Każdy tydzień przynosi ze sobą niebezpieczeństwa, z którymi trzeba się zmierzyć i wyjść z nich cało. Nie trzeba jechać do dżungli, by przeżyć mrożące krew w żyłach przygody, wystarczy wstać ze swojego wygodnego łóżka, a już może być niebezpiecznie.
Mordercza czerń
Moja mama jest nauczycielką, ma dwa miesiące wakacji. Mieszkamy w małym mieście. Mamy duży dom. Moja mama miała ambitny plan. Do realizacji planu zmobilizowana zostałam i ja. Bałam się gniewu rodzicielki, posłusznie się zgadzam. Wybór padł na garaż, teraz jego kolej, żeby zostać wypucowanym. Moim zadaniem było umycie podłogi. Zadanie na pozór łatwe - wystarczy wziąć szmatkę, wodę zmieszać z płynem, użyć własnych mięśni i dać się ponieść. Na początku szło wszystko gładko, moja współpraca ze szmatą, wodą i płynem szła pomyślnie. Do czasu, gdy do akcji wkroczył czarny, obrzydliwy smar. Lekkie pociągnięcie szmatką nie pomogło, mocniejsze też nie, mocniejsze i intensywniejsze też nie podziałało. Byłam bliska poddania się, chciałam dać czarnej substancji za wygraną. Przestałam wierzyć w swoje siły. Wtedy pojawiła się mama. Przyniosła ze sobą specyfik bezlitosny dla smaru. Wygrana jednak była po mojej stronie.
Zabójcze słońce
Pogoda i ja nie przepadamy za sobą. Albo jest mi za zimo albo za gorąco. Nie potrafimy się wyczuć i dopasować do swoich potrzeb. Trudne jest nasze współżycie. Kiedy temperatura przekracza magiczne 25 stopni jest mi przyjemnie ciepło, ale kiedy wzrośnie o kilka stopni, o jeden albo dwa umieram z gorąca. Nie jest inaczej w to lato. Wiecznie poszukuję cienia, jestem w stanie zrobić dla niego niemal wszystko. Stojąc na przejściu dla pieszych i czekając na zielone światło, nie staję przy krawędzi, staję dalej, nawet dużo dalej, ale najważniejsze, że w cieniu i co z tego że później biegnę jak głupek, żeby zdążyć przejść na drugą stronę, najważniejsze, że przez te pięć sekund stałam w cieniu, a nie w słońcu. Słońce jest też dla mnie bezlitosne, jeśli chodzi o opalanie. Wmawiam sobie, że opalenizna jest niemodna, chociaż w głębi marzę o pięknej brązowej i naturalnej opaleniźnie, a nie o spaleniźnie, co najczęściej ma miejsce. Moja miłość jest trudna. Kocham słońce, nie wyobrażam sobie życia bez niego, ale z nim jest odwrotnie, czuję że jest mi niewierne i robi wszystko na przekór, aby przypadkiem w moim życiu nie było za prosto. I tak całe lata próbujemy się przechytrzyć, raz wygrywa ono, raz wygrywam ja.
Krwiopijny NFZ
Z nudów wybrałam się do lekarza, normalnego, rodzinnego. Rano dostałam numer, więc przyszłam grzecznie na umówioną godzinę, żyjąc w mrzonkach, że nie będę musiała czekać. Nie wzięłam książki, mój telefon odmówił posłuszeństwa i nie miałam dostępu do żadnych gier. A żeby odechciało mi się przyjść tutaj kolejny raz, a tym bardziej naprawdę chorować, spędziłam na poczekalni dwie godziny. Definitywnie trzeba być zdrowym, żeby pozwolić sobie na pójście do państwowego lekarza. Doszłam do takiego wniosku po czekaniu w kolejce na badanie krwi. Przyszłam do ośrodka zdrowia o ósmej, czyli wtedy kiedy jest otwarcie. Wspinam się po schodach, a w wyznaczonym miejscu czeka już dwadzieścia osób. Jak to możliwe? Bardzo proste. Po co spać, po co spędzić czas w domu, skoro od godziny szóstej można stać pod bramą i czekać na swoją kolej? Mam wrażenie, że mimo dwudziestu lat wolności, Polacy nie wyleczyli się od stania w kolejkach. Nie wiem, czy to sprawia nam jakąś przyjemność? A może to jesteśmy sadomasochistami i lubimy sprawiać sobie ból?
Zaschnięty pająk
Co kochają kobiety? Zakupy! Co robią kobiety, żeby się nie nudzić w wakacje? Jadą na zakupy! W naszym przypadku było nieinaczej. Wsiadłyśmy w samochód i czas na podbój świata. Moje za bliskie spotkanie z pająkiem stało się na parkingu. Przy lusterku pasażera siedział sobie jak gdyby nic pająk. Wyglądał mizernie. Był biały, przypominał zaschniętego, tym bardziej że gdy poruszały się drzwi, on nie reagował. Napełniło mnie to odwagą. Wzięłam kartkę, zaczęłam go spychać. A on w tym momencie nagle poruszył się. Zaczęłam się obawiać, ale dopingowana przez mamę, nie chciałam się ugiąć, chciałam pokazać swoją nową twarz, odważną. Tylko nie przewidziałam jednego - nagle zadął wiatr i mojego pseudoprzyjaciela zepchnięto mi na buta. Narobiłam krzyku, zaczęłam wymachiwać nogami, ogarnęła mnie totalna panika, przecież zostałam zaatakowana jakby nie patrzeć przez pająka! Jestem pewna, że swoją akcją sprawiłam niejednemu przechodniowi radość.
Przebiegła błękitna otchłań
Pojechaliśmy nad morze, na chwilę, kryzysowa sytuacja. Ale mimo braku czasu wypadało pójść na plażę. Było zimno, wiało niemiłosiernie. Zapięłam się pod samą szyję, założyłam kaptur i zapragnęłam sprawdzić temperaturę morza. Morsem nie jestem, odwagę też nie grzeszę, dlatego nie zdjęłam butów, twardo stąpałam w trampkach. Grałam z morzem w grę. Kiedy oddalało się, podbiegałam chcąc złapać falę. Musiałam się wykazać sprytem i refleksem, bo morze nie dawało za wygraną, postawiło sobie za cel zamoczyć mi buty. Jednak w końcu obydwoje z tego pojedynku wyszliśmy wygrani - ono zamoczyło mi trochę buty, mi natomiast udało się wymierzyć temperaturę i nie zazdroszczę sobie, było dość zimne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz