Właśnie zrobiłoby się lepiej, kiedy dowiedziałam się, że część moich znajomych już dzisiaj grzecznie zasiadła w ławach akademickich!
poniedziałek, 30 września 2013
Słoiki zjechały do miasta
Tysiące słoików napłynęło do Warszawy - to może oznaczać jedno - rozpoczęcie roku akademickiego. Rzeczywistość boli, jutro będzie trzeba wstać o normalnej porze, ubrać się i zmierzyć się z krwiożerczymi prowadzącymi. Mój ostatni rok na licencjacie, prawda boli i to okropnie, bo to oznacza, że zbliżam się do końca błogiego życia studenckiego i będę musiała zmierzyć się z życiem, pójść do pracy i zarabiać miliony (fajnie by było).
niedziela, 29 września 2013
Pierwszy dzwonek - po raz setny
Za kilka dni na akademickich korytarzach rozbrzmi przysłowiowy pierwszy dzwonek – to znak, że trzeba wracać w uniwersyteckie ławy i przez kilka najbliższych miesięcy dzielnie przyswajać wiedzę.
Swoje słowa chciałabym skierować do nowych żaków – pomimo, że od moich pierwszych kroków, które postawiłam na Uniwersytecie minęły (o zgrozo!) trzy lata, pamiętam jaki stres i jakie podenerwowanie towarzyszyły mi podczas pierwszych dni na uczelni. Jak się później okazało, było to zupełnie niepotrzebne – ale to nie od dziś wiadomo, że strach ma wielkie oczy. Aby dodać Wam otuchy, przygotowałam 10 rad, które pomogą Wam przetrwać studia.
- Głowa do góry, mimo, że studia trwają do czerwca, w międzyczasie czeka Cię dużo wolnego, który jak się postarasz będziesz mógł poświęcić na to, co Ci się żywnie podoba.
- Z racji tego, że należę do NZS ciśnie mi się na usta nasz slogan – nie zmarnuj studiów. Nie siedź cały czas nad książkami albo nie baluj cały tydzień – oderwij się i wstąp do naszej organizacji. Oprócz możliwości współorganizacji ciekawych wydarzeń, oferujemy możliwość poznania mega pozytywnych i kreatywnych ludzi.
- Wykładowcy, prowadzący to też ludzie. Mimo, że na pierwszy rzut oka wydają się nieludzcy, krwiożercy i bezlitośni, w głębi serca to mili ludzie z dobrymi intencjami. Jedna rada – postępuj fair w stosunku do nich, a tak samo potraktują i Ciebie.
- Nie ulegaj stereotypom – USOSa da się poskromić.
- Od czasu do czasu zadzwoń do rodziców – bez nich prawdopodobnie byś nie studiował.
- Patriotycznym obowiązkiem każdego polskiego studenta jest przynajmniej raz w życiu wziąć udział w kampanii wrześniowej – jeśli podwinie Ci się noga, nie przejmuj się!
- Nie kupuj nowych książek, zrób dobry uczynek i odkup je od starszych kolegów.
- Studia to niestety ostatnia chwila, kiedy mamy czas wyłącznie dla siebie – nie wpadliśmy jeszcze w sidła krwiożerczej korporacji, nie mamy własnej rodziny, dlatego też to ostatni dzwonek, aby rozwinąć siebie, swoje zainteresowanie, swoje pasje.
- Aby być później konkurencyjnym na rynku pracy, czerp okazje robiąc staże i praktyki.
- A przede wszystkim nie poddawaj się. Każdy ma chwile zwątpienie, ale nie można od razu się poddawać. Nawet najtrudniejszy egzamin można zdać.
Tekst znajdziecie również na: http://nzsuw.salon24.pl/
piątek, 27 września 2013
Obraz obrazowi jest równy?
Będąc w muzeach/galeriach sztuki, gdzie prezentowana jest sztuka nowoczesna, często zadaję sobie pytanie, gdzie stoi granica między sztuką a zwykłym bohomazem. Zdaję sobie sprawę z tego, że współcześni twórcy mają ciężko, sztuka ma tyle lat, ile cywilizacja, czyli mnóstwo, a co się z tym wiąże, niemalże już wszystko zostało namalowane. No tak, ale wychodząc z takiego założenia, nie musielibyśmy już NIC do roboty, nie tylko jeśli chodzi o sztukę, a dotyczy to wszystkiego - medycyny, fizyki, chemii. A jednak nadal dążymy do samorozwoju i postępu technicznego. Natomiast kiedy patrzę na obrazy współczesnych twórców, mam wrażenie, że nasza kultura się cofa, spoglądając daleko w wstecz i wzorujemy się na artystach z jaskini Lascaux. Oczywiście nie mam tu na myśli WSZYSTKICH artystów, nie mogę generalizować i wrzucać wszystkich do jednego worka, jednak mówię o przeważającej większości, czyli o tych, którzy malują płótno na jeden kolor i nazywają je "Bez tytułu". Jako artystę definiuję osobę, która ma nadzwyczajny talent, dzięki swojej pracy wybija się ponad wszystkich, a jej celem jest ukazanie rzeczywistości, pozostawienie śladu po sobie oraz zwrócenie uwagi odbiorcy na problemy społeczne. A to co robią wspomniani przeze mnie twórcy nie załapuje się do mojej definicji artysty.
Nie potrafię sobie wyobrazić, naszych następców, nie chodzi mi o prawnuki, a jeszcze kolejne pokolenia, którzy będą chodzić do muzeum/galerii i oglądać w sali "początki XXI wieku" niemalże identyczne obrazy, wszystkie pomalowane na jeden kolor i nazwane "Bez tytułu". Magią muzeum jest to, że możemy spotkać tam z wielką różnorodnością, a w przypadku, gdy wszyscy twórcy dążą do tego samo, a takie mam wrażenie, po co chodzić do galerii i wydawać pieniądze, kiedy jest tam niemalże wszystko to samo?
Jestem zapaloną fanką sztuki, ale nie każdej, mam swoje granice estetyczne, zaczynają się one w XX wieku. Może nie mam prawa do krytyki, bo nie jest twórcą, nie wiem, jak dokładnie wygląda proces malarski, ale jestem odbiorcą i mam wrażenie, że malarze są w pewnym sensie zależni ode mnie. Oczywiście, nie mam zbyt wystarczających zasobów pieniężnych, aby kupić takie dzieło, ale jestem częstym gościem muzeów, a one też kupują obrazy, widząc zainteresowanie odbiorców, chcą być atrakcyjne i przyciągać co raz więcej osób.
Wiem, że mój apel nie spotka się z wielkim rozgłosem, jestem zbyt mała, żeby coś wskórać, co zrobić? A może ktoś będzie mi potrafił pokazać sens w takich dziełach i wtedy zmienię diametralnie swoje zdanie?
wtorek, 10 września 2013
Zło się sprzedało
Jestem przerażona brutalnością dzisiejszego świata. Czas terroru Hitlera przeminął, ale czy nie nastał nowy? Teraz za złem nie stoi jedna osoba, a całe społeczeństwo, bo cicho dajemy przyzwolenie by działo się to co się dzieje. Ba, nawet nakręcamy tę dziką machinę. Chcecie przykład? Sprawa matki Madzi - przez ile miesięcy toczyła się ta telenowela z Katarzyną W. w roli głównej? Przecież gdyby nie interesowałoby to odbiorcy, sprawa toczyłaby się po cichu. Katarzyna nie musiała jeździć na koniu w bikini, tańczyć na rurze.
Swoja drogą zastanawiam się czy fascynacja ludzi tematyką II wojny światowej to zwykła chęć poznania bądź co bądź nie tak odległej historii, czy po prostu wredna ludzka ciekawość. Zło dobrze się sprzedaje i wszyscy o tym wiedzą.
Wejdźmy na dowolną wybraną stronę informacyjną, otwórzmy dowolnie wybrany dziennik, włączmy dowolną telewizję informacyjną. Co tam znajdziemy? Najczęściej historię z złem w roli głównej. Czemu ludzi aż tak to kręci, czemu chcemy o tym słyszeć, czytać? A najgorsze - czemu wyrządzamy drugiemu zło, sprawiamy, że cierpi?
Problemem jest również ciche przyzwolenie ludzkie na zło. Czemu nikt się nie zainteresuje tym co dzieje się wokół niego?
Boli mnie to w jakim świecie żyjemy. Doceniamy zło, namaszczamy je. A co z dobrem? Dobro się nie sprzedaje, nie lubimy o nim czytać. Myślę, że w większości przypadków przez zwykłą zazdrość, nie lubimy kiedy bliźni ma lepiej, doszukujemy się w tym od razu spisku.
Człowiek człowiekowi wilkiem i to chyba nigdy się nie zmieni, chyba że zgładzimy swoją cywilizację.
Swoja drogą zastanawiam się czy fascynacja ludzi tematyką II wojny światowej to zwykła chęć poznania bądź co bądź nie tak odległej historii, czy po prostu wredna ludzka ciekawość. Zło dobrze się sprzedaje i wszyscy o tym wiedzą.
Wejdźmy na dowolną wybraną stronę informacyjną, otwórzmy dowolnie wybrany dziennik, włączmy dowolną telewizję informacyjną. Co tam znajdziemy? Najczęściej historię z złem w roli głównej. Czemu ludzi aż tak to kręci, czemu chcemy o tym słyszeć, czytać? A najgorsze - czemu wyrządzamy drugiemu zło, sprawiamy, że cierpi?
Problemem jest również ciche przyzwolenie ludzkie na zło. Czemu nikt się nie zainteresuje tym co dzieje się wokół niego?
Boli mnie to w jakim świecie żyjemy. Doceniamy zło, namaszczamy je. A co z dobrem? Dobro się nie sprzedaje, nie lubimy o nim czytać. Myślę, że w większości przypadków przez zwykłą zazdrość, nie lubimy kiedy bliźni ma lepiej, doszukujemy się w tym od razu spisku.
Człowiek człowiekowi wilkiem i to chyba nigdy się nie zmieni, chyba że zgładzimy swoją cywilizację.
poniedziałek, 9 września 2013
Kiedy tatuś rodzi dziecko
Od tygodnia jestem na stażu w Wprost, trafiłam do działu, który zajmuje się pisaniem newsów na stronę. Dzisiaj mieliśmy wyjątkowo jałowy dzień, nic się szczególnego nie działo, związku z tym miałam czas na dokładniejsze przeszukanie Internetu. Na kilku niemieckich portalach znalazłam informację o mężczyźnie, który urodził dziecko. Moim zadaniem było zredagować tekst, aby móc go później opublikować na stronie.
Pisało mi się okropnie - temat niebanalny, związku z tym było mnóstwo niuansów, z którymi musiałam sobie poradzić. Najtrudniej było mi się przełamać, że dziecko urodziła nie matka, a ojciec.
Absolutnie nie popieram tej decyzji. Myślę, że jest ona zupełnie nieodpowiedzialna, zarówno ze strony matki/ojca oraz ze strony osób, które pozwoliły na zapłodnienie, bo co istotne biologiczny ojciec nie jest znany, nasienie zostało pobrane z banku spermy. Z resztą nie wiem czy znalazłby się mężczyzna, który zechciałby się przyczynić do poczęcia nowego życia z drugim mężczyzną. Nie mieści mi się czasami w głowie, nie potrafię pojąć tego na jakim świecie żyjemy.
Moglibyście mnie posądzić o brak tolerancji. Mi nie chodzi o to, że kobieta stała się mężczyzną, ani że mężczyzna stał się kobietą, ich wybór akceptuję. Zbulwersował mnie fakt, że umożliwia się takim ludziom na posiadanie dzieci. Czy dziecko wychowane w takiej rodzinie potrafi dostosować się do normalnego społeczeństwa, gdzie fundamentem społeczeństwa jest rodzina z tatą i mamą na czele? Pomyślmy sobie jak ono musi się czuć odbierane po szkole przez dwóch ojców, kiedy po jego kolegów przychodzi mama i tata. Po za tym dzieci są bezlitosne, to właśnie one potrafią jak nikt inny zranić, wyśmiać, myślę, że dlatego też dzieciństwo dzieci z takich domów nie może być szczęśliwe. Co więcej bohater mojego tekstu nie chciał określić płci dziecka. Nie wyobrażam sobie dorastać bez świadomości tego czy jestem kobieta czy mężczyzną. Jak ma się ukształtować moja psychika?
Cieszę się, ze Stalin nas zamknął, oddzielił murem od Zachodu i nie mogliśmy się na nich napatrzeć. Przynajmniej może jeszcze za mojego życia do takich cudów do takich cudów nie dojdzie jak to się dzieje w Niemczech czy w Ameryce.
Pisało mi się okropnie - temat niebanalny, związku z tym było mnóstwo niuansów, z którymi musiałam sobie poradzić. Najtrudniej było mi się przełamać, że dziecko urodziła nie matka, a ojciec.
Absolutnie nie popieram tej decyzji. Myślę, że jest ona zupełnie nieodpowiedzialna, zarówno ze strony matki/ojca oraz ze strony osób, które pozwoliły na zapłodnienie, bo co istotne biologiczny ojciec nie jest znany, nasienie zostało pobrane z banku spermy. Z resztą nie wiem czy znalazłby się mężczyzna, który zechciałby się przyczynić do poczęcia nowego życia z drugim mężczyzną. Nie mieści mi się czasami w głowie, nie potrafię pojąć tego na jakim świecie żyjemy.
Moglibyście mnie posądzić o brak tolerancji. Mi nie chodzi o to, że kobieta stała się mężczyzną, ani że mężczyzna stał się kobietą, ich wybór akceptuję. Zbulwersował mnie fakt, że umożliwia się takim ludziom na posiadanie dzieci. Czy dziecko wychowane w takiej rodzinie potrafi dostosować się do normalnego społeczeństwa, gdzie fundamentem społeczeństwa jest rodzina z tatą i mamą na czele? Pomyślmy sobie jak ono musi się czuć odbierane po szkole przez dwóch ojców, kiedy po jego kolegów przychodzi mama i tata. Po za tym dzieci są bezlitosne, to właśnie one potrafią jak nikt inny zranić, wyśmiać, myślę, że dlatego też dzieciństwo dzieci z takich domów nie może być szczęśliwe. Co więcej bohater mojego tekstu nie chciał określić płci dziecka. Nie wyobrażam sobie dorastać bez świadomości tego czy jestem kobieta czy mężczyzną. Jak ma się ukształtować moja psychika?
Cieszę się, ze Stalin nas zamknął, oddzielił murem od Zachodu i nie mogliśmy się na nich napatrzeć. Przynajmniej może jeszcze za mojego życia do takich cudów do takich cudów nie dojdzie jak to się dzieje w Niemczech czy w Ameryce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)