Pożegnałam się z Teodorem Szackim, odłożyłam książkę, dotknęłam rozpalonych polików, a w mojej głowie pojawił się okrzyk entuzjazmu "majstersztyk!". Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z kryminałami, Ziarno prawdy było tym pierwszy. Tym samym jestem przekonana, że nie będzie to ostatnia książka z tego gatunku, która trafi w moje ręce.
W książce oczarowała mnie nie tylko niebanalna fabuła, która niezwykle wciągnęła, wodziła za nos i zaskakiwała czytelnika, ale oczarowało mnie również przygotowanie się autora do napisania powieści (choć raczej zamiast oczarowania, powinnam mówić o zaimponowaniu). Nie jeden raz spotyka się pozycje, które osadzone są w jakimś konkretnym miejscu na świecie, istnieje dokładne położenie, można je znaleźć na mapie, ale tylko na określeniu nazwy się kończy. W tym przypadku jest zupełnie inaczej. Wybór Sandomierza nie był przypadkowy. Z miastem związana jest mroczna legenda. Z mroczna legendą związane jest sprawa, którą bada prokurator Teodor Szacki.
Pan Zygmunt Miłoszewski starł na drobny mak wszelkie piękne słowa o tym, że Polacy to naród czysty i bez skazy. Doskonale rozprawił się z polskością, wypunktował wszystkie nasze przywary i zrobił to bardzo celnie. Niektórych cech nie zauważałam wcześniej, teraz jestem zaskoczona swoim zaślepienie. Ocena swojej narodowości jest trudna. Nie można dać ponieść się emocją, które często wyprowadzają nas w pole. Trzeba umieć się rozdwoić, stanąć obok siebie i chłodnym rozumem wszystko zaobserwować.
Wszelkie obowiązki, które miałam do wypełnienia w tym tygodniu robiłam pilnie i sumienie, ale w mojej głowie ciągle przewijała się myśl, żeby jak najszybciej wrócić do Teodora Szackiego, dać porwać się jego geniuszowi i śledzić jego niezwykły proces myślowy. Zakończenie mnie zaskoczyło, w najodleglejszych myślach nie wpadłabym na nie - to wielki plus dla autora, lubię jak mnie rozwiązania zaskakują.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz