Swoją przygodę z twórczością Schmitta rozpoczęłam od Oskara i pani Róży. Książka tak bardzo mnie wzruszyła i poruszyła moje serce, że zdecydowałam się zapoznać z innym pozycjami tego autora. Nie pamiętam, co później trafiło w moje ręce. Pamiętam, co trafiło w moje serce. - Marzycielka z Ostendy. Nie potrafię rozstać się z nią na dłużej. Ten zbiór opowiadań tak bardzo trafił w mój gust, że właśnie go zdecydowałam się zabrać pewnego listopadowego dnia na spotkanie autorskie ze Schmittem, od tego czasu książka ta jest dla mnie relikwią, ozdobioną dedykacją.
Schmitt jest specyficznym autorem, to taki trochę moralista, który bierze nas za uszy, potrząsa nami i otwiera oczy na nasze postępowanie. Przynajmniej tak jest w moim przypadku. Już nie raz czytając Marzycielkę z Ostendy, pojawiały się w mojej głowie refleksje, że postępuje podobnie jak bohaterowie, których potępiam za postępowanie. Wtedy podnoszę się z kolan jak człowiek upadły i próbuję naprawić swoje błędy. Jednak jestem buntownikiem i wbrew wszystkim wchodzę do tej samej rzeki dwa razy, ba nawet więcej, więc kręci się błędne koło, bo znowu upadam, a później wstaję i tak odnowa. A Schmitt jak dobry wujek patrzy na mnie z kart swoich książek, uśmiecha się ironicznie i cierpliwie wyciąga mnie po raz kolejny za uszy.
Swoją drogą muszę mieć słabą pamięć, skoro dwa razy w roku sięgam po Marzycielkę z Ostendy i za każdym razem mnie zaskakuje, bo zapominam o pewnych fragmentach. Ewentualnie specjalnie zapominam, żeby spotkać się z Marzycielką, bo ją z całego serca kocham, to moja ulubiona postać.
poniedziałek, 23 lutego 2015
niedziela, 22 lutego 2015
Polski Sherlock Holmes
Pożegnałam się z Teodorem Szackim, odłożyłam książkę, dotknęłam rozpalonych polików, a w mojej głowie pojawił się okrzyk entuzjazmu "majstersztyk!". Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z kryminałami, Ziarno prawdy było tym pierwszy. Tym samym jestem przekonana, że nie będzie to ostatnia książka z tego gatunku, która trafi w moje ręce.
W książce oczarowała mnie nie tylko niebanalna fabuła, która niezwykle wciągnęła, wodziła za nos i zaskakiwała czytelnika, ale oczarowało mnie również przygotowanie się autora do napisania powieści (choć raczej zamiast oczarowania, powinnam mówić o zaimponowaniu). Nie jeden raz spotyka się pozycje, które osadzone są w jakimś konkretnym miejscu na świecie, istnieje dokładne położenie, można je znaleźć na mapie, ale tylko na określeniu nazwy się kończy. W tym przypadku jest zupełnie inaczej. Wybór Sandomierza nie był przypadkowy. Z miastem związana jest mroczna legenda. Z mroczna legendą związane jest sprawa, którą bada prokurator Teodor Szacki.
Pan Zygmunt Miłoszewski starł na drobny mak wszelkie piękne słowa o tym, że Polacy to naród czysty i bez skazy. Doskonale rozprawił się z polskością, wypunktował wszystkie nasze przywary i zrobił to bardzo celnie. Niektórych cech nie zauważałam wcześniej, teraz jestem zaskoczona swoim zaślepienie. Ocena swojej narodowości jest trudna. Nie można dać ponieść się emocją, które często wyprowadzają nas w pole. Trzeba umieć się rozdwoić, stanąć obok siebie i chłodnym rozumem wszystko zaobserwować.
Wszelkie obowiązki, które miałam do wypełnienia w tym tygodniu robiłam pilnie i sumienie, ale w mojej głowie ciągle przewijała się myśl, żeby jak najszybciej wrócić do Teodora Szackiego, dać porwać się jego geniuszowi i śledzić jego niezwykły proces myślowy. Zakończenie mnie zaskoczyło, w najodleglejszych myślach nie wpadłabym na nie - to wielki plus dla autora, lubię jak mnie rozwiązania zaskakują.
W książce oczarowała mnie nie tylko niebanalna fabuła, która niezwykle wciągnęła, wodziła za nos i zaskakiwała czytelnika, ale oczarowało mnie również przygotowanie się autora do napisania powieści (choć raczej zamiast oczarowania, powinnam mówić o zaimponowaniu). Nie jeden raz spotyka się pozycje, które osadzone są w jakimś konkretnym miejscu na świecie, istnieje dokładne położenie, można je znaleźć na mapie, ale tylko na określeniu nazwy się kończy. W tym przypadku jest zupełnie inaczej. Wybór Sandomierza nie był przypadkowy. Z miastem związana jest mroczna legenda. Z mroczna legendą związane jest sprawa, którą bada prokurator Teodor Szacki.
Pan Zygmunt Miłoszewski starł na drobny mak wszelkie piękne słowa o tym, że Polacy to naród czysty i bez skazy. Doskonale rozprawił się z polskością, wypunktował wszystkie nasze przywary i zrobił to bardzo celnie. Niektórych cech nie zauważałam wcześniej, teraz jestem zaskoczona swoim zaślepienie. Ocena swojej narodowości jest trudna. Nie można dać ponieść się emocją, które często wyprowadzają nas w pole. Trzeba umieć się rozdwoić, stanąć obok siebie i chłodnym rozumem wszystko zaobserwować.
Wszelkie obowiązki, które miałam do wypełnienia w tym tygodniu robiłam pilnie i sumienie, ale w mojej głowie ciągle przewijała się myśl, żeby jak najszybciej wrócić do Teodora Szackiego, dać porwać się jego geniuszowi i śledzić jego niezwykły proces myślowy. Zakończenie mnie zaskoczyło, w najodleglejszych myślach nie wpadłabym na nie - to wielki plus dla autora, lubię jak mnie rozwiązania zaskakują.
wtorek, 17 lutego 2015
Muzeum, które straszy
Chłodne,
listopadowe popołudnie. Ubrana w zimową kurtkę, z czapką mocno naciągniętą na
uszy, ruszyłam w kierunku Państwowego Muzeum Etnograficznego, w celu spotkania
się twarzą w twarz z kulturami, tymi bliskimi oraz tymi dalekimi. Myśl o
postawieniu swoich kroków w tym miejscy ekscytowała mnie cały dzień. W pamięci
przywoływałam obrazy z mojej ostatniej wizyty w tej placówce – kolorowe suknie,
tajemnicze przedmioty. Zacierałam ręce na to spotkanie.
Będąc
na miejscu z ogromną siłą pchnęłam masywne, drewniane drzwi i spotkałam się ze
smutnymi paniami z kasy. Zakupiłam pośpiesznie bilet, nie chcą przeszkadzać im
swoją obecnością. Zdjęłam wierzchnie ubranie i udałam się do pierwszej sali.
”Zwykłe-niezwykłe.
Fascynujące kolekcje w zbiorach Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie”
W
sali przywitał mnie uśmiechnięty i niezwykle gadatliwy strażnik muzealny.
Obejrzał mój bilet, dał kilka wskazówek i pożyczył miłego zwiedzania. W
nozdrzach poczułam przyjemny zapach starej, drewnianej podłogi, wzięłam głębszy
oddech, aby móc się nim delektować. Deski pode mną rozkosznie zaskrzypiały, to
był dobry początek mojej wizyty w muzeum.
Swoje
pierwsze kroki pokierowałam do tablicy informacyjnej, opisującej wystawę.
Pochłonęłam cały tekst, zaklasnęłam w ręce, zachęcona frazą „fascynujące
kolekcje w zbiorach Państwowego Muzeum Etnograficznego”, w głowie rodziły mi
się niezwykłe obrazy.
Sala oprowadza
zwiedzającego po historii placówki, zbiorów i ich pozyskiwania. Skłamałabym,
gdyby napisała, że przeczytałam każdą tabliczkę, pochyliłam się z wielką uwagą
nad każdym eksponatem. Jestem trochę jak przysłowiowa sroka, moim największym zainteresowaniem
cieszyły się te najbardziej kolorowe przedmioty. Zafascynował mnie strój
Indianki Saraguro, który nęcił mój wzrok pięknym, kolorowym i misternie
wykonanym naszyjnikiem. Zadziwiłam mnie broszka, cudownie wykonana, ale
niekoniecznie wykorzystywana jedynie do pięknych celów. Oprócz funkcji czysto ozdobnej,
miała również funkcję obroną. W chwili zagrożenia można było taką biżuterię użyć
do uszkodzenia przeciwnika. Może zabić byśmy drugiej osoby, tym nie zabili, ale
zapewne dotkliwą ranę można by zadać, używając tego narzędzia umiejętnie.
Sztuka
ludowa często kojarzona jest z prymitywizmem, sama ją tak odbieram,
podświadomie, z przyzwyczajenia. Jednak czy ktoś dał nam prawo, aby tak właśnie
określać te przedmioty? Często twórcy ludowi, to ludzie prości, samoucy, bez
wykształcenia, ludzie, którzy tworzą, bo lubią, bo mają talent, bo chcą coś
przekazać innym lub po prostu sztuka ta służy ozdabianiu wnętrza. Czy mamy
prawo do wartościowania tej sztuki i określenia jej jako gorszej, pierwotnej, a
przez co mniej wartościowej? Sztuka ludowa płynie z serca, jest tworzona przez
ludzi dla ludzi, nie przepływają przez nią pompatyczne ideały, jest prosta, a
przed co nieskalana współczesnym, zepsutym światem.
„Inne
oblicza. Maski, marionetki i sztuka cieni ze zbiorów Chińskiego Narodowego
Muzeum Sztuki”
Mój
krąg zainteresowań nigdy nie dotyczył wschodniej części świata. Interesowała i
nadal interesuje mnie sztuka Zachodu, tj. europejska oraz amerykańska. Nie mam
narzędzi do badania kultury chińskiej, nie znam się na niej, nie mam dużej
wiedzy o tym kraju. Dlatego stwierdzenie, że wystawa mnie pochłonęła,
zaintrygowała, przyciągnęła na dłuższą chwilę i zmusiła do dłużej kontemplacji,
byłoby oszustwem, obłudą i kłamstwem na rzecz rzeczonej pracy. Jednak starałam
się wykonać rzetelnie swoje zadanie, a wystawę przestudiowałam uważnie,
próbując choć odrobinę poznać tę inną kulturę.
Wystawa
zorganizowana jest ku uczczeniu 65. rocznicy ustanowienia polsko-chińskich
stosunków dyplomatycznych. Czytając przedmowy, dowiadujemy się, że „[w]ymiana
kulturalna [między Polską a Chinami] rozpoczęła się już na początku XVII wieku.
[...] Polska fascynacja Chinami sięga już przynajmniej czasów króla Jana III
Sobieskiego. [...] Niemniej jednak był to również wyraz pewnej mody ogarniający
wówczas całą Europę i trwający przez kilka kolejnych wieków. Moda na
chińszczyznę nie miała szczególnie walorów poznawczych, chodziło zdecydowanie
bardziej o rozrywki mające posmak egzotyki”. Tendencja się stopniowo odmienia,
a ludzie kierują swoje oczy ku Chinom nie ze względu na modę, a ze względu na fascynację chińską kulturą,
czego obrazem jest niniejsza wystawa.
Swoje pierwsze
kroki pokierowałam do świata masek. Robiły wrażenie. Misternie pomalowane i
ozdobione. Jednak bardziej niż chińskie moją uwagę przyciągnęły maski
tybetańskie, których twórcom naprawdę należą się ogromne brawa i szczere wyrazy
uznania za niezwykle szczegółowe wykonanie, pomysłowość, kreatywność i przede
wszystkim talent. Są przepiękne. Były tworzone kilkaset lat temu, gdzie nie
było takiej technologii jak dzisiaj, nie było takich narzędzi, którymi
dysponujemy współcześnie, a jednak tworzono prawdziwe dzieła sztuki. Można by
znowu mnie posądzić o kierowanie się sroczym instynktem, ponieważ te
tybetańskie po prostu były bardziej kolorowe, miały żywsze barwy i były
ozdobione przeróżnymi materiałami. Albo obudził się we mnie instynkt kobiety, a
słowa piosenki Marilyn Monroe można by sparafrazować następująco: najlepszymi
przyjaciółmi kobiety są błyskotki.
„Maski
pomagały komunikować się z bóstwem, odganiać złe duchy i choroby, a także
przyciągać błogosławieństwa”. Maski miały przebogatą symbolikę. Laik, taki jak
ja, czuł się trochę zagubiony w całym tym świecie, w mnóstwie kolorów i
symboli. Uważam za fascynujący fakt, że sztuka ludowa, która uważana jest za
sztukę pierwotną i prymitywną, posiada tak wiele ukrytych treści, których bez
większej wiedzy nie da się odkryć (chyba, że ktoś ma rozwiązanie podane na
tacy, tak jak ja, a wszystko znajduje się na tablicach opisujących dany obiekt,
wtedy wszystko staje się proste). W życiu bym się nie domyśliła, że wielka,
zielona żaba, która przypominała trochę rozjechaną, ma symbolizować umiejętność
walki w wodzie. Gdyby nie informacja byłaby przekonana, że to zwierzę znajduje
się tutaj przypadkowo albo że twórca lubił żaby ewentualnie dlatego, iż żaba
prezentowała się nadzwyczaj dobrze z całą kompozycją.
Następnie
stanęłam twarzą w twarz z chińskim teatrem cieni, tradycyjną i ludową formą
rozrywki Chin. „Artystyczną grę światła i cienia uzyskuje się, rzucając światło
na poruszane ręką animatora przedmioty”. „Kukiełki” oraz rekwizyty zadziwiają
bogatą ornamentyką, wielością szczegółów, misternym wykonanie oraz pełnią
kolorów. Zadziwiającym jest fakt, że wszystkie te przedmioty podczas teatru są
tylko czarne, nie widać barw, nie widać ornamentyki, widać jedynie kontury, czasami
lepiej, a czasami gorzej, a mimo wszystko twórcy tak wiele serca i czasu
poświęcają swoim dziełom. W pustej sali kinowej, gdzie byłam tylko ja,
obejrzałam dwa przestawienia: „Żółw i żuraw” oraz o przeprawie króla Małp przez
wulkan. Zadziwiły mnie swoją precyzją ruchów, które były subtelne, przemyślane i odzwierciedlały
rzeczywistość, niczym postacie z Disney’owskich bajek. Całemu widowisku towarzyszyła
muzyka, dźwięki, które w normalnym warunkach wykonywane są przez orkiestrę
na żywo. Podkreślenia warty jest fakt, że „[w] 2001 r. chiński teatr cieni
został wpisany na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości
UNESCO”.
Przy
okazji prezentowanych tutaj eksponatów zauważyłam, że wszelkie postacie
zwierzęce niezwykle różnią się od tych, do których przyzwyczaiła nas europejska
sztuka ludowa. Chińskie zwierzęta przypominają bardziej mistyczne stworzenia,
występujące w baśniach, a nie istoty, które możemy spotkać w świecie
rzeczywistym (nie oceniam tutaj próby odzwierciedlenia smoka, bo to istota magiczna,
nierealna, ale przedstawione zostały również zwierzęta spotykane w
rzeczywistości, lwy czy świnie i gwarantuję, że w życiu nie widziałam tak udziwnionych
przedstawicieli tych gatunków).
Stosunek Ameryki
Południowej i Łacińskiej do kwestii śmierci jest mi dobrze znany, inaczej jest
z moją wiedzą o stosunku Chin i Tybetu do odejścia z tego świata. Dla nas,
Europejczyków to czas żałoby, wielki smutek, koniec doczesności, ból i
cierpienie, natomiast dla kultur wschodu to oderwanie od cierpienia, radosny
czas, który jest doskonale widoczny w sztuce ludowej. Na wystawie znajduje się
maska cmentarna, która jest pełna żywych, wesołych kolorów, bogato ozdobiona, a
posunęłabym się również o stwierdzenie, że postacie znajdujące się na tym
przedmiocie są radosne, uśmiech pojawia się na ich twarzach.
Wystawa
„Inne oblicza” jest obfita w różnorodne eksponaty. Jednak uważam, że dla
współczesnego człowieka jest ona zbyt nudna. W dobie dostępu do wszelkiego
rodzaju mediów, szczególnie do Internetu, gdzie króluje obraz ruchomy,
statyczne obrazy, nieruchome eksponaty są zbyt nużące. Po kilku minutach percepcja
człowieka obniża się, a przedmioty zaczynają być podobne. Brakowało mi
interakcji, dźwięków, ruchomych obrazów, które są tak powszechne w światowych
muzeach, chociażby w muzeach londyńskich.
4. Rozprawienie
się z muzeum
Kiedy
wypadało mi jeszcze nosić dwa warkocze i ogromne kokardy na głowie, corocznie
spędzałam z rodzicami wakacje w górskiej miejscowości, w Żywcu. Urlop
planowaliśmy tak, aby pokrył się z Tygodniem Kultury Beskidzkiej. Proszę sobie
teraz wyobrazić małą dziewczynkę, z ogromnym lizakiem, która z ciekawością w
oczach obserwowała występy artystów folklorowych z całego świata, która z
fascynacją obserwowała kolorowe suknie kobiet meksykańskich, które wprawiane w
zawirowania ze swoją wielością barw przypominały wielkiego, okrągłego,
smacznego lizaka. Wakacje w Żywcu obudziły we mnie nie tylko ciekawość do folkloru
meksykańskiego, ale również do ludowości innych narodów.
Z
bólem w sercu, a nawet z krwawiącym sercem stwierdzam, że zawiodłam się na
muzeum. Szłam tam z wielką ekscytacją, wyszłam z niedosytem i rozczarowaniem.
Cieszyłam się na spotkanie z kolorowymi, przepięknymi strojami, fascynującymi
przedmiotami, mając w pamięci swoją ostatnią wizytę w tym miejscu.
Dzisiejsze muzeum jest wymarłe. Panowała tam niezwykle intymna atmosfera –
eksponaty, panowie strażnicy, kilku zwiedzających i ja. Co prawda sprzyjało to
kontemplacji i bliskiemu spotkaniu z prezentowanymi obiektami, ale pomimo kilku
eksponatów, które wymieniłam wyżej, nie było nic co przyciągnęło i fascynowało.
Czułam się trochę jak intruz, który zakłóca spokój temu miejscu. Przerywałam
panom strażnikom spanie albo czytanie książek, byli zmuszeni do pilnowania
mnie. Nie dawali mi tego odczuć osobiście, że jestem tu niemile widziana, ale
czułam się winna, że powoduję zamęt w tym miejscu.
Ludowość
to nie tylko „martwe” eksponaty, które ogląda się za szklaną szybą. To muzyka,
rękodzieło, którego zrobienia można podjąć się samemu. W tym przypadku na swoje
nieszczęście było mi dane odwiedzić kilka światowej sławy muzeów, między innymi
londyńskie Albert and Victoria Museum i jestem zrozpaczona stanem Państwowego
Muzeum Etnicznego. Mam wrażenie, że zatrzymał się tu czas, a przystosowane jest
dla ludzi z poprzedniej epoki, którzy posiadali jeszcze zdolność większej
percepcji na tekście pisanym i przedmiotach statycznych. Współcześni
ludzie, a w szczególności młodzież, którą powinno się przyciągać do takich
miejsc, odbierają świat już zupełnie inaczej niż ich rodzice, a tym bardziej
dziadkowie. Gratką jest dotknięcie przedmiotu, przymierzenie ubrania (a
dodatkowo zrobienie zdjęcia, aby pochwalić się nim na portalu społecznościom),
obejrzenie filmu, wysłuchanie muzyki. Utwory ludowe są ważnym elementem
ludowości, a mam wrażenie, że o niej zupełnie zapomniano. Jestem zdania, że
cicha melodia w tle nie przeszkadza w kontemplacji, napiszę więcej,
współczesny człowiek żyje w wiecznym hałasie, a to właśnie permanentna cisza go
rozprasza i drażni.
Pan
strażnik gorąco zapraszał mnie do odwiedzenia ich w drugiej połowie grudniu,
kiedy zostaną otwarte trzy stałe wystawy, które tymczasowo są w budowie lub
przebudowie – Judaica, Chopin i stroje. Jednak nie wiem czy uda mi się szybko
zatrzeć złe wrażenie o tym miejscu i wrócić tu w najbliższym czasie.
poniedziałek, 16 lutego 2015
A gdyby tak Hitler powrócił?
Mając prawie dwadzieścia trzy lata, powinnam być świadoma, że książki, które na okładce okrzyknięte są bestsellerami, mogą okazać się słabe, a taki chwyt może być jedynie czysto marketingowy. Oczywiście podejmując decyzję o kupnie "On wrócił", zapomniałam o tej regule i sięgnęłam po tak zwaną najlepiej poczytną książkę.
Autor starał się przy pisaniu pierwszych trzydziestu stron, później sobie odpuścił, miał już w nosie czytelnika i skończyły mu się pomysły. Do pierwszych trzydziestu stron książka mnie bawiła, później przeraziła. Na początku Hitler, który po kilkudziesięciu latach obudził się w nowych Niemczech był zagubiony, musiał się ze wszystkim oswoić i wszystko poznać. Swoją nieporadnością wzbudzał współczucie i uśmiech na twarzy. Później w mojej głowie pojawiło się pytanie: czy to normalne współczuć takiemu zbrodniarzowi? Po pierwszych trzydziestu stronach wyleczyłam się z wszelkich ludzkich odczuć, pojawiła się we mnie przerażenie, jak reagowali współcześni Niemcy na pojawienie się tej postaci. Owszem była to tylko czysta fikcja literacka, ale ja nie mogłam pozbyć się wrażenia, że gdyby teoretycznie doszło do takiego zdarzenia, reakcje byłyby identyczne. Traktowali go jako maskotkę, komika, który nie podżega do nienawiści, tylko wygłupia się.
Niemniej książka to również spojrzenie w krzywym zwierciadle na współczesność. Często są to trafne spostrzeżenia, chociażby wtedy, kiedy Hitler ogląda telewizje. Jest przerażony masowym nadawaniem seriali paradokumentalnych i swoją drogą ma rację. Można napisać by całą litanię na temat tego czym karmi nas telewizja, ale tutaj w tym wpisie, nie oto chodzi.
Styl i język nie powala na kolana, czytałam dużo więcej książek, które miały o wiele lepsze walory językowe. Jeśli ktoś ma okazję dostać tę pozycję za darmo, niech sięgnie po nią dla czystej rozrywki i zobaczenia, czym potencjalnie zachwycają się nasi zachodni sąsiedzi. Jednak jeśli ktoś chce są specjalnie kupić, to odradzam, jest wiele więcej wartościowszych i lepiej napisanych książek. Jedyne co chciałabym pochwalić, to okładka. Ktoś naprawdę sprytnie ją wykombinował.
Autor starał się przy pisaniu pierwszych trzydziestu stron, później sobie odpuścił, miał już w nosie czytelnika i skończyły mu się pomysły. Do pierwszych trzydziestu stron książka mnie bawiła, później przeraziła. Na początku Hitler, który po kilkudziesięciu latach obudził się w nowych Niemczech był zagubiony, musiał się ze wszystkim oswoić i wszystko poznać. Swoją nieporadnością wzbudzał współczucie i uśmiech na twarzy. Później w mojej głowie pojawiło się pytanie: czy to normalne współczuć takiemu zbrodniarzowi? Po pierwszych trzydziestu stronach wyleczyłam się z wszelkich ludzkich odczuć, pojawiła się we mnie przerażenie, jak reagowali współcześni Niemcy na pojawienie się tej postaci. Owszem była to tylko czysta fikcja literacka, ale ja nie mogłam pozbyć się wrażenia, że gdyby teoretycznie doszło do takiego zdarzenia, reakcje byłyby identyczne. Traktowali go jako maskotkę, komika, który nie podżega do nienawiści, tylko wygłupia się.
Niemniej książka to również spojrzenie w krzywym zwierciadle na współczesność. Często są to trafne spostrzeżenia, chociażby wtedy, kiedy Hitler ogląda telewizje. Jest przerażony masowym nadawaniem seriali paradokumentalnych i swoją drogą ma rację. Można napisać by całą litanię na temat tego czym karmi nas telewizja, ale tutaj w tym wpisie, nie oto chodzi.
Styl i język nie powala na kolana, czytałam dużo więcej książek, które miały o wiele lepsze walory językowe. Jeśli ktoś ma okazję dostać tę pozycję za darmo, niech sięgnie po nią dla czystej rozrywki i zobaczenia, czym potencjalnie zachwycają się nasi zachodni sąsiedzi. Jednak jeśli ktoś chce są specjalnie kupić, to odradzam, jest wiele więcej wartościowszych i lepiej napisanych książek. Jedyne co chciałabym pochwalić, to okładka. Ktoś naprawdę sprytnie ją wykombinował.
wtorek, 10 lutego 2015
Daj rozgrzać swoje serce
Kiedy byłam w Londynie, fraza, którą najczęściej wymawiałyśmy był "miś Paddington". Pamiętałam go jeszcze z czasów, kiedy byłam małym smrodkiem, a w telewizji królowały bajki z nim. W mojej pamięci utkwił jako miś sierot, ciągle pakujący się w kłopoty przez co mocno mnie tym irytował. Ale w poprzednim tygodniu wybrałam się do kina na ekranizację tej opowieści. Teraz biję się w pierś, oddaję honor wszystkim, którym zaśmiałam się w twarz, kiedy oni zachwycali się tą postacią, bo mały, niesforny miś skradł mi serce.
Film "Paddington" był tak uroczy i przecudowny, że ciągle jestem pod jego wrażeniem i czekam na kolejną możliwość obejrzenia go. Była to niezwykle ciepła opowieść o miłości i rodzinie. Ponad to większość akcji rozgrywała się w Londynie przez co była to dla mnie sentymentalna podróż po mieście, które niedawno miałam okazję zwiedzać.
"Paddington" rozgrzewa serduszka i roztapia zaspy śniegowe.
Film "Paddington" był tak uroczy i przecudowny, że ciągle jestem pod jego wrażeniem i czekam na kolejną możliwość obejrzenia go. Była to niezwykle ciepła opowieść o miłości i rodzinie. Ponad to większość akcji rozgrywała się w Londynie przez co była to dla mnie sentymentalna podróż po mieście, które niedawno miałam okazję zwiedzać.
"Paddington" rozgrzewa serduszka i roztapia zaspy śniegowe.
poniedziałek, 9 lutego 2015
Pamiętnik Globtrotera - Mazury
Kiedy usłyszałam o pomyśle wyjazdu na Mazury, jęknęłam. Czemu nie możemy pojechać w góry, tylko musimy wyruszać w miejsce zarezerwowane dla wilków morskich? Moje wyobrażenie o Mazurach było ograniczone, wydawało mi się, że są tam tylko jeziora, jeziora i jeziora, no ewentualnie czasami las. Jakie wielkie było moje zdziwienie, kiedy w końcu tam pojechałam i odkryłam to miejsce.
Pierwszym punktem naszej wycieczki było Mrągowo. Miasto kojarzyło mi się z szalonymi cowboyami wyrwanymi z Pikniku Country oraz z zapalony żeglarzami z fajkami w ustach, wiatrem we włosach i z lubieżnym uśmieszkiem. Znowu się zdziwiłam, to urocze miasteczko, przepięknie położone nad jeziorem. Mnóstwo tu oczywiście turystów, ale również wiele łabędzi, które wdzięczą się do aparatów.
Kolejnym punktem wycieczki był Wilczy Szaniec. Związku z moimi zainteresowaniami, które nie mają absolutnie związku z kierunkiem studiów, jedynie z zainteresowaniami historycznymi, obowiązkowym przystankiem było to miejsce. Trasa, którą przeszliśmy była niesamowita i usiana wieloma tajemnicami, które fascynowały i ekscytowały. Niemiecka precyzja została niezawodna, pomimo wysadzenia murów bunkrów, można oglądać jeszcze fragmenty. Jedne są w lepszym stanie, inne w gorszym. Interesujące wydają się być metalowe konstrukcje, stanowiące trzon bunkrów. Tony żelaza, stali, niektóre z nich przetrwały do dzisiejszych czasów, w nienaruszonym stanie, bez śladów rdzy. To w tym miejscu dokonany został jeden z nieudanym zamachów na Hitlera.
Jeszcze jedno miejsce skrywa tajemnice III Rzeszy - Leśniewo Górne. Znajdziemy tam zaporę, na której znajduję się jedyny kontur zachowany w Europie po orle nazistowskim. Budowla imponuje swoją wielkością. Jadąc na Mazury nie spodziewałam się, że znajduję tak wiele fascynujących miejsc, owianych przerażającą historią, które widziały tak okrutne czasy.
Przez kilkanaście lat w moich wyobrażeniach o Świętej Lipce pojawiał się kościół, na środku
którego rosła prawdziwa lipa, wielka, masywna, a żeby nie hamować jej rozwoju zrobiono dziurę w suficie, by mogła się w spokoju rozwijać. Moim wielkim rozczarowaniem, wyrwaniem z mojej głowy dziecięcych fantazji, wyobrażeń było pojechanie do tego miejsca. Byłam podekscytowana, zawsze chciałam zobaczyć to niesamowite połączenie natury z architekturą. I teraz wyobraźcie sobie, co dzieje się z dwudziestoletnią osobą, która staje przed kościołem, rozgląda się, a tam lipy nie ma. Czar tego miejsca opadł, umarł razem z moim dzieciństwem, został na amen pochowany. To bolało. Kiedy jednak tam pojedziecie, przekonać się, że lipa jest i owszem, ale na ścianie, metalowa, nieładna, to polecam jednak usiąść w jednej z ław i poczekać na koncert organowym. Jest to mistrzostwo nad mistrzostwami. Niesamowite wrażenie, ogromny talent zarówno osoby, która kilkaset lat temu skontrowała ten instrument, jak i osoby wygrywającej te piękne dźwięki.
Obcowanie z przyrodą jest fascynujące, tutaj na Mazurach takich wrażeń nie zabraknie, ale jeśli chcecie przeżyć coś bardziej egzotycznego polecam pojechać do Kadzidłowa. Jest to Park Dzikich Zwierząt, które z różnych powodów nie mogą żyć na wolności. Możemy popatrzeć tam prosto w oczy wilkom, rysiom, lisom. Kiedy moja mama była tam kilka miesięcy wcześniej można było pogłaskać małe liski. Dla miastuchów, takich jak ja takie atrakcje są niesamowicie atrakcyjne. Jestem osobą mało cierpliwą, więc stanie w jednym miejscu i czekanie na dziką zwierzynę, niestety nie wchodzi w grę w moim przypadku, dlatego też w takich parkach czuję się doskonale. Wielką frajdę, dla dzieci i dla dorosłych jest karmienie zwierząt czterokopytnych.
Zwolennikiem zamków średniowiecznych nie jestem, nie jarają mnie takie klimaty. Najczęściej ich wnętrza zieją pustką, a ja jestem jak sroka, lubię popatrzeć na błyszczące, ładne, a nawet przepiękne elementy. Jednak zamek w Rynie był zupełnie inny. Moje życie nie jest imponująco długie i nie jest kraszone dużą ilością doświadczeń, nie widziałam jeszcze wszystkiego i niestety nie zobaczę wszystkiego, dlatego też moje zdumienie zamkiem w Rynie może być dla niektórych niezrozumiałe. Jednak po raz pierwszy, właśnie tam zobaczył prawdziwą sale rycerską, z krwi i kości. Przykryta była czymś w rodzaju wielkiego baldachimu, co ogromnie mnie zdumiało. Jeśli jesteśmy w Rynie polecam odejść kilka kroków od zamku i zajrzeć do starego młyna, bo oprócz sklepu z ciekawymi pamiątkami, charakterystycznymi dla tego rejonu, można tam wybornie zjeść. Samo wnętrze jest już niesamowicie zachęcające, a kiedy zobaczyłam kartę dań, byłam w raju. Zjadłam tam jedną z najsmaczniejszych zup pomidorowych, a później zamówiliśmy Obiad Młynarza, kiedy zobaczyliśmy to danie opadły nam szczęki, ale szybko wróciły do normalnej pozycji, kiedy włożyliśmy do ust pierwszy kęs. Wychodząc z restauracji można było nas toczyć jak kuleczki, ale o wszystko zadbano - wiadomo, że po obfitym jedzeniu najlepszy jest ruch, więc aby wyjść z powrotem na miasto, należało wspiąć się pod górę.
Przedostatnim punktem na naszym mazurowym szlaku było Giżycko. Najpierw oczywiście trafiliśmy do portu i w okolice mostu obrotowego, który powinien być obowiązkowy obejrzany przez każdego. Konstrukcja wydaje się być solidna i przede wszystkim ogromnie ciężka, ale zdanie o niej można zmienić, kiedy starszy mężczyzna sprawia, że most się odsuwa i tym samym umożliwia przepłynięcie przez kanał pojazdom wodnym.
Szczęśliwie udało nam się trafić na święto Twierdzy Boyen. I była to dla mnie wspaniała gratka, bo odbywała się inscenizacja bitwy o twierdzę z 1914 roku. A nie wiem czy jest to powszechnie znane, ale mnie po prostu jarają takie imprezy. Dużo huku, podrażniający nos zapach dymu, sztuczna krew, krzyki rannych. Żywa lekcja historii, co prawda smutnej i przeraźliwej historii, ale wypada i takie rzeczy znać.
Obojętnie czy ktoś jest wilkiem morskim czy nie, podróż statkiem po największym jeziorze Polski - Śniardwym musi się odbyć. Moja podróż rozpoczęła się wspaniale, jeszcze nie ruszyliśmy, a już mnie tak zbujało, że byłam pewna, że dalszą część wycieczki spędzę w łazience. Całe szczęście po kilku minutach zieleń z mojej twarzy spłynęła, mój błędnik przyzwyczaił się do delikatnego bujania i mogłam rozsiąść się wygodnie na ławce i rozkoszować przepięknym widokiem. Prażące słońce, wiatr we włosach, zapach wody, to właśnie w takich chwilach człowiek przestaje dziwić się wszystkim żeglarzom, marynarzom, że tak ich ciągnie na wodę.
Mazury to raj dla wszystkich, którzy kochają przyrodę i lubią z nią obcować. To raj też i dla tych, którzy chcą uciec od codzienności, pędem za światem, tłokiem na ulicach, korkach. To raj też dla fotografów, niesamowita natura stwarza mnóstwo okazji do sfotografowania tego co najpiękniejsze. To raj nie tylko dla wilków morskich, to raj dla wszystkich, bo każdy tu może znaleźć coś dla siebie i molo i tłum, i wodę i ciszę, i przyrodę i spokój. Z czystym sercem polecam.
Pierwszym punktem naszej wycieczki było Mrągowo. Miasto kojarzyło mi się z szalonymi cowboyami wyrwanymi z Pikniku Country oraz z zapalony żeglarzami z fajkami w ustach, wiatrem we włosach i z lubieżnym uśmieszkiem. Znowu się zdziwiłam, to urocze miasteczko, przepięknie położone nad jeziorem. Mnóstwo tu oczywiście turystów, ale również wiele łabędzi, które wdzięczą się do aparatów.
Kolejnym punktem wycieczki był Wilczy Szaniec. Związku z moimi zainteresowaniami, które nie mają absolutnie związku z kierunkiem studiów, jedynie z zainteresowaniami historycznymi, obowiązkowym przystankiem było to miejsce. Trasa, którą przeszliśmy była niesamowita i usiana wieloma tajemnicami, które fascynowały i ekscytowały. Niemiecka precyzja została niezawodna, pomimo wysadzenia murów bunkrów, można oglądać jeszcze fragmenty. Jedne są w lepszym stanie, inne w gorszym. Interesujące wydają się być metalowe konstrukcje, stanowiące trzon bunkrów. Tony żelaza, stali, niektóre z nich przetrwały do dzisiejszych czasów, w nienaruszonym stanie, bez śladów rdzy. To w tym miejscu dokonany został jeden z nieudanym zamachów na Hitlera.
Jeśli kręcą kogoś podobne tematy - niewyjaśnione zagadki historyczne i miejsca, które skrywają w sobie sporo nieznanego, zachęcam do odwiedzenia Mamerki. Tam znajdziemy Kwatery Dowództwa Wojsk Lądowych. Pod względem architektonicznym są ciekawszym miejscem niż Wilczy Szaniec, ponieważ nie zostały one wysadzone, przez co można wejść do środka i posmakować trochę bunkrowego życia. Zachęcam do zabrania latarek, można je również wykupić przy wejściu. Poruszanie się z nimi znacznie ułatwi nam odkrywanie budynków. Z dachu jednego z bunkrów roztacza się natomiast przepiękny widok na Kanał Mazurski.
Jeszcze jedno miejsce skrywa tajemnice III Rzeszy - Leśniewo Górne. Znajdziemy tam zaporę, na której znajduję się jedyny kontur zachowany w Europie po orle nazistowskim. Budowla imponuje swoją wielkością. Jadąc na Mazury nie spodziewałam się, że znajduję tak wiele fascynujących miejsc, owianych przerażającą historią, które widziały tak okrutne czasy.
Przez kilkanaście lat w moich wyobrażeniach o Świętej Lipce pojawiał się kościół, na środku
którego rosła prawdziwa lipa, wielka, masywna, a żeby nie hamować jej rozwoju zrobiono dziurę w suficie, by mogła się w spokoju rozwijać. Moim wielkim rozczarowaniem, wyrwaniem z mojej głowy dziecięcych fantazji, wyobrażeń było pojechanie do tego miejsca. Byłam podekscytowana, zawsze chciałam zobaczyć to niesamowite połączenie natury z architekturą. I teraz wyobraźcie sobie, co dzieje się z dwudziestoletnią osobą, która staje przed kościołem, rozgląda się, a tam lipy nie ma. Czar tego miejsca opadł, umarł razem z moim dzieciństwem, został na amen pochowany. To bolało. Kiedy jednak tam pojedziecie, przekonać się, że lipa jest i owszem, ale na ścianie, metalowa, nieładna, to polecam jednak usiąść w jednej z ław i poczekać na koncert organowym. Jest to mistrzostwo nad mistrzostwami. Niesamowite wrażenie, ogromny talent zarówno osoby, która kilkaset lat temu skontrowała ten instrument, jak i osoby wygrywającej te piękne dźwięki.
Obcowanie z przyrodą jest fascynujące, tutaj na Mazurach takich wrażeń nie zabraknie, ale jeśli chcecie przeżyć coś bardziej egzotycznego polecam pojechać do Kadzidłowa. Jest to Park Dzikich Zwierząt, które z różnych powodów nie mogą żyć na wolności. Możemy popatrzeć tam prosto w oczy wilkom, rysiom, lisom. Kiedy moja mama była tam kilka miesięcy wcześniej można było pogłaskać małe liski. Dla miastuchów, takich jak ja takie atrakcje są niesamowicie atrakcyjne. Jestem osobą mało cierpliwą, więc stanie w jednym miejscu i czekanie na dziką zwierzynę, niestety nie wchodzi w grę w moim przypadku, dlatego też w takich parkach czuję się doskonale. Wielką frajdę, dla dzieci i dla dorosłych jest karmienie zwierząt czterokopytnych.
Zwolennikiem zamków średniowiecznych nie jestem, nie jarają mnie takie klimaty. Najczęściej ich wnętrza zieją pustką, a ja jestem jak sroka, lubię popatrzeć na błyszczące, ładne, a nawet przepiękne elementy. Jednak zamek w Rynie był zupełnie inny. Moje życie nie jest imponująco długie i nie jest kraszone dużą ilością doświadczeń, nie widziałam jeszcze wszystkiego i niestety nie zobaczę wszystkiego, dlatego też moje zdumienie zamkiem w Rynie może być dla niektórych niezrozumiałe. Jednak po raz pierwszy, właśnie tam zobaczył prawdziwą sale rycerską, z krwi i kości. Przykryta była czymś w rodzaju wielkiego baldachimu, co ogromnie mnie zdumiało. Jeśli jesteśmy w Rynie polecam odejść kilka kroków od zamku i zajrzeć do starego młyna, bo oprócz sklepu z ciekawymi pamiątkami, charakterystycznymi dla tego rejonu, można tam wybornie zjeść. Samo wnętrze jest już niesamowicie zachęcające, a kiedy zobaczyłam kartę dań, byłam w raju. Zjadłam tam jedną z najsmaczniejszych zup pomidorowych, a później zamówiliśmy Obiad Młynarza, kiedy zobaczyliśmy to danie opadły nam szczęki, ale szybko wróciły do normalnej pozycji, kiedy włożyliśmy do ust pierwszy kęs. Wychodząc z restauracji można było nas toczyć jak kuleczki, ale o wszystko zadbano - wiadomo, że po obfitym jedzeniu najlepszy jest ruch, więc aby wyjść z powrotem na miasto, należało wspiąć się pod górę.
Przedostatnim punktem na naszym mazurowym szlaku było Giżycko. Najpierw oczywiście trafiliśmy do portu i w okolice mostu obrotowego, który powinien być obowiązkowy obejrzany przez każdego. Konstrukcja wydaje się być solidna i przede wszystkim ogromnie ciężka, ale zdanie o niej można zmienić, kiedy starszy mężczyzna sprawia, że most się odsuwa i tym samym umożliwia przepłynięcie przez kanał pojazdom wodnym.
Szczęśliwie udało nam się trafić na święto Twierdzy Boyen. I była to dla mnie wspaniała gratka, bo odbywała się inscenizacja bitwy o twierdzę z 1914 roku. A nie wiem czy jest to powszechnie znane, ale mnie po prostu jarają takie imprezy. Dużo huku, podrażniający nos zapach dymu, sztuczna krew, krzyki rannych. Żywa lekcja historii, co prawda smutnej i przeraźliwej historii, ale wypada i takie rzeczy znać.
Obojętnie czy ktoś jest wilkiem morskim czy nie, podróż statkiem po największym jeziorze Polski - Śniardwym musi się odbyć. Moja podróż rozpoczęła się wspaniale, jeszcze nie ruszyliśmy, a już mnie tak zbujało, że byłam pewna, że dalszą część wycieczki spędzę w łazience. Całe szczęście po kilku minutach zieleń z mojej twarzy spłynęła, mój błędnik przyzwyczaił się do delikatnego bujania i mogłam rozsiąść się wygodnie na ławce i rozkoszować przepięknym widokiem. Prażące słońce, wiatr we włosach, zapach wody, to właśnie w takich chwilach człowiek przestaje dziwić się wszystkim żeglarzom, marynarzom, że tak ich ciągnie na wodę.
Mazury to raj dla wszystkich, którzy kochają przyrodę i lubią z nią obcować. To raj też i dla tych, którzy chcą uciec od codzienności, pędem za światem, tłokiem na ulicach, korkach. To raj też dla fotografów, niesamowita natura stwarza mnóstwo okazji do sfotografowania tego co najpiękniejsze. To raj nie tylko dla wilków morskich, to raj dla wszystkich, bo każdy tu może znaleźć coś dla siebie i molo i tłum, i wodę i ciszę, i przyrodę i spokój. Z czystym sercem polecam.
środa, 4 lutego 2015
Wojna widziana od trzeciej strony
Ile razy w swoim (powiedzmy szczerze jeszcze dość krótki) życiu usłyszałam owianą sławą frazę "nigdy więcej wojny"? Nie zliczoną ilość razy. A do ilu już doszło konfliktów? O wiele za dużo. Za każdym razem, kiedy widzę zdjęcia z wojen robi mi się cholernie smutno, ale jeszcze gorzej jest z moim samopoczuciem, ponieważ jestem w tej kwestii całkowicie bezradna, nie mogę pomóc tym setką nieszczęśliwych ludzi.
Korespondenci.pl nie należą do prostych pozycji. To nie jest książka, po którą sięgnęłoby się z zapałem o każdej porze dnia. To zbiór opowieści, historii, które przytłaczają i zbijają z tropu, o których wciąż się myśli i nie ma się od nich uwolnić. Wiele razy było mi ciężko, kiedy czytałam o losach ofiar, szczególnie na początku książki - pierwsze wspomnienia były naprawdę mocne. Musiałam sobie czasami zrobić przerwę i sięgnąć po coś optymistycznego, by nie popaść w apatię. Świat jest okrutny, jeszcze bardziej niż te opisy, są one ocenzurowana przez wspomniane, zatarte i trochę stłumione.
Książka stworzona jest przez dwóch autorów, co nadaje jej ciekawego charakteru. Nie jest jednakowa pod względem formy - znajdziemy tutaj wywiad w czystej postaci, reportaż, dziennik i pomniki postawione tym, którzy nie chcieli, bądź nie byli w stanie porozmawiać z Kowalską lub z Rogacinem. Język jest również różnorodny, co spowodowane jest narzuconymi formami.
Dotąd znałam wojny z książek historycznych, opowieści dziadków, teraz poznałam je z innej strony - ze strony korespondenta wojennego. Podziwiam tych ludzi za odwagę.
Korespondenci.pl nie należą do prostych pozycji. To nie jest książka, po którą sięgnęłoby się z zapałem o każdej porze dnia. To zbiór opowieści, historii, które przytłaczają i zbijają z tropu, o których wciąż się myśli i nie ma się od nich uwolnić. Wiele razy było mi ciężko, kiedy czytałam o losach ofiar, szczególnie na początku książki - pierwsze wspomnienia były naprawdę mocne. Musiałam sobie czasami zrobić przerwę i sięgnąć po coś optymistycznego, by nie popaść w apatię. Świat jest okrutny, jeszcze bardziej niż te opisy, są one ocenzurowana przez wspomniane, zatarte i trochę stłumione.
Książka stworzona jest przez dwóch autorów, co nadaje jej ciekawego charakteru. Nie jest jednakowa pod względem formy - znajdziemy tutaj wywiad w czystej postaci, reportaż, dziennik i pomniki postawione tym, którzy nie chcieli, bądź nie byli w stanie porozmawiać z Kowalską lub z Rogacinem. Język jest również różnorodny, co spowodowane jest narzuconymi formami.
Dotąd znałam wojny z książek historycznych, opowieści dziadków, teraz poznałam je z innej strony - ze strony korespondenta wojennego. Podziwiam tych ludzi za odwagę.
poniedziałek, 2 lutego 2015
Wielki kunszt noblisty
Intrygująca okładka, papier kartek niezwykle delikatny, za każdym razem bałam się go naruszyć. Podczas czytania do moich nozdrzy docierał przecudny zapach farby drukarskiej zmieszany z zapachem papieru. Za każdym razem, kiedy brałam książkę do swojej ręki, zanurzałam nos w niej i napawałam się przepięknym zapachem.
W porywie chwili i z mocno bijącym sercem ogłosiłabym Mario Vargas Llosa geniuszem. Książka niezwykle mnie wciągnęła, a siedząc na zajęciach odliczałam czas, kiedy będę mogła sięgnąć po nią ponownie i znowu przenieść się do gorącego Peru, gdzie żar leje się z nieba, a ludzie są wiecznie spoceni i spragnieni, gdzie emocje biorą górę, a w powietrzu unosi się woń bliskości ciał. Wcześniej nie miałam miałam w ręku powieści latynoskiego autora, więc pierwsze spotkanie było niezwykle intrygujące i fascynujące. Najpierw szokowały mnie opisy kobiet. Wychowana na grzecznych i ułożonych autorach europejskich, którzy opisując płeć żeńską skupiali się na jej oczach, wargach, włosach, przeżyłam zdziwienie, kiedy przeczytałam pierwszy opis Llosa - bohaterki najczęściej miały jędrne pośladki oraz wydatne piersi, a był to jedyny opis tych postaci.
Llosa to ostry mistrz słowa. Nie stroni od wulgaryzmów, ale nadają one całości opowieści smaku i pikantności, choć jestem przeciwniczką używania "brzydkich słów" na łamach książek, to jednak mam wrażenie, że bez nich opowieść ta nie byłaby tak intrygująca i siedząca w głowie.
Moje uznanie autor zdobył za niezwykłą umiejętność. Fascynujący jest zabieg łączenia teraźniejszości z przeszłością. Z niespotykaną dla mnie wcześniej umiejętnością w dialog wplata wspomnienie, ale nie robi tego w trywialny sposób, zaczynając retrospekcję słowami: "A tak było kiedyś" albo "I nagle przypomniał sobie co stało się dwa dni temu". W niezwykły dla siebie sposób łączy chwilę obecną z przeszłością. Jestem oczarowana tym zabiegiem. Niezwykłe.
Zdziwił mnie jeden fakt, musiałam przejrzeć dokładnie, w jakich czasach rozgrywa się cała ta historia. Mocno byłam zszokowana, kiedy przeczytałam o Justinie Bieberze, wielkich kinach, gdyż uderzyło to w moje przekonanie, że akcja rozgrywa się kilkadziesiąt lat temu. Zanim sięgnęłam po książkę Llosa myślałam, ze problem dyskryminacji ludności rdzennej został zażegnany, że społeczeństwo jest tolerancyjne, że się intrygowało, ale najwidoczniej nic się nie zmieniło, bo Metysi nadal byli traktowani jako gorsi, a ich przeciętna możliwość zatrudnienia osiągała szczyt w zawodzie sprzątaczki, bądź szofera.
"Dyskretny bohater" to powieść wiodąca czytelnika za nos, razem z bohaterami odkrywamy tajemnice i rozwiązujemy zagadki, których rozwiązanie nie jest trywialnej i będące już znane na samym początku. Książka zabrała mnie w podróż po Peru, do miejsca, do którego chciałabym pojechać i które chciałabym zobaczyć na własne oczy. Powieść to również "wędrówka" po mentalności Latynosów, która jest bardzo odmienna od naszej.
W porywie chwili i z mocno bijącym sercem ogłosiłabym Mario Vargas Llosa geniuszem. Książka niezwykle mnie wciągnęła, a siedząc na zajęciach odliczałam czas, kiedy będę mogła sięgnąć po nią ponownie i znowu przenieść się do gorącego Peru, gdzie żar leje się z nieba, a ludzie są wiecznie spoceni i spragnieni, gdzie emocje biorą górę, a w powietrzu unosi się woń bliskości ciał. Wcześniej nie miałam miałam w ręku powieści latynoskiego autora, więc pierwsze spotkanie było niezwykle intrygujące i fascynujące. Najpierw szokowały mnie opisy kobiet. Wychowana na grzecznych i ułożonych autorach europejskich, którzy opisując płeć żeńską skupiali się na jej oczach, wargach, włosach, przeżyłam zdziwienie, kiedy przeczytałam pierwszy opis Llosa - bohaterki najczęściej miały jędrne pośladki oraz wydatne piersi, a był to jedyny opis tych postaci.
Llosa to ostry mistrz słowa. Nie stroni od wulgaryzmów, ale nadają one całości opowieści smaku i pikantności, choć jestem przeciwniczką używania "brzydkich słów" na łamach książek, to jednak mam wrażenie, że bez nich opowieść ta nie byłaby tak intrygująca i siedząca w głowie.
Moje uznanie autor zdobył za niezwykłą umiejętność. Fascynujący jest zabieg łączenia teraźniejszości z przeszłością. Z niespotykaną dla mnie wcześniej umiejętnością w dialog wplata wspomnienie, ale nie robi tego w trywialny sposób, zaczynając retrospekcję słowami: "A tak było kiedyś" albo "I nagle przypomniał sobie co stało się dwa dni temu". W niezwykły dla siebie sposób łączy chwilę obecną z przeszłością. Jestem oczarowana tym zabiegiem. Niezwykłe.
Zdziwił mnie jeden fakt, musiałam przejrzeć dokładnie, w jakich czasach rozgrywa się cała ta historia. Mocno byłam zszokowana, kiedy przeczytałam o Justinie Bieberze, wielkich kinach, gdyż uderzyło to w moje przekonanie, że akcja rozgrywa się kilkadziesiąt lat temu. Zanim sięgnęłam po książkę Llosa myślałam, ze problem dyskryminacji ludności rdzennej został zażegnany, że społeczeństwo jest tolerancyjne, że się intrygowało, ale najwidoczniej nic się nie zmieniło, bo Metysi nadal byli traktowani jako gorsi, a ich przeciętna możliwość zatrudnienia osiągała szczyt w zawodzie sprzątaczki, bądź szofera.
"Dyskretny bohater" to powieść wiodąca czytelnika za nos, razem z bohaterami odkrywamy tajemnice i rozwiązujemy zagadki, których rozwiązanie nie jest trywialnej i będące już znane na samym początku. Książka zabrała mnie w podróż po Peru, do miejsca, do którego chciałabym pojechać i które chciałabym zobaczyć na własne oczy. Powieść to również "wędrówka" po mentalności Latynosów, która jest bardzo odmienna od naszej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)