Kiedy byłam w Londynie, fraza, którą najczęściej wymawiałyśmy był "miś Paddington". Pamiętałam go jeszcze z czasów, kiedy byłam małym smrodkiem, a w telewizji królowały bajki z nim. W mojej pamięci utkwił jako miś sierot, ciągle pakujący się w kłopoty przez co mocno mnie tym irytował. Ale w poprzednim tygodniu wybrałam się do kina na ekranizację tej opowieści. Teraz biję się w pierś, oddaję honor wszystkim, którym zaśmiałam się w twarz, kiedy oni zachwycali się tą postacią, bo mały, niesforny miś skradł mi serce.
Film "Paddington" był tak uroczy i przecudowny, że ciągle jestem pod jego wrażeniem i czekam na kolejną możliwość obejrzenia go. Była to niezwykle ciepła opowieść o miłości i rodzinie. Ponad to większość akcji rozgrywała się w Londynie przez co była to dla mnie sentymentalna podróż po mieście, które niedawno miałam okazję zwiedzać.
"Paddington" rozgrzewa serduszka i roztapia zaspy śniegowe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz