wtorek, 14 lipca 2015

Polacy na emigracji


Siadając w wielkim, białym namiocie wiedziałam tylko jedno - na scenie wystawiana będzie sztuka Mrożka. Jakże było niezwykłe moje zdziwienie, kiedy po nastaniu ciszy na widowni i zapaleniu sie świateł oświetlających scenografię na scenicznych deskach pojawili się aktorzy Teatru Polskiego w Warszawie. usiadłam wygodnie i wiedziałam, że to będzie dobry wieczór.


Miałam przyjemność obejrzenia Emigrantów w reżyserii Piotra Cyrwusa. Na scenie wystąpił Piotr Cyrwus jako przeciętny zjadacz chleba XX oraz Szymon Kuśmider grający intelektualistę AA. Początkowo cała sytuacja miała charakter humorystyczny. Przekomarzanki inteligenta z głupcem, jeśli okraszone są mądra ironią, zawsze są zabawne. Wraz z upływającymi minutami wzrastało napięcie na scenie. Bohaterowie zaczynali dotykać głębiej tematyki, która pomimo upływu ponad 50 lat od powstania tej sztuki, nie zdezaktualizowała się. Widzowie przestawali stopniowo śmiać się, później uśmiech znikał z ich twarzy, wyczuwało się powstający konflikt, który w każdej chwili mógł osiągnąć swoje apogeum, co spowodować mogło posypanie się iskier. Symbolicznym osiągnięciem szczytu była żarówka, która gasła wraz z nastaniem ciężkich emocji.

Sławomir Mrożek żyjąc na emigracji zdystansował się, potrafił dostrzec narodowe wady Polaków i doskonale je wypunktował. Na scenie mamy dwóch bohaterów, zupełnie różnych od siebie, ale to co ich łączy, to oprócz  wspólnego mieszkania, to również posiadanie typowo polskich przywar. Żaden z nich nie jest od nich wolny. Zresztą zastanawiam się, czy w postaci intelektualisty nie jest zakamuflowana autoironia. Pisarz na emigracji, piszący o człowieku zniewolonym, obserwujący drugiego emigranta, pachnie mi zamknięciem siebie w klatce fikcji.

Doskonała gra, mistrzowskie opracowanie tekstu oraz doskonała zabawa rzeczywistością zachęciła mnie do zapoznania się z tekstem w wersji papierowej. A cała sztuka zmusza do refleksji, że mimo upływu ponad 50 lat, niewiele się zmieniliśmy.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Kunszt reporterski

Pierwsze moje spotkanie z tym materiałem miało miejsce w okresie wielkanocnym, kiedy na łamach Trójki pojawiły się fragmenty rozmów z mieszkańcami Ziemi Świętej. Z miłym zaskoczeniem odkryłam je później w rzeczonej książce. Niektóre chwytały za serce i wyciskały łzy, inne bawiły. Zupełnie jak w życiu. Podobne emocje odczuwałam podczas czytania Ziemi Świętej.

Opisaną tematyką zaczęłam interesować się dosyć niedawno. Rozmowy z mieszkańcami, ich historie, opinie uzupełniły doskonale wiedzę teoretyczną, zdobytą przez mnie wcześniej za pomocą podręczników akademickich. Sytuacja panująca w tamtym regionie jest niezwykle zawiła oraz niejednoznaczna, dlatego tym bardziej doceniam kunszt reporterski pana Gutowskiego, który pozwolił zachować mu obiektywizm, co z pewnością było dosyć trudnym zadaniem.

Uważam, że książkę napisać umie każdy, jednak napisanie książki, która byłaby czytana oraz pozytywnie oceniana jest zadaniem już o wiele trudniejszym. Panu Gutowskiemu się to zdecydowanie udało. Umie wyczarować niezwykłe tło do opowiadanych historii. Wraz z współpracą wyobraźni udało mi się nie jeden raz pojawić się w tym samym miejscu, co bohaterowi i razem z nimi spacerować po miejscu zamachu, siedzieć w ich mieszkaniu lub oglądać wybudowany mur tuż przy ich domu. Niezwykła plastyczność, ale również i bardzo emocjonalne wypowiedzi spowodowały, że chociaż książkę przeczytałam jakiś czas temu, to opowieści, obrazy wciąż są w mojej głowie i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Fragment o składaniu ofiar  przez Samarytanin uważam za mistrzowski. Autor zbudował tak wielkie napięcie, że czytała go z wypiekami na twarzy.

Jako najcenniejszą naukę z tej lektury uważam zdanie, które wypowiedział jeden z mieszkańców, iż dawniej mieszkańcy tej ziemi, a zarazem wyznawcy innych religii potrafili ze sobą współistnieć zachowując w tym regionie pokój.



niedziela, 12 lipca 2015

Mroczna tajemnica dorosłości

Kiedy w telewizji pojawiał się prezenter pogody, w domu moich dziadków nastawała święta cisza. Ja, jako małe dziecko nie zawsze mogłam wysiedzieć w jednym miejscu i jeszcze dodatkowo nic nie mówić. Kiedy tylko zaczęłam prowadzić dyskusje, dziadek posyłał mi krótkie, karcące spojrzenie i uciszał. Starałam się wtedy zmobilizować wszystkie siły, aby się nie odezwać. Było to bardzo trudne, zawłaszcza, że przecież na ekranie telewizora leciał właśnie jeden z najnudniejszych programów.

Fenomen prognozy pogody zrozumiałam dopiero po wielu latach, a właściwie to teraz, kiedy odbywam praktyki, a moimi "współpracownikami" są ludzie, których dzielą ode mnie co najmniej dwie dekady. Każda rozmowa zaczyna się i kończy pogodą. Albo rozmawiamy o strasznych upałach albo o przeraźliwym chłodzie. Porównujemy serwisy i ich przewidywania. Odkrywamy nowe strony i oglądamy zapisy satelitarne obrazujące przemieszczanie się chmur i burz.
Praktyka ta oprócz mnóstwa teorii, którą ze są wynoszę każdego dnia, nauczyła mnie jednak o wiele bardziej praktyczniejszej rzeczy niż zapisy wynikające z ustaw i zapisy dotyczące przebiegów konkursów. Pokazał mi jedną, najistotniejsza prawdę, która będzie już na zawsze rzutować na moje przyszłe życie - prognoza pogody nie jest tylko po to, aby wiedzieć jak się ubrać, ale ma ona dużo ważniejsze zadanie, a mianowicie ma funkcję czysto społeczną, pozwalającą na utrzymanie kontaktu lub jego nawiązanie z drugim człowiekiem.

Czuję, że ta nauka oraz codzienne spoglądanie na prognozę pogody przed wyjściem z mieszkania, to przełomowy krok w moim życiu. To wstąpienie w dorosłość i definitywne zagrzebanie dzieciństwa. Otóż po kilkunastu latach życia przyszło mi w końcu odkryć tę najważniejszą i najmroczniejszą tajemnice świata dorosłych.

środa, 8 lipca 2015

Wałkowanie Ameryki

Lubię relacje pana Marka Wałkuskiego dla Radiowej Trójki. Lubię jego piątkowe rozmowy z panem Kubą Strzyczkowskim. Polubiłam Amerykę po kaWałku. Myślałam, że polubię też Wałkowanie Ameryki. Niestety zmierzenie się z tą książką zajęło mi sporo czasu.

Ameryka po kaWałku była opowieścią. Opowieścią, którą można było usłyszeć podczas wieczornego spotkania przy kominku i ciepłej herbacie. Snuta była wartko i ciekawie. Zawierała wiele ciekawostek, pomagała spojrzeć na Amerykę z innej strony, tej mnie utartej. Wałkowanie Ameryki ma inny charakter. To książką, którą nie da się przeczytać szybko. Zawiera zdecydowanie za dużo danych liczbowych, można się w nich pogubić. Po pewnym czasie umysł ma zdecydowanie dosyć i błaga o przerwę. Pierwsza książka pana Wałkuskiego ma charakter zdecydowanie informacyjny i jest na pewno gratką dla wszystkich, którzy kochają liczby i statystyki. Związku z tym, że ja z liczbami nie jestem zaprzyjaźniona z tą pozycją mierzyłam się dosyć długo.

Ameryka po kaWałku oprócz swojego wartkiego i opowieściowego charakteru, urzekła mnie też zdjęciami, które były ciekawe i piękne. Zabrało mi tego w Wałkowaniu Ameryki. Wydanie tej książki zdecydowanie mi się nie podoba.

Mam wrażenie, że gdybym najpierw nie sięgnęła po Amerykę po kaWałku, a w moje ręce trafiłaby najpierw pierwsza książka napisana przez pana Wałkuskiego, to raczej byłabym rozczarowana i po druga pozycję tego autora już bym nie sięgnęła.