Życie kładzie nad kłody pod nogi, często i z upodobaniem. Robi z nas kozła ofiarnego, jakby śmianie się z nas sprawiało mu wielką przyjemność. Jednak człowiek, to upierdliwe stworzenie, potrafi się podnieść z upadku, otrząść i dalej brnąć do swojego celu. Jest jak osa, która za wszelką cenę będzie chciała nas ugryźć, jakby od tego zależało jej życie.
Zakichany egzamin
Jako patriotka, która bezgranicznie kocha swoją ojczyznę poczułam się zobowiązana stanąć do walki w kampanii wrześniowej i zmierzyć się z wrogiem, a dokładniej z niemieckim. W wtorkowy poranek zupełnie zaspana zjawiłam się na wydziale. Elegancko ubrana, pełna ducha walki i chęci zmierzenia się ze złem w cztery oczy, usiadłam wygodnie w jednej z upatrzonych sobie przeze mnie ławek. Miałam przyjemność poprawiania wypracowania, co równało się z czterogodzinnymi torturami w sali egzaminacyjnej. Za oknem był piękny, słoneczny poranek, a ja musiałam być zamknięta w klimatyzowanej klatce. Skończywszy staczać walkę na śmierć i życie, wyszłam z sali nie sama, a z towarzystwem i to takim, które nie opuszczało mnie przez kilka dni - wyhodowałam katar. Wyniku nie znałam, ale jedno wiedziałam - z egzaminu nie wyszłam stratna.
Bezlitośni wykładowcy
Pierwszy raz do egzaminu ustnego podchodziłam w czerwcu. Salę egzaminacyjną opuściłam z niezadowalającym mnie wynikiem. Oznaczało to, że przyjść będę musiała ponownie we wrześniu. I tak właśnie się stało. Pewnego wrześniowego dnia, kiedy słońce pięknie świeciło i za nic na świecie nie zachęcało do spędzenia południa w czterech ścianach, przyszłam na wydział. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdybym nie była na miejscu dwie godziny wcześniej. Było to mało dobrze strategicznie rozegrany ruch. Całe dwie godziny spędziłam na stresowaniu się. Po korytarzach co jakiś czas przechadzali się egzaminatorzy, robiąc groźne miny. Nic nie wskazywało na to, że zdam. Byłam przekonana, że przedłużę sobie młodość i będę powtarzała rok, a to wcale nie było moim marzeniem. Czarne myśli na temat zapłacenia milionów za warunek i chodzenia na te same zajęcia od początku snułam przez cały czas, dopóki nie poznałam wyniku egzaminu, z którego swoja drogą miałam zamiar uciec, bo przenikliwe spojrzenia egzaminatorów i brak uśmiechów doszczętnie mnie paraliżował. Jednak po trzech latach studiowania, dwóch kampaniach wrześniowych, warunku, dochodzę do wniosku, że wykładowcy czerpią radość z stresowania studentów, który zrobi to skuteczniej wygrywa bliżej nieokreśloną nagrodę.
Złośliwość losu
Kiedy uporałam się z egzaminami, a ich wynik był dla wszystkich zadowalający, mogłam się pracą licencjacką. Napisana znajdowała się na moim komputerze od maja, czekała przez te kilka miesięcy na ujrzenie światła dziennego i w końcu się doczekała. Wymieniałam z moją promotor maile, wysyłałam jej pracę, ona odsyłała mi sprawdzoną. Kiedy nadszedł czas ostatecznej korekty, dostałam plik z wiadomością o terminie obrony. Wtedy zamarłam. Termin obrony pokrył się idealnie z terminem mojego lotu do Londynu. Nie miałam wielkiej ochoty tam lecieć, ale wcale nie wymodliłam się, aby te dwa ważne wydarzenia się pokryły. Los bywa zabawny, ale nie trzeba ślepo za nim podążać. Następnego dnia zamierzałam go przechytrzyć. Z samego rana zjawiłam się na wydziale, poszłam do mojej promotor, niemalże na kolanach prosiłam o zmianę terminu. Nie popłynęły łzy, nie popłynęły przekleństwa, pojawiła się radość - obronę mam kilka dni przed wylotem. Tym razem to ja zadrwiłam z losu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz