Swoją przygodę z twórczością Schmitta rozpoczęłam od Oskara i pani Róży. Książka tak bardzo mnie wzruszyła i poruszyła moje serce, że zdecydowałam się zapoznać z innym pozycjami tego autora. Nie pamiętam, co później trafiło w moje ręce. Pamiętam, co trafiło w moje serce. - Marzycielka z Ostendy. Nie potrafię rozstać się z nią na dłużej. Ten zbiór opowiadań tak bardzo trafił w mój gust, że właśnie go zdecydowałam się zabrać pewnego listopadowego dnia na spotkanie autorskie ze Schmittem, od tego czasu książka ta jest dla mnie relikwią, ozdobioną dedykacją.
Schmitt jest specyficznym autorem, to taki trochę moralista, który bierze nas za uszy, potrząsa nami i otwiera oczy na nasze postępowanie. Przynajmniej tak jest w moim przypadku. Już nie raz czytając Marzycielkę z Ostendy, pojawiały się w mojej głowie refleksje, że postępuje podobnie jak bohaterowie, których potępiam za postępowanie. Wtedy podnoszę się z kolan jak człowiek upadły i próbuję naprawić swoje błędy. Jednak jestem buntownikiem i wbrew wszystkim wchodzę do tej samej rzeki dwa razy, ba nawet więcej, więc kręci się błędne koło, bo znowu upadam, a później wstaję i tak odnowa. A Schmitt jak dobry wujek patrzy na mnie z kart swoich książek, uśmiecha się ironicznie i cierpliwie wyciąga mnie po raz kolejny za uszy.
Swoją drogą muszę mieć słabą pamięć, skoro dwa razy w roku sięgam po Marzycielkę z Ostendy i za każdym razem mnie zaskakuje, bo zapominam o pewnych fragmentach. Ewentualnie specjalnie zapominam, żeby spotkać się z Marzycielką, bo ją z całego serca kocham, to moja ulubiona postać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz