, dobrze że urodziłam się kilka lat po obaleniu komunizmu, ponieważ ze swoim życiowym sprytem i brakiem cierpliwości nie byłabym w stanie w tamtych czasach przeżyć.