poniedziałek, 15 września 2014

Dziennikarska głupota

Świat jest pełen absurdów, każdego dnia nas zasypują i zabierają wiarę w możliwość istnienia normalności. Absurdy bulwersują, ale chociaż obywatele są ich świadomi, irytują ich, to rządzący tak jakby ich nie widzą i nie zamierzają za nic na świecie ich zmienić. Wyleczyłam się z chęci zmieniania świata, doskonale wiem, czym rządzi się współczesność, ale cały czas męczy mnie to, że powstaje tak wiele głupot.

Wzięłam dzisiaj do ręki czwartkowe wydanie popularnej w Warszawie gazety, którą rozdają każdego poranka niemalże na każdym skrzyżowaniu. Nie musiałam jej otwierać, żeby przeczytać o absurdzie, znajdował się on na pierwszej stronie. Wcale nie opisywał wymysłów naszych rządzących, tylko głupotę dziennikarską.
Jedno z polskich wydawnictw wydało książkę do muzyki. Jest ładna, kolorowa, idealna dla dzieci z podstawówek. Ale pozory mylą, autor dopatrzył się ciężkiego przestępstwa ze strony twórców podręcznika. Pojęcia muzyczne tłumaczyli dzieciom na przykładzie pizzy i dountów, czyli jedzenia śmieciowego, surowo zabronionego. Posypała się fala krytyki, że jak tak może być, przecież ministerstwo zakazuje sprzedaży niezdrowej żywności w szkołach, truje dzieciom o zdrowym jedzeniu, a tu takiej uchybienie?! Okropnie niedopuszczalna zbrodnia. Posypały się maile do ministerstwa i do wydawnictwa. Jaki jest tego efekt? Wydawnictwo zapewniło, że podręcznik zmieni, będzie teraz tłumaczyć dzieciom pojęcia muzyczne na przykładzie zdrowej żywności - owoców i warzyw. Bardzo skuteczne śledztwo dziennikarskie, brawo! Wszyscy są szczęśliwi, bo dzieci będą uczyły się o zdrowym jedzonku. Ale! W tej historii jest drugie dno. Wydawnictwu jest na rękę, że dziennikarz rozpętał burzę i muszą zmienić podręcznik, bo to oznacza bardzo duży zysk dla nich. Zważając na to, że zmieni się treść, będzie nowe wydanie, dzieci już nie będą mogły korzystać z podręcznika po starszych kolegach, przecież zmieni się treść, więc jak pracować z dwoma innymi wydaniami? Rodzice będą zmuszeni do kupienia nowych podręczników, nieużywanych, co jest niezwykłym zyskiem dla wydawnictwa, bo jak wiadomo na rynku z drugiej ręki nic nie zyskują. A sami rodzice? Będą stratni, będą musieli kupić poprawione wydanie. Podręczniki nie są tanią sprawą, a pieniądze mimo, że wielu z nas tak myśli, nie rosną na drzewach.

Morał z tej opowiastki jest prosty - czasami trzeba się zastanowić czy nasza walka o dobro, nie przynosi tak naprawdę ze sobą więcej zła niż wcześniejszy stan rzeczy.

niedziela, 14 września 2014

Brunetka w miejskiej dżungli odc. 3

Życie kładzie nad kłody pod nogi, często i z upodobaniem. Robi z nas kozła ofiarnego, jakby śmianie się z nas sprawiało mu wielką przyjemność. Jednak człowiek, to upierdliwe stworzenie, potrafi się podnieść z upadku, otrząść i dalej brnąć do swojego celu. Jest jak osa, która za wszelką cenę będzie chciała nas ugryźć, jakby od tego zależało jej życie.

Zakichany egzamin
Jako patriotka, która bezgranicznie kocha swoją ojczyznę poczułam się zobowiązana stanąć do walki w kampanii wrześniowej i zmierzyć się z wrogiem, a dokładniej z niemieckim. W wtorkowy poranek zupełnie zaspana zjawiłam się na wydziale. Elegancko ubrana, pełna ducha walki i chęci zmierzenia się ze złem w cztery oczy, usiadłam wygodnie w jednej z upatrzonych sobie przeze mnie ławek. Miałam przyjemność poprawiania wypracowania, co równało się z czterogodzinnymi torturami w sali egzaminacyjnej. Za oknem był piękny, słoneczny poranek, a ja musiałam być zamknięta w klimatyzowanej klatce. Skończywszy staczać walkę na śmierć i życie, wyszłam z sali nie sama, a z towarzystwem i to takim, które nie opuszczało mnie przez kilka dni - wyhodowałam katar. Wyniku nie znałam, ale jedno wiedziałam - z egzaminu nie wyszłam stratna.

Bezlitośni wykładowcy
Pierwszy raz do egzaminu ustnego podchodziłam w czerwcu. Salę egzaminacyjną opuściłam z niezadowalającym mnie wynikiem. Oznaczało to, że przyjść będę musiała ponownie we wrześniu. I tak właśnie się stało. Pewnego wrześniowego dnia, kiedy słońce pięknie świeciło i za nic na świecie nie zachęcało do spędzenia południa w czterech ścianach, przyszłam na wydział. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdybym nie była na miejscu dwie godziny wcześniej. Było to mało dobrze strategicznie rozegrany ruch. Całe dwie godziny spędziłam na stresowaniu się. Po korytarzach co jakiś czas przechadzali się egzaminatorzy, robiąc groźne miny. Nic nie wskazywało na to, że zdam. Byłam przekonana, że przedłużę sobie młodość i będę powtarzała rok, a to wcale nie było moim marzeniem. Czarne myśli na temat zapłacenia milionów za warunek i chodzenia na te same zajęcia od początku snułam przez cały czas, dopóki nie poznałam wyniku egzaminu, z którego swoja drogą miałam zamiar uciec, bo przenikliwe spojrzenia egzaminatorów i brak uśmiechów doszczętnie mnie paraliżował. Jednak po trzech latach studiowania, dwóch kampaniach wrześniowych, warunku, dochodzę do wniosku, że wykładowcy czerpią radość z stresowania studentów, który zrobi to skuteczniej wygrywa bliżej nieokreśloną nagrodę.

Złośliwość losu
Kiedy uporałam się z egzaminami, a ich wynik był dla wszystkich zadowalający, mogłam się pracą licencjacką. Napisana znajdowała się na moim komputerze od maja, czekała przez te kilka miesięcy na ujrzenie światła dziennego i w końcu się doczekała. Wymieniałam z moją promotor maile, wysyłałam jej pracę, ona odsyłała mi sprawdzoną. Kiedy nadszedł czas ostatecznej korekty, dostałam plik z wiadomością o terminie obrony. Wtedy zamarłam. Termin obrony pokrył się idealnie z terminem mojego lotu do Londynu. Nie miałam wielkiej ochoty tam lecieć, ale wcale nie wymodliłam się, aby te dwa ważne wydarzenia się pokryły. Los bywa zabawny, ale nie trzeba ślepo za nim podążać. Następnego dnia zamierzałam go przechytrzyć. Z samego rana zjawiłam się na wydziale, poszłam do mojej promotor, niemalże na kolanach prosiłam o zmianę terminu. Nie popłynęły łzy, nie popłynęły przekleństwa, pojawiła się radość - obronę mam kilka dni przed wylotem. Tym razem to ja zadrwiłam z losu.

poniedziałek, 8 września 2014

Poradnik Globtrotera

Na wakacje wyjeżdżam odkąd pamiętam, a nawet i wcześniej, bo pamięć bywa ulotna i niestety wypadów z rodzicami, kiedy nosiłam jeszcze dumnie mega modne pampersy nie przypominam sobie. Rodzice rozbudzili we mnie ciekawość świata, zbierali mnie w przeróżne miejsca, pokazywali fascynujące zabytki, opowiadali przecudowne historie. Zakochałam się w podróżach i wytworzyła się we mnie niespokojna dusza, która w każdej wolnej chwili marzy o podróży, wszystko jedno jakiej.

Cztery lata temu rodzice popchnęli mnie do dość odważnej decyzji, miałyśmy same wspólnie z kuzynką wyruszyć na podbój zagranicy. Nie wiem dla kogo była to odważniejsza decyzja - dla rodziców, że puścili dwie małolaty w świat czy dla nas, że będąc jeszcze w sumie małolatami bez doświadczenia podróżniczego zdecydowałyśmy się na wyjazd zagranicę. Naszym celem stał się Wiedeń, mekka secesji, jedno z najładniejszych miast jakie miałam okazję zobaczyć na własne oczy.

Pierwszy krok - zakup biletów 
Cztery lata temu na polski rynek wchodził Polski Bus i w sumie przypadek zdecydował za nas, że wybrałyśmy się do Austrii. Szperając na stronie przewoźnika znalazłyśmy bilety do Wiednia w niezwykłe atrakcyjnej cenie, niewiele myśląc kupiłyśmy je. Kupno biletu to pierwszy krok, jaki stawiam podczas planowania podróży. Często o kursie mojej podróży decyduje przypadek, a raczej cena, jeśli jest atrakcyjna, wybieram ją.

Wybór hostelu
Kolejnym punktem na mojej liście rzeczy do zrobienia przed wyjazdem jest znalezienie lokum, co jest zadaniem niezwykle trudnym i pracochłonnym. Jeśli wybieram się do stolicy, mam w banku, że co najmniej pięć dni będę musiała spędzić na intensywnym poszukiwaniu hostelu. Wybieram go z głową, żebym później się nie rozczarować. Musi być w centrum i z kuchnią, a dodatkowo w konkurencyjnej cenie, to najważniejsze kryteria. Nie lubię tracić czasu na dojazdy.
Chętnie wybieram hostele. Są zdecydowanie tańsze od hotelu, a w dodatku przytulniejsze. Czesto zaskakują nietuzinkowym wystrojem. Nie czuć w nich komercji ani seryjności. Lubię, kiedy hostele mają tak zwany pokój wspólny, w którym po południami i wieczorami zbierają się turyści i poznają nie tylko miasto, do którego przyjechali, ale i inne narodowości, które mieszkają razem z nimi w hostelu, to jest ekscytujące. Dzięki temu widziałam jak robi się oryginalne zupki chińskie, byłam również na prywatnym koncercie fortepianowym. Często ci ludzi się nietuzinkowi i mają dużo do zaoferowania.
Jestem cebulakiem, więc staram się wziąć ze sobą jak najwięcej jedzenia, żeby na miejscu nie wydawać niepotrzebnie kasy, a oszczędności przeznaczyć na zwiedzanie. Będąc na pierwszej wyprawie miałam ze sobą konserwy. Wspólnie z moją kuzynką weszłyśmy do kuchni z naszym dobytkiem i zaczęłyśmy robić jedzenie, a dokładniej kanapki z konserwą. Zrobiłyśmy tym furorę, bo ludzie nie mogli uwierzyć, że można do puszki zmieścić mięso, które nie jest rybą.

Poznanie miasta przez Internet
Kiedy uporam się z rezerwacją nadchodzi czas na najprzyjemniejszy punkt - robienie przewodnika. Jestem buntowniczką, mam coś z kota, lubię chodzić własnymi ścieżkami, nawet wtedy kiedy chodzę dookoła i się gubię, ale mam przynajmniej poczucie niezależności. Przed wyjazdem starannie opracowuje ścieżki, którymi będę podążać. Opisuje zabytki, które będę zwiedzać. Szukam ciekawostek, miejsc, o których wiedzą tylko tubylcy. To takie przygotowanie przed stanięciem w twarzą w twarz z miastem. Próba oswojeniem się z nieznanym miejscem oraz oszczędność czasu, bo na miejscu wiem, co gdzie się znajduje, wiem, jaki budynek znajduje się obok jakiego i nie krążę bezsensownie po mieście. Ważnie jest również, żeby sprawdzić kiedy dane muzeum jest otwarte, a godziny otwarcia uwzględnić podczas planowania podróży, w ten sposób można uniknąć rozczarować i niepotrzebnego nachodzenia się.

Kącik porad
1. Młodym podróżnikom radzę zacząć podróżowanie jak najwcześniej, w wielu krajach zachodnich jest super promocja dla dzieciaków poniżej 18ego roku życia - mają wstęp do wszelkich muzeum najczęściej za darmo albo w cenie połowy biletu. Niezwykła sprawa, dzięki temu będąc w Wiedniu weszłyśmy niemal do każdego muzeum jakie stanęło nam na drodze.

2. Ponad to podróżując weź pod uwagę, że możesz już więcej nie zawitać do tego miasta, staraj się obejrzeć je jak najdokładniej, nie oszczędzaj specjalnie pieniędzy, staraj się obejrzeć od środka te najbardziej unikatowe miejsca.

3. Planując wejście do muzeum staraj się pojawić się tam jak najwcześniej. Z praktyki wiem, że około południa muzea są przepełnione. Większość turystów zdąży już wtedy wylegnąć z łóżka, zjeść śniadanie i ruszyć na podbój miasta. Zwiedzanie w tłumie ludzi, szczególnie jeśli większość z nich to Włosi lub Hiszpanie, nie jest przyjemne.

Podróż na własną rękę daje niezwykłe możliwości, można zobaczyć dokładnie, to co nas interesuje. Można każdy szczegół oglądać z uwagą, nie zważając na czas. Nie trzeba pilnować się przewodnika. Można poznać mieszkańców miasta, porozmawiać z nimi. Można poćwiczyć język obcy dokonując zakupów. Za to jest o wiele droższa niż wycieczki z biurem podróży, ale to wszystko zależy już od tego, kto co lubi.

niedziela, 7 września 2014

Debilizm prosto z Woronicza

Przed wakacjami zapowiadano mega hit, idealny na długie jesienne wieczory. W Warszawie zaroiło się od bilbordów przedstawiających sielski obrazek - złote zboże, ciągnik i serce. To dzisiaj nadszedł ten dzień, kiedy TVP pokazało po raz kolejny swój upadek, a przy okazji upadek Polaków, których do telewizorów przykuwają żenujące programy.

Z racji tego, że TVP jest telewizja publiczną, więc sponsorowaną z kieszeni podatnika, spodziewałam się od nich przyzwoitego poziomu. Moje mrzonki o niesionych przez nich kruchym kaganku oświaty upadły, bezpowrotnie i bardzo boleśnie. Poczułam, że znowu umiera we mnie cząsteczka dzieciństwa, pełna naiwności i wiary w ten parszywy świat. O 21.30 włączyłam telewizję, usiadłam na sofie i moim oczom ukazała się najnowsza produkcja TVP - Rolnik szuka żony. Dałam radę strawić jedynie 10 minut programu, dalszym panom nie dałam się wygłupić i wyłączyłam odbiornik. Sięgnęłam po książkę, musiałam złapać przyzwoity poziom.

O ile jestem jeszcze w stanie strawić fakt, że taką papką karmi nas TVN i Polsat, to fakt, że TVP sięgnęło dna, nie jestem sobie w stanie wytłumaczyć. Zawsze miałam wrażenie, że to telewizja reprezentująca wysoki poziom intelektualny, rozczarowanie bolało, bardzo bolało. Z drugiej strony można wysnuć smutny wniosek, że społeczeństwo nam głupieje albo daje się dojść do głosu głupim ludziom. Kiedyś bycie głupim było wstydliwe, dzisiaj już tak nie jest. Im jest się bardziej niemądrym, tym ma się większą szansę na stanie się rozpoznawalnym i sławnym. Tak jak jest to w przypadku uczestników tego programu, jestem przekonana, że do wzięcia udziału w tym programie nie przemówił do nich zdrowy rozsądek i naprawdę pragnienie znalezienie tej jedynej, tylko ewidentne parcie na szkło i struganie z siebie wariata.