Eric-Emmanuel Schmitt ma dar do pisania przepięknych i bardzo mądrych książek. Każda jego książka mnie zaczarowuje, pochłania i wciąga na długi czas. Nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła sięgnąć po moją najnowszą zdobycz Tajemnica pani Ming.
Główny bohater wybiera się w delegację do Chin. Poznaje tam panią Ming, królową szaletu. Pani Ming pracuje w toalecie w Grand Hotelu, ale nie w byle jakiej toalecie, a męskiej, to o wiele prestiżowe niż praca w toalecie damskiej. Główny bohater ma niezwykły sposób na negocjacje, a w tym samym często odwiedza toaletę. Częste schadzki do tego miejsca oraz chęć poprawy języka mandaryńskiego doprowadzają do rozpoczęcia znajomości z panią Ming. Kobieta jest już staruszką. Jest samotną osobą, dlatego chętnie wykorzystuje okazje do rozmowy. Tym samym opowiada głównemu bohaterowi o swojej dziesiątce dzieci.
Tajemnica pani Ming to ciepła opowieść o miłości, a dokładnie o miłości córki do matki. Dodatkowo Schmitt jak ma to zwyczaju w każdej swojej książce wodzi czytelnika za nos. Kiedy ma się wrażenie, ze odkryło się tajemnicę, rozwiązało zagadkę, okazuje się, że nasze myślenie było błędne. I to właśnie uwielbiam w jego książkach. Nigdy nie wiadomo jak się skończą, przez co zakończenie zaskakuje. Jego książki można czytać wiele razy, nigdy się nie nudzą i za każdym razem odkrywa się coś nowego.
wtorek, 15 lipca 2014
poniedziałek, 14 lipca 2014
Dolce vita tłumacza
Uwielbiam słuchać mądrych ludzi, tym samym uwielbiam czytać co mają do opowiedzenia. Jednak nie lubię czytać o polityce, to za bardzo kontrowersyjny temat wywołujący wiele napadów wściekłości i psujący krew. Wolę posłuchać lub poczytać o czymś neutralnym. Takim mądrym autorem jest Asen Marczewski, bułgarski tłumacz pracujący w bułgarskiej ambasadzie w Rzymie.
Książkę kupiłam z kilku względów. Marzy mi się podróż do Rzymu, więc na razie odbywam podróże na papierze, wyszukując ciekawostek o tym mieście. Byłam również ciekawa jak wygląda praca tłumacza w ambasadzie. Wszystkie moje zachcianki zostały spełnione i to z takim nadmiarem wiedzy jakiego się nie spodziewałam. Panem Marczewskim jestem wielce oczarowana.
Autor ma bardzo cięty język i wielkie poczucie humoru. Potrafi rozbawić, szczególnie opisując przywary narodowe zarówno Włochów, jak i Bułgarów. Dla zrobienia smaczku pozwolę sobie przytoczyć krótki fragment: Włosi wykazują niezwykły spryt w obchodzeniu prawa. Pewien znajomy neapolitańczyk opowiedział mi historię swojego krewniaka, właściciela fabryki eleganckich i bardzo poszukiwanych w Stanach Zjednoczonych skórzanych rękawiczek. Bieda w tym, ze rękawiczki te obłożone są tam dość wysokim cłem. Otóż jegomość ten wpadł na pomysł wysłania w charakterze "próbki towaru" skrzyni, w której było 50 000 prawych rękawiczek. Jednocześnie innym samolotem i do innego stanu powędrowała kolejna "próba" - 50 000 rękawiczek lewych. Obie skrzynie zostały przetransportowane do nowojorskiego sklepu Bella Napoli, gdzie nastąpiło skompletowanie par i sprzedaż. I po co tu płacić cło! Co najcenniejsze książka nie jest złożonym sobie spiżowym pomnikiem, pełnym ochów i achów na swój temat. Wręcz przeciwnie - odebrałam pana Marczewskiego jako wielce zasłużonego, mądrego człowieka, a tym samym niezwykle skromnego.
Nie śledziłam procesu zamachu na Papieża, byłam jeszcze wtedy smarkiem, z pewnością nie wiedziałam też, że takie wydarzenie miało miejsce. Nie znałam do tej pory kulisów procesu, miałam tylko ogólne informacje - do czasu przeczytania tej książki. Pan Marczewski był tłumaczem biorącym udział w każdym przesłuchaniu, tłumaczeniu dokumentów, był cały czas na miejscu. O całym wydarzeniu opowiada ze swojej perspektywy, która nie była prosta, w końcu to jego znajomych i rodaków aresztowano i osądzono. W swojej książce skupia się przede wszystkim na pokazaniu jak doszło do stworzenia "śladu bułgarskiego" oraz na podstawie swoich obserwacji, dokumentów przeczytanych w trakcie tych procesów pokazuje pokazuje swoją opinię na temat tego zamachu. Choć wydarzenie tragiczne, to z drugiej strony kulisy są niezwykle intrygujące.
Nie jest to typowe czytadło na wakacje. Książka jest trudna, a to ze względu na to, że posiada w sobie masę informacji z różnych dziedzin. Autor nas po prostu bombarduje historią i czasami mózg ma dosyć, ale kiedy przetworzy tę dawkę domaga się więcej. Rzymski ślad to zdemaskowanie dolce vity ambasadzkiego tłumacza. Pozycja zarówno dla przyszłych tłumaczy, dyplomatów oraz dla każdego zainteresowanego historią.
Książkę kupiłam z kilku względów. Marzy mi się podróż do Rzymu, więc na razie odbywam podróże na papierze, wyszukując ciekawostek o tym mieście. Byłam również ciekawa jak wygląda praca tłumacza w ambasadzie. Wszystkie moje zachcianki zostały spełnione i to z takim nadmiarem wiedzy jakiego się nie spodziewałam. Panem Marczewskim jestem wielce oczarowana.
Autor ma bardzo cięty język i wielkie poczucie humoru. Potrafi rozbawić, szczególnie opisując przywary narodowe zarówno Włochów, jak i Bułgarów. Dla zrobienia smaczku pozwolę sobie przytoczyć krótki fragment: Włosi wykazują niezwykły spryt w obchodzeniu prawa. Pewien znajomy neapolitańczyk opowiedział mi historię swojego krewniaka, właściciela fabryki eleganckich i bardzo poszukiwanych w Stanach Zjednoczonych skórzanych rękawiczek. Bieda w tym, ze rękawiczki te obłożone są tam dość wysokim cłem. Otóż jegomość ten wpadł na pomysł wysłania w charakterze "próbki towaru" skrzyni, w której było 50 000 prawych rękawiczek. Jednocześnie innym samolotem i do innego stanu powędrowała kolejna "próba" - 50 000 rękawiczek lewych. Obie skrzynie zostały przetransportowane do nowojorskiego sklepu Bella Napoli, gdzie nastąpiło skompletowanie par i sprzedaż. I po co tu płacić cło! Co najcenniejsze książka nie jest złożonym sobie spiżowym pomnikiem, pełnym ochów i achów na swój temat. Wręcz przeciwnie - odebrałam pana Marczewskiego jako wielce zasłużonego, mądrego człowieka, a tym samym niezwykle skromnego.
Nie śledziłam procesu zamachu na Papieża, byłam jeszcze wtedy smarkiem, z pewnością nie wiedziałam też, że takie wydarzenie miało miejsce. Nie znałam do tej pory kulisów procesu, miałam tylko ogólne informacje - do czasu przeczytania tej książki. Pan Marczewski był tłumaczem biorącym udział w każdym przesłuchaniu, tłumaczeniu dokumentów, był cały czas na miejscu. O całym wydarzeniu opowiada ze swojej perspektywy, która nie była prosta, w końcu to jego znajomych i rodaków aresztowano i osądzono. W swojej książce skupia się przede wszystkim na pokazaniu jak doszło do stworzenia "śladu bułgarskiego" oraz na podstawie swoich obserwacji, dokumentów przeczytanych w trakcie tych procesów pokazuje pokazuje swoją opinię na temat tego zamachu. Choć wydarzenie tragiczne, to z drugiej strony kulisy są niezwykle intrygujące.
Nie jest to typowe czytadło na wakacje. Książka jest trudna, a to ze względu na to, że posiada w sobie masę informacji z różnych dziedzin. Autor nas po prostu bombarduje historią i czasami mózg ma dosyć, ale kiedy przetworzy tę dawkę domaga się więcej. Rzymski ślad to zdemaskowanie dolce vity ambasadzkiego tłumacza. Pozycja zarówno dla przyszłych tłumaczy, dyplomatów oraz dla każdego zainteresowanego historią.
niedziela, 13 lipca 2014
Tradycyjna Polska
Wakacje. Polacy masowo siadają za kółkiem i jadą w dalszą lub w bliższą drogę, każdy ma swój cel. Każdy chciałby być jak najszybciej na miejscu. Chociaż jak się okazuje nasze wybory, które z góry wydawałby się logiczniejsze, takie nie są.
Trafił nam się szybki wyjazd nad morze. Jednodniowy, sytuacja awaryjna. Do przejechania mieliśmy sporą odległość, zależało nam na czasie. Pogoda była brzydka. Po całym tygodniu pięknej pogody, gdzie słońca nie brakowało, które rozpieszczało turystów, nadeszło załamanie pogody. Wiał wiatr, temperatura dramatycznie spadła. Wszystkim znudziło się opalanie, a raczej znudził się brak możliwości opalania i postanowili wrócić do domu. W ten sposób nasze drogi się przecięły. Intuicyjnie wybraliśmy autostradę. Byliśmy pewni, że w taki sposób nadrobimy drogę, omijając mniejsze drogi z ograniczeniami prędkości i co najgorsze z radarami. Okazało się, że na taki sam genialny pomysł jak my wpadła połowa Polaków wypoczywającą nad polskim morza i planująca akurat w sobotę wrócić do domu. Trzydziestominutowa przejażdżka po autostradzie musiała zostać odpokutowana co najmniej pięciokilometrową kolejką do bramek. Nasze nadrobienie czasu okazało się mrzonka, ponieważ w pięknym wężyku czekaliśmy około godziny. Na bramkach była kartka, na której przepraszali za utrudnienia, powinni raczej dziękować na kolanach za to, że zasponsorowaliśmy te czarne interesy.
Zastanawiam się, czy my Polacy jesteśmy tacy tradycyjni czy może zaściankowi, a może po prostu głupi i nie umiemy korzystać z rozwiązać zachodnich. Jak to jest, że głupie rzeczy rozprzestrzeniają się u nas z szalejącym tempem, natomiast dobre rozwiązania, jak chociażby winiety są niedoprzyjęcia. Rozumiem, że zastosowując winiety kilkanaście osób straciłoby pracę, ale my stracilibyśmy kolejki na autostradach, których sieć swoją drogą jest Polsce rozległa, i tym samym pozwoliłby naprawdę na nadrobienie czasu.
Trafił nam się szybki wyjazd nad morze. Jednodniowy, sytuacja awaryjna. Do przejechania mieliśmy sporą odległość, zależało nam na czasie. Pogoda była brzydka. Po całym tygodniu pięknej pogody, gdzie słońca nie brakowało, które rozpieszczało turystów, nadeszło załamanie pogody. Wiał wiatr, temperatura dramatycznie spadła. Wszystkim znudziło się opalanie, a raczej znudził się brak możliwości opalania i postanowili wrócić do domu. W ten sposób nasze drogi się przecięły. Intuicyjnie wybraliśmy autostradę. Byliśmy pewni, że w taki sposób nadrobimy drogę, omijając mniejsze drogi z ograniczeniami prędkości i co najgorsze z radarami. Okazało się, że na taki sam genialny pomysł jak my wpadła połowa Polaków wypoczywającą nad polskim morza i planująca akurat w sobotę wrócić do domu. Trzydziestominutowa przejażdżka po autostradzie musiała zostać odpokutowana co najmniej pięciokilometrową kolejką do bramek. Nasze nadrobienie czasu okazało się mrzonka, ponieważ w pięknym wężyku czekaliśmy około godziny. Na bramkach była kartka, na której przepraszali za utrudnienia, powinni raczej dziękować na kolanach za to, że zasponsorowaliśmy te czarne interesy.
Zastanawiam się, czy my Polacy jesteśmy tacy tradycyjni czy może zaściankowi, a może po prostu głupi i nie umiemy korzystać z rozwiązać zachodnich. Jak to jest, że głupie rzeczy rozprzestrzeniają się u nas z szalejącym tempem, natomiast dobre rozwiązania, jak chociażby winiety są niedoprzyjęcia. Rozumiem, że zastosowując winiety kilkanaście osób straciłoby pracę, ale my stracilibyśmy kolejki na autostradach, których sieć swoją drogą jest Polsce rozległa, i tym samym pozwoliłby naprawdę na nadrobienie czasu.
sobota, 12 lipca 2014
Brunetka w miejskiej dżungli - odcinek 2.
Każdy tydzień przynosi ze sobą niebezpieczeństwa, z którymi trzeba się zmierzyć i wyjść z nich cało. Nie trzeba jechać do dżungli, by przeżyć mrożące krew w żyłach przygody, wystarczy wstać ze swojego wygodnego łóżka, a już może być niebezpiecznie.
Mordercza czerń
Moja mama jest nauczycielką, ma dwa miesiące wakacji. Mieszkamy w małym mieście. Mamy duży dom. Moja mama miała ambitny plan. Do realizacji planu zmobilizowana zostałam i ja. Bałam się gniewu rodzicielki, posłusznie się zgadzam. Wybór padł na garaż, teraz jego kolej, żeby zostać wypucowanym. Moim zadaniem było umycie podłogi. Zadanie na pozór łatwe - wystarczy wziąć szmatkę, wodę zmieszać z płynem, użyć własnych mięśni i dać się ponieść. Na początku szło wszystko gładko, moja współpraca ze szmatą, wodą i płynem szła pomyślnie. Do czasu, gdy do akcji wkroczył czarny, obrzydliwy smar. Lekkie pociągnięcie szmatką nie pomogło, mocniejsze też nie, mocniejsze i intensywniejsze też nie podziałało. Byłam bliska poddania się, chciałam dać czarnej substancji za wygraną. Przestałam wierzyć w swoje siły. Wtedy pojawiła się mama. Przyniosła ze sobą specyfik bezlitosny dla smaru. Wygrana jednak była po mojej stronie.
Zabójcze słońce
Pogoda i ja nie przepadamy za sobą. Albo jest mi za zimo albo za gorąco. Nie potrafimy się wyczuć i dopasować do swoich potrzeb. Trudne jest nasze współżycie. Kiedy temperatura przekracza magiczne 25 stopni jest mi przyjemnie ciepło, ale kiedy wzrośnie o kilka stopni, o jeden albo dwa umieram z gorąca. Nie jest inaczej w to lato. Wiecznie poszukuję cienia, jestem w stanie zrobić dla niego niemal wszystko. Stojąc na przejściu dla pieszych i czekając na zielone światło, nie staję przy krawędzi, staję dalej, nawet dużo dalej, ale najważniejsze, że w cieniu i co z tego że później biegnę jak głupek, żeby zdążyć przejść na drugą stronę, najważniejsze, że przez te pięć sekund stałam w cieniu, a nie w słońcu. Słońce jest też dla mnie bezlitosne, jeśli chodzi o opalanie. Wmawiam sobie, że opalenizna jest niemodna, chociaż w głębi marzę o pięknej brązowej i naturalnej opaleniźnie, a nie o spaleniźnie, co najczęściej ma miejsce. Moja miłość jest trudna. Kocham słońce, nie wyobrażam sobie życia bez niego, ale z nim jest odwrotnie, czuję że jest mi niewierne i robi wszystko na przekór, aby przypadkiem w moim życiu nie było za prosto. I tak całe lata próbujemy się przechytrzyć, raz wygrywa ono, raz wygrywam ja.
Krwiopijny NFZ
Z nudów wybrałam się do lekarza, normalnego, rodzinnego. Rano dostałam numer, więc przyszłam grzecznie na umówioną godzinę, żyjąc w mrzonkach, że nie będę musiała czekać. Nie wzięłam książki, mój telefon odmówił posłuszeństwa i nie miałam dostępu do żadnych gier. A żeby odechciało mi się przyjść tutaj kolejny raz, a tym bardziej naprawdę chorować, spędziłam na poczekalni dwie godziny. Definitywnie trzeba być zdrowym, żeby pozwolić sobie na pójście do państwowego lekarza. Doszłam do takiego wniosku po czekaniu w kolejce na badanie krwi. Przyszłam do ośrodka zdrowia o ósmej, czyli wtedy kiedy jest otwarcie. Wspinam się po schodach, a w wyznaczonym miejscu czeka już dwadzieścia osób. Jak to możliwe? Bardzo proste. Po co spać, po co spędzić czas w domu, skoro od godziny szóstej można stać pod bramą i czekać na swoją kolej? Mam wrażenie, że mimo dwudziestu lat wolności, Polacy nie wyleczyli się od stania w kolejkach. Nie wiem, czy to sprawia nam jakąś przyjemność? A może to jesteśmy sadomasochistami i lubimy sprawiać sobie ból?
Zaschnięty pająk
Co kochają kobiety? Zakupy! Co robią kobiety, żeby się nie nudzić w wakacje? Jadą na zakupy! W naszym przypadku było nieinaczej. Wsiadłyśmy w samochód i czas na podbój świata. Moje za bliskie spotkanie z pająkiem stało się na parkingu. Przy lusterku pasażera siedział sobie jak gdyby nic pająk. Wyglądał mizernie. Był biały, przypominał zaschniętego, tym bardziej że gdy poruszały się drzwi, on nie reagował. Napełniło mnie to odwagą. Wzięłam kartkę, zaczęłam go spychać. A on w tym momencie nagle poruszył się. Zaczęłam się obawiać, ale dopingowana przez mamę, nie chciałam się ugiąć, chciałam pokazać swoją nową twarz, odważną. Tylko nie przewidziałam jednego - nagle zadął wiatr i mojego pseudoprzyjaciela zepchnięto mi na buta. Narobiłam krzyku, zaczęłam wymachiwać nogami, ogarnęła mnie totalna panika, przecież zostałam zaatakowana jakby nie patrzeć przez pająka! Jestem pewna, że swoją akcją sprawiłam niejednemu przechodniowi radość.
Przebiegła błękitna otchłań
Pojechaliśmy nad morze, na chwilę, kryzysowa sytuacja. Ale mimo braku czasu wypadało pójść na plażę. Było zimno, wiało niemiłosiernie. Zapięłam się pod samą szyję, założyłam kaptur i zapragnęłam sprawdzić temperaturę morza. Morsem nie jestem, odwagę też nie grzeszę, dlatego nie zdjęłam butów, twardo stąpałam w trampkach. Grałam z morzem w grę. Kiedy oddalało się, podbiegałam chcąc złapać falę. Musiałam się wykazać sprytem i refleksem, bo morze nie dawało za wygraną, postawiło sobie za cel zamoczyć mi buty. Jednak w końcu obydwoje z tego pojedynku wyszliśmy wygrani - ono zamoczyło mi trochę buty, mi natomiast udało się wymierzyć temperaturę i nie zazdroszczę sobie, było dość zimne.
Mordercza czerń
Moja mama jest nauczycielką, ma dwa miesiące wakacji. Mieszkamy w małym mieście. Mamy duży dom. Moja mama miała ambitny plan. Do realizacji planu zmobilizowana zostałam i ja. Bałam się gniewu rodzicielki, posłusznie się zgadzam. Wybór padł na garaż, teraz jego kolej, żeby zostać wypucowanym. Moim zadaniem było umycie podłogi. Zadanie na pozór łatwe - wystarczy wziąć szmatkę, wodę zmieszać z płynem, użyć własnych mięśni i dać się ponieść. Na początku szło wszystko gładko, moja współpraca ze szmatą, wodą i płynem szła pomyślnie. Do czasu, gdy do akcji wkroczył czarny, obrzydliwy smar. Lekkie pociągnięcie szmatką nie pomogło, mocniejsze też nie, mocniejsze i intensywniejsze też nie podziałało. Byłam bliska poddania się, chciałam dać czarnej substancji za wygraną. Przestałam wierzyć w swoje siły. Wtedy pojawiła się mama. Przyniosła ze sobą specyfik bezlitosny dla smaru. Wygrana jednak była po mojej stronie.
Zabójcze słońce
Pogoda i ja nie przepadamy za sobą. Albo jest mi za zimo albo za gorąco. Nie potrafimy się wyczuć i dopasować do swoich potrzeb. Trudne jest nasze współżycie. Kiedy temperatura przekracza magiczne 25 stopni jest mi przyjemnie ciepło, ale kiedy wzrośnie o kilka stopni, o jeden albo dwa umieram z gorąca. Nie jest inaczej w to lato. Wiecznie poszukuję cienia, jestem w stanie zrobić dla niego niemal wszystko. Stojąc na przejściu dla pieszych i czekając na zielone światło, nie staję przy krawędzi, staję dalej, nawet dużo dalej, ale najważniejsze, że w cieniu i co z tego że później biegnę jak głupek, żeby zdążyć przejść na drugą stronę, najważniejsze, że przez te pięć sekund stałam w cieniu, a nie w słońcu. Słońce jest też dla mnie bezlitosne, jeśli chodzi o opalanie. Wmawiam sobie, że opalenizna jest niemodna, chociaż w głębi marzę o pięknej brązowej i naturalnej opaleniźnie, a nie o spaleniźnie, co najczęściej ma miejsce. Moja miłość jest trudna. Kocham słońce, nie wyobrażam sobie życia bez niego, ale z nim jest odwrotnie, czuję że jest mi niewierne i robi wszystko na przekór, aby przypadkiem w moim życiu nie było za prosto. I tak całe lata próbujemy się przechytrzyć, raz wygrywa ono, raz wygrywam ja.
Krwiopijny NFZ
Z nudów wybrałam się do lekarza, normalnego, rodzinnego. Rano dostałam numer, więc przyszłam grzecznie na umówioną godzinę, żyjąc w mrzonkach, że nie będę musiała czekać. Nie wzięłam książki, mój telefon odmówił posłuszeństwa i nie miałam dostępu do żadnych gier. A żeby odechciało mi się przyjść tutaj kolejny raz, a tym bardziej naprawdę chorować, spędziłam na poczekalni dwie godziny. Definitywnie trzeba być zdrowym, żeby pozwolić sobie na pójście do państwowego lekarza. Doszłam do takiego wniosku po czekaniu w kolejce na badanie krwi. Przyszłam do ośrodka zdrowia o ósmej, czyli wtedy kiedy jest otwarcie. Wspinam się po schodach, a w wyznaczonym miejscu czeka już dwadzieścia osób. Jak to możliwe? Bardzo proste. Po co spać, po co spędzić czas w domu, skoro od godziny szóstej można stać pod bramą i czekać na swoją kolej? Mam wrażenie, że mimo dwudziestu lat wolności, Polacy nie wyleczyli się od stania w kolejkach. Nie wiem, czy to sprawia nam jakąś przyjemność? A może to jesteśmy sadomasochistami i lubimy sprawiać sobie ból?
Zaschnięty pająk
Co kochają kobiety? Zakupy! Co robią kobiety, żeby się nie nudzić w wakacje? Jadą na zakupy! W naszym przypadku było nieinaczej. Wsiadłyśmy w samochód i czas na podbój świata. Moje za bliskie spotkanie z pająkiem stało się na parkingu. Przy lusterku pasażera siedział sobie jak gdyby nic pająk. Wyglądał mizernie. Był biały, przypominał zaschniętego, tym bardziej że gdy poruszały się drzwi, on nie reagował. Napełniło mnie to odwagą. Wzięłam kartkę, zaczęłam go spychać. A on w tym momencie nagle poruszył się. Zaczęłam się obawiać, ale dopingowana przez mamę, nie chciałam się ugiąć, chciałam pokazać swoją nową twarz, odważną. Tylko nie przewidziałam jednego - nagle zadął wiatr i mojego pseudoprzyjaciela zepchnięto mi na buta. Narobiłam krzyku, zaczęłam wymachiwać nogami, ogarnęła mnie totalna panika, przecież zostałam zaatakowana jakby nie patrzeć przez pająka! Jestem pewna, że swoją akcją sprawiłam niejednemu przechodniowi radość.
Przebiegła błękitna otchłań
Pojechaliśmy nad morze, na chwilę, kryzysowa sytuacja. Ale mimo braku czasu wypadało pójść na plażę. Było zimno, wiało niemiłosiernie. Zapięłam się pod samą szyję, założyłam kaptur i zapragnęłam sprawdzić temperaturę morza. Morsem nie jestem, odwagę też nie grzeszę, dlatego nie zdjęłam butów, twardo stąpałam w trampkach. Grałam z morzem w grę. Kiedy oddalało się, podbiegałam chcąc złapać falę. Musiałam się wykazać sprytem i refleksem, bo morze nie dawało za wygraną, postawiło sobie za cel zamoczyć mi buty. Jednak w końcu obydwoje z tego pojedynku wyszliśmy wygrani - ono zamoczyło mi trochę buty, mi natomiast udało się wymierzyć temperaturę i nie zazdroszczę sobie, było dość zimne.
wtorek, 8 lipca 2014
Szczęście w cichą noc - książka na lipcowy upał
Przed sobą miałam trzygodzinną podróż do Warszawy i z powrotem. Niewiele się zastanawiając sięgnęłam po pierwszą lepszą książkę, która zmieściła mi się do torebki - to było jedyne kryterium tego wyboru. Nie pomyliłam się, miło spędziłam podróż.
Za oknem żar, słońce postawiło nam dogodzić i mocno dogrzać. A ja usiadłam sobie wygodnie w autobusie, klimatyzacja rozkosznie działała, tym samym rozpieszczając pasażerów, wyjęłam książkę z torby i zaczęłam czytać. Przeniosłam się w sam środek grudnia, za oknami bohaterki padał śnieg, który skwierczał pod stopami, wiał wiatr i był mróz. Trwało przygotowanie do Wigilii, rodzinnie, ciepło. Nie wiem czy moje uczucie błogiego chłodu spowodowanie było chłodem z klimatyzacji czy może podziałał czynnik psychologiczny i poczułam chłodek związku z właśnie czytaną książką. Poczułam się błogo, bardzo błogo. Przez moment chciałam, aby był już grudzień, aby zapanowała świąteczna atmosfera pełna przygotować przez zbliżającą się biesiadą. Później jednak uświadomiłam sobie, że przecież nie po to czekałam przez kilka miesięcy na słońce, żeby marzyć znowu o śniegu.
To książka o tradycji, miłości, rodzinie. Ciepła, ale typowo babska - nie ma krwi, płatnego zabójcy miotającego karabinem, za to jest kobieta w ciąży, która ma kochającego męża oraz jest otoczona gronem najbliższych, którzy obdarzają ją nieograniczoną miłością. Istna sielanka, o której marzy niejedna kobieta. Autorka otwiera oczy na to co w naszym życiu tak naprawdę jest najważniejsze, otwiera nam oczy na rodzinę, o czym często w tym szalonym i zapędzonym świecie zapominamy.
Książkę możemy potraktować jako poradnik jak przygotować idealne święta. Wszystko jest krok po kroku opisane łącznie z przepisami na wigilijne potrawy z dobrymi radami, nic tylko sięgnąć po nią ponownie w grudniu i przestudiować.
Za oknem żar, słońce postawiło nam dogodzić i mocno dogrzać. A ja usiadłam sobie wygodnie w autobusie, klimatyzacja rozkosznie działała, tym samym rozpieszczając pasażerów, wyjęłam książkę z torby i zaczęłam czytać. Przeniosłam się w sam środek grudnia, za oknami bohaterki padał śnieg, który skwierczał pod stopami, wiał wiatr i był mróz. Trwało przygotowanie do Wigilii, rodzinnie, ciepło. Nie wiem czy moje uczucie błogiego chłodu spowodowanie było chłodem z klimatyzacji czy może podziałał czynnik psychologiczny i poczułam chłodek związku z właśnie czytaną książką. Poczułam się błogo, bardzo błogo. Przez moment chciałam, aby był już grudzień, aby zapanowała świąteczna atmosfera pełna przygotować przez zbliżającą się biesiadą. Później jednak uświadomiłam sobie, że przecież nie po to czekałam przez kilka miesięcy na słońce, żeby marzyć znowu o śniegu.
To książka o tradycji, miłości, rodzinie. Ciepła, ale typowo babska - nie ma krwi, płatnego zabójcy miotającego karabinem, za to jest kobieta w ciąży, która ma kochającego męża oraz jest otoczona gronem najbliższych, którzy obdarzają ją nieograniczoną miłością. Istna sielanka, o której marzy niejedna kobieta. Autorka otwiera oczy na to co w naszym życiu tak naprawdę jest najważniejsze, otwiera nam oczy na rodzinę, o czym często w tym szalonym i zapędzonym świecie zapominamy.
Książkę możemy potraktować jako poradnik jak przygotować idealne święta. Wszystko jest krok po kroku opisane łącznie z przepisami na wigilijne potrawy z dobrymi radami, nic tylko sięgnąć po nią ponownie w grudniu i przestudiować.
poniedziałek, 7 lipca 2014
Ścieżki do domu Karoliny Sarny
Książki nie wybierałam sama, zobaczyłam konkurs na facebooku, wzięłam udział i wygrałam. Kiedy przeczytałam informację na końcu, trochę się przestraszyłam. Byłam przekonana, że autorką jest nawiedzona buddystka, próbująca z całej siły przekonać czytelnika do przejścia na tę religię. Nie lubię fanatycznych książek, fanatycy (szczególnie religijny) przerażają mnie i próbuje ich omijać szerokim łukiem.
Autorka napisała cztery opowiadania, które tworzą spójną całość, choć na pierwszy rzut oka tego nie widać. Bohaterami są różne osoby, z różnych zakątków świata. Z naszymi postaciami przeniesiemy się do Tybetu, Indii, Francji, odwiedzimy Kanadę oraz przemierzymy polany Karkonoszy i Mazur. Opisy przyrody pobudzają wyobraźnie i ma się ochotę rzucić wszystko, wziąć plecak, spakować kilka niezbędnych rzeczy i ruszyć przed siebie. Niejednokrotnie podczas czytania książki marzyłam, aby wybrać się w Karkonosze i nasycić oczy widokiem gór.
Bohaterami są różnorodne osoby. Zarówno młodzi ludzie oraz kobiety i mężczyźni w średnim wieku, którzy mają wszystko - pieniądze, karierę, rodzinę i dom. Jednak wszystkie te osoby łączy jedna rzecz. Wszyscy poszukują siebie, poszukują drogi do szczęścia.
Autorka przekazuje nam odrobinę buddyjskich prawd. Pokazuje jak znaleźć szczęście. W trakcie czytania, jak i po przeczytaniu mam ochotę odszukać kogoś, kto będzie mi w stanie przekazać tę całą cenną wiedzę i kogoś, kto pokaże mi sposób na zaznanie spokoju w tym dzisiejszym, szalonym świecie, gdzie nie ma czasu na przerwę i odpoczynek, w którym cały czas gdzieś pędzimy, jak się często okazuje sięgamy po rzeczy mało istotne, zapominając o tym co ważne.
Książki kocham nie tylko za treść, kocham również za papier i za zapach farby drukarskiej. Ta książka ma w sobie wszystko, to co dla mnie jest ważne.
Autorka napisała cztery opowiadania, które tworzą spójną całość, choć na pierwszy rzut oka tego nie widać. Bohaterami są różne osoby, z różnych zakątków świata. Z naszymi postaciami przeniesiemy się do Tybetu, Indii, Francji, odwiedzimy Kanadę oraz przemierzymy polany Karkonoszy i Mazur. Opisy przyrody pobudzają wyobraźnie i ma się ochotę rzucić wszystko, wziąć plecak, spakować kilka niezbędnych rzeczy i ruszyć przed siebie. Niejednokrotnie podczas czytania książki marzyłam, aby wybrać się w Karkonosze i nasycić oczy widokiem gór.
Bohaterami są różnorodne osoby. Zarówno młodzi ludzie oraz kobiety i mężczyźni w średnim wieku, którzy mają wszystko - pieniądze, karierę, rodzinę i dom. Jednak wszystkie te osoby łączy jedna rzecz. Wszyscy poszukują siebie, poszukują drogi do szczęścia.
Autorka przekazuje nam odrobinę buddyjskich prawd. Pokazuje jak znaleźć szczęście. W trakcie czytania, jak i po przeczytaniu mam ochotę odszukać kogoś, kto będzie mi w stanie przekazać tę całą cenną wiedzę i kogoś, kto pokaże mi sposób na zaznanie spokoju w tym dzisiejszym, szalonym świecie, gdzie nie ma czasu na przerwę i odpoczynek, w którym cały czas gdzieś pędzimy, jak się często okazuje sięgamy po rzeczy mało istotne, zapominając o tym co ważne.
Książki kocham nie tylko za treść, kocham również za papier i za zapach farby drukarskiej. Ta książka ma w sobie wszystko, to co dla mnie jest ważne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)