niedziela, 25 stycznia 2015

Hobbit - alegoria świata

Słów na temat najnowszej ekranizacji Hobbita pojawiło się w Internecie mnóstwo. Jestem laikiem, nie czytałam książki, nie obejrzałam drugiej części filmu, poszłam do kina w celu nacieszenia oczu przecudownymi widokami, z których słynie Władca Pierścieni i wcześniejsze części Hobbita.

Po powrocie do domu w mojej głowie zostały słowa wypowiedziane przez umierającego Thorina skierowane do Bilbo. Powiedział, że gdyby wszyscy ludzie ceniliby bardziej dom niż złoto, to świat byłby szczęśliwszy. Trafione samo sedno, zdanie, które świetnie podsumowuje historię świata. I po całym tym szale związanym z ekranizacją Hobbita, to właśnie te słowa powinny pozostać w naszej głowie i pobudzić nas do refleksji.

Nie będę pisać nic więcej, recenzję pozostawiam ludziom, którzy bardziej znają się na twórczości tolkienowskiej niż ja. Ze swojej strony zachęcę jedynie do przemyślenia tej całej wojny, a szczególnie sporu, który miał być zalążkiem do bratobójczej walki.

piątek, 23 stycznia 2015

Obywatelu, marsz do kina!

Polski Forrest Gump osadzony w realiach PRLu. Brzmi dobrze, nie? Dałam się na to nabrać i z chęcią wybrałam się na Obywatela w reżerii Jerzego Stuhra.

Zostałam zachęcona zwiastunem, osobą reżysera oraz obsadą. Byłam przekonana, że będzie to ogromna dawka śmiechu. W końcu taka była obietnica autora. Z kina wyszłam nieco rozczarowana. Jedyne co mnie nie zawiodło to gra aktorka, aktorzy zostali dobrani bardzo dobrze, wybrani zostali ci najlepsi i najbardziej utalentowani. Fabuły nie okrzyknęłabym mianem genialnej, może to kwestia tego, że za bardzo nastawiłam się na ten film, a przez to wzrosły moje oczekiwania, a może jako pokolenie wychowane w wolnej Polsce nie rozumiałam wszystkiego i nie dorosłam do tego, aby bawiły mnie pewne niuanse. A być może opacznie zrozumiałam i film wcale nie miał być komedią?
Jedno jest pewne, to film, który rozprawia się z poprzednią epoką, Polakami oraz ich przywarami. Bardzo trafnie pokazana została kwestia antysemityzmu, uderzono dokładnie w sedno. Stuhr nie bał się poprawności politycznej, uderzył z grubej rury. A kalkę zachowań można przełożyćby na czasy współczesne. Choć zmienił nam się system, moda i lata w kalendarzu, to mentalność pozostała ta sama - uciekamy się do dyskryminacji (na zewnątrz tego nie widać, ale warto posłuchać rozmów na zakrapianym spotkaniu, wtedy każdy Polak nabiera szczerości), uwielbiamy kombinować, buntować się, oszukiwać władzę.

Jeśli ktoś jak ja nastawi się na sporą dawkę śmiechu rozczaruje się. Za to polecam film, aby zobaczyć siebie w krzywym zwierciadle.

czwartek, 22 stycznia 2015

Król prerii

Wojciech Cejrowski to człowiek o dwóch twarzach. Pierwsza przedstawia gorliwego katolika, stojącego na straży katolickich wartości. Druga twarz, ta bardziej mi znana i bliższa, to Wojciech Cejrowski wielki podróżnik. Cenię tego autora za barwne opisy, ciekawy język i wartościowe opisy miejsc, których mnie, przede wszystkim ze względu na brak odwagi, dawne zapewne nie będzie dane zobaczyć.

Z Ameryką w tym roku spotkałam się już po raz drugi. Najpierw w moje ręce trafiła Ameryka po kaWałku Marka Wałkuskiego, teraz towarzyszyłam Wojciechowi Cejrowskiemu w jego podróżach po prerii. Teoretycznie zdawałam sobie sprawę z tego, że Stany są ogromne, a przez to z pewnością bardzo różnorodne, ale nie zdawałam sobie sprawy, że te różnice są tak duże. Najpierw poznałam Amerykę od strony miasta, gdzie przechadzali się eleganccy ludzie, spieszący się do swoich biur w korporacjach. U Cejrowskiego wchodzimy do wnętrza społeczności stanu Arizona, gdzie po ulicach, w biały dzień przechadzają się kowboje, tak dobrze znani z westernów.
Kilka lat temu oglądałam Tajemnica Brokeback Mountain, a przez co mój obraz kowboja, chadzającego w butach w ostrogach, wielkim kapeluszu i rzucającego źdźbło trawy, był bardzo mocno spaczony (kto oglądał ten film, doskonale wie o czym piszę, pozostałych zachęcam do rozszerzenia wiedzy we własnym zakresie). Wydawało mi się też, że gatunek facetów ze stali, których noc nie ruszy wyginął, więc jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy przeczytałam o nich właśnie w tej książce.
Cenię w Wojciechu Cejrowskim umiejętność zaaklimatyzowania się w każdym miejscu, do którego przyjedzie. Wchodzi w społeczność, żyje z nimi, zaprzyjaźnia, a później wszystkie swoje obserwacje opisuje na papierze. Robi to w tak niebanalny i zarazem tak ciekawy sposób, że z jednej strony byłam ciekawa co znajdę na kolejnych stronach książki, a z drugiej było mi szkoda, że zbliżam się sukcesywnie ku końcowi. Mam za sobą wiele książek podróżniczych i zdecydowanie mogę powiedzieć, że nie każdy ma taki dar, tak barwnego opisywania rzeczywistości. Książka posiada wiele ciekawych i trafnych spostrzeżeń, a wszystko jest utrzymane w zabawnym stylu. Za plus uważam uwagi tłumacza, choć rozmawianie ze sobą, nawet na papierze jest trochę dziwne. Jednak Cejrowski ma ogromny dystans do siebie i bawi się z czytelnikiem, często wprawiając go w zdumienie.
Atutem tej książki jest nie tylko słowo pisane, ale również jej wydanie. Okładka i wnętrze przypominają stary pamiętnik, który okraszony jest przecudownymi zdjęcia. Patrząc na nie człowiek ma ochotę rzucić wszystko, zostawić za sobą i pojechać na prerię, bo świat wydaje się być tak odrębny od naszego, że wydaje się być idyllą, pełną ciszy i spokoju.
To opowieść również o sile i determinacji człowieka, który jest w stanie przystosować się niemal do każdych warunków. A kowboje to ludzie żyjący w respekcie z naturą, to przydałoby się i nam, Europejczykom, ponieważ mamy dziwne mniemanie, że jesteśmy tak wielcy, że wszystko sobie podporządkowaliśmy, a jest inaczej. To przyroda jest na tyle dobra, że nie pokazuje swoich pazurków i daje nam żyć na tym świecie jak tylko sobie chcemy.

Tych, którzy obawiają się, że Wyspa na prerii będzie przesycona poglądami autora, uspakajam, że ze spraw religijnych można wyczytać jedynie o spędzaniu świat przez autora.

Ps. "Jest jeszcze coś, o czym mężczyźni nie mają pojęcia: Kobieta nigdy nie zmienia poglądów - nie musi, gdyż ma wszystkie naraz."

środa, 21 stycznia 2015

M jak Murakami

Kiedy nadchodzi sesja i zaczynam uczyć się do egzaminów, nachodzi mnie wielka chęć do pochłaniania powieści. Staram się tak zagospodarować czasem, aby w każdą wolną chwilę poświęcić na czytanie.

Moje pierwsze spotkanie z Haruki Marukami miało miejsce przy sesji letniej, sięgnęłam wtedy po Na południe od granicy, na zachód od słońca. Entuzjastyczne recenzje zachęciły mnie do zapoznania się z twórczością tego autora. Jego książką byłam zachwycona, pochłonęłam ją szybko. Zachęcona po dobrym pierwszym spotkaniu z Murakami, wyszukałam promocji i kupiłam trzy inne jego książki (jedną nawet podwójnie - przy zakupie w księgarni zapomniałam, że już ten tytuł zamówiłam przez Internet).
Dzisiaj skończyłam czytać Norwegian Wood, z którą mierzyłam się od września, między końcowymi stronami znalazłam informację o egzaminie wstępnym na studia. Naczytałam się tyle pochlebnych recenzji dotyczących tej pozycji, że czuję presję napisania pochlebnych słów. Jednak niezupełnie podzielam tego entuzjazmu. Jeśli pierwsza książka mnie oczarowała, ta trochę rozczarował, o czym świadczy fakt, że czytałam ją przez cztery miesiące.
Temat powinien być mi bliski z racji tego, że bohaterowie są w moim wieku, studiują i wkraczają w dorosłe życie. Depresyjne nastroje, bezsensowność bytu nie przekonywały mnie, staram się brać z życia to co najważniejsze, patrzeć na niego optymistycznie, nie rozumiem ludzi, który stale mają weltschmerz, tym bardziej, jeśli są młodzi, a cały świat stoi przed nimi otworem. Być może jest to kwestia różnicy pokolenia i kultury. Zostałam wychowana w innej rzeczywistości i w innym kręgu kulturowym, może w tym leży problem.
Godnym pochwały jest fakt, tak sprytnego skontrowania powieście, że cały czas przewija się wątek piosenko Norwegian Wood. Zresztą w  wszystkich książkach Murakami, które miałam w ręku, przemija się wątek muzyki, najczęściej tej klasycznej.

Nie umiem się jednoznacznie odnieść do niej książki. Czasami czytało mi się ją fatalnie, czasami bardzo dobrze. Czasami mnie wciągała, czasami zniechęcała. Najlepszym rozwiązaniem będzie sięgnięcie samemu po nią i skonfrontowanie się z nią.

Ps. Każda książka Murakamiego (a przynajmniej te, co do tej pory przeczytałam) to kulinarna podróż. Ważnym elementem opisu dnia bohatera jest opis jego posiłku. Dania są zupełnie inne niż te, które spożywane są na co dzień w Europie, a to traktuję jako dodatkowy walor (nie to, że nie jemy tego samego co Japończycy, ale fakt, że pisarz uchyla nam trochę swojego świata i swojej kultury poprzez opisy spożywanych potraw).

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Sesja is coming

Dzięki moim znajomym nie potrzebowałabym kalendarza. Obserwując ich zachowanie mogę bez problemu dojść do wniosku, że mamy teraz przełom stycznia i lutego, a studenci przypominają sobie, że znowu nic nie zrobili przez cały semestr i trzeba w końcu przysiąść nad notatkami, zarwać kilka nocy i elegancko zdać sesję.

Kiedyś oznaką nadejścia sesji były tłumy w bibliotece, widok zaczytanych studentów, pilnie czytających swoje notatki. Teraz tłum co prawda pozostał, ale zdobywanie wiedzy nie okazuje się poprzez rzeczywiste siedzenie nad materiałami, ale poprzez ilość opublikowanych wiadomości na facebooku.
Jest 1.22 mam włączony rzeczony wcześniej portal internetowy, a przy imionach i nazwiskach moich znajomych świeci się więcej zielonych kółeczek niż normalnie o tej porze nocy. Przeglądam tablicę, a tam milion informacji o tym, że nadchodzi sesja, swoja drogą dziękuję za informacje, nie wiedziałam. Ludzie prześcigają się w tym, kto robi bardziej kreatywną rzecz, zbierają lajki i masę komentarzy pod upublicznionym materiałem. Zapętla się koło, bo przecież nie można przejść obojętnie obok informacji, że Osi z Top Model zdradziła sekret na szczupłą sylwetkę albo że w trakcie sesji pochłania się czekolady i szuka się usprawiedliwienia na ten fakt.

Biedna ja, nie mogę się uczyć, nie mogę przejść obojętnie obok tak ciekawych informacji. Moi bezduszni znajomi nie pozwalają mi się uczyć. To z pewnością wszystko przez nich, przecież nie mogę tak bezdusznie wyłączyć komputer i nie zareagować na ich nowinki.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Hiro i spółka

Mam weltschmerz, głęboki. Naprzemiennie czytam Korespondenci.pl oraz Prawa człowieka. Zło, które opisane jest w tym dwóch pozycjach przytłacza mnie. Pokazują, że cierpienie ludzkie jest nierozerwalne z naszą kulturą i cywilizacją. Boli mnie bezsilność i niemożność zmiany świata.

Mieszkam w małym mieście, które pochwalić się może własną salą kinową. Czekać na najnowsze produkcje nie musimy długo, są one nam dostarczane dość szybko. Dlatego za niewielkie pieniądze możemy co weekend spotkać się na sali kinowej z innymi mieszkańcami miasta. Jest ciasno, ale przytulnie oraz intymnie. Jednak najbardziej lubię klimat tego kina z innego powodu. Kiedy zaczyna się film, szczególnie film dla dzieci wszyscy na hura otwierają przemycone jedzenie: chipsy, czekolady, batoniki. Każdy stara się to robić po kryjomu i tylko wtedy kiedy gaśnie już światło, żeby nie było przypału, bo przecież wnoszenie jedzenia jest passe.
Dzisiaj wybrałyśmy się z moją siostrą na Wielką Szóstkę. Historia dzieje się w Japonii, bohaterem jest chłopiec, który z powodu różnych związków losowych staje przed trudnym zadaniem, jednak dzięki pomocy rodziny i przyjaciół udowadnia, że stosunki międzyludzkie są lekiem na każde zło. Ciepła opowieść o ciężkim życiu, dająca wiarę w ludzkość. Podnosi na duchu i ulecza weltschmerz. Uśmiałam się niemiłosiernie, ale też uroniłam kilka łez, które po kryjomu starałam się otrzeć.

Lubię bajki dla dzieci, szczególnie te wychodzące z wytwórni Walta Disney'a, a powiedziałabym, że kiedy są to o wiele lepsze produkcje niż filmy dedykowane dla dorosłych. Czasami zdarza się, że człowiek się zabiega, biegnie niewiadomo w jakim celu, biegnie i kiedy osiąga swój cel okazuje się on być niewarty poświęceń. Bajki sprowadzają na ziemie, pokazują, że zagubiliśmy się, zatraciliśmy sens życia, pokazują co powinno być dla nas cenne. Ale tym samym pokazuje, że wszystko można odkręcić, a z najbardziej krętej drogi można zawrócić.Przywracają wiarę w ludzi i emanują ciepłem.

sobota, 3 stycznia 2015

Ameryka bez stereotypów

Kiedy stawiałam pierwsze kroki w Warszawie, towarzyszyła mi Radiowa Trójka. W moim domu, na kuchennym blacie stoi radio, zakupione zostało, gdy wprowadzaliśmy się do tego miejsca, od tego czasu jest nierozerwalnym elementem naszego życia codziennego. Odbiornik zawsze był i jest nastawiony na fale 98.8. Będąc w Warszawie tęskniłam za domem, lekiem było nastawienie radia na stację słuchaną przez moich domowników i chociaż na chwilę przenosiłam się do kuchni i zasiadałam z moją rodziną przy kuchennym stole. Teraz po sześciu latach zamieszkiwania poza domem, nadal za nim tęsknię, ale swoją tęsknotę nie łagodzę już słuchaniem radia, bo dnia bez Trójki nie potrafię sobie wyobrazić.

W moim domu niemalże cały czas włączone jest radio, nie wiem czy jest to strach przed ciszą czy czysta kwestia przyzwyczajenia. Jednak ogromnie cenię to radio, ponieważ przeciwieństwie do swojego telewizyjnego rodzeństwa nie zeszmaciło się. Redaktorzy nie karmią nas tanią sensacją, bezsensownymi rozmowami, dennymi audycjami, zamiast tego ich fach stoi na naprawdę wysokim poziomie. Lubię wieczorem usiąść przy radiu posłuchać ciekawych dyskusji, genialnie zrobionych słuchowisk. Wczoraj miałam okazję posłuchać retransmisji spotkania z Markiem Wałkuskim, na którym promował swoją najnowszą książkę Ameryka po kaWałku. Usiadałam wygodnie w fotelu i na godzinę przeniosłam się do studia im. Agnieszki Osieckiej i oczyma wyobraźni uczestniczyłam "na żywo" w spotkaniu. Nie była to może do końca mądra decyzja, ponieważ byłam w trakcie czytania tej książki, a panowie troszeczkę zdradzili co ciekawsze smaczki z tej opowieści, ale mimo wszystko czytało mi się ją przyjemnie, gdyż słowo mówione różniło się od słowa pisanego.

Jeśli miałabym wymienić książki, które odmieniły mój światopogląd, to zdecydowanie na tę listę trafiłaby wspomniana wcześniej pozycja. Mój dotychczasowy obraz Amerykanina był znacznie ograniczony, nacechowany stereotypami, które dokarmiane były przez głupie amerykańskie komedie. Tak więc typowy Amerykanin był dla mnie grubym debilem objadającym się frytkami, popijający je colą, rozwalonym na fotelu i gapiącym się bez sensu w telewizor. Obraz szalonego naukowca z Ameryki też miałam spaczony, uważałam go za dzikawa, który wybiera absurdalne tematy i próbuje zrobić z nich materiał naukowy. Nie będę Wam zdradzać co dokładnie odmieniło mój tok myślenia, które fakty przeważyły, że mam teraz inny obraz Amerykanina, proponuję zajrzeć do książki i samemu się przekonać czy te wszystkie wyobrażenia, które siedzą w naszych głowach są poprawne. W każdym bądź razie jestem zachwycona niektórymi amerykańskimi rozwiązaniami i chętnie przeniosłabym je na grunt polski, ponieważ w doskonały sposób odmieniłyby nam życie i sprawiły, że bylibyśmy bardziej radośniejsi, a życie nie byłoby dla nas tak okrutne, a przez co i smutne.

Ameryka po kaWałku składa się z sześciu rozdziałów lub jak kto woli kawałków, każdy opisuje inny fenomen typowy dla tego kraju. Można ją czytać po kolei, wybiórczo lub opracować własny system, na przykład czytając najpierw jedynie rozdziały, którym zostały przypisane parzyste liczby, a później pozostałe, a ścisłe umysłu mogą wybrać na początek jedynie liczby podzielne przez 3, a później wymyślić jeszcze inny algorytm. Kolejność jest dowolna, co jest nierozerwalnie związane z Ameryką, w której panuje wolność, a każdy może pokazać swój indywidualizm na własny sposób. Nie tylko sposób skonstruowania książki jest innowacyjny (jak określił to autor), ale styl i humor są przegenialne. Pochłania ją się z niezwykłą łatwością i tylko zdrowy rozsądek kazał robić sobie pauzy, aby nie przeczytać jej za szybko. Wczoraj podczas kończenia książki zaśmiewałam się niemiłosiernie, na co moja siostra reagowała dość nieufnie, tym bardziej, że fragmenty, które jej cytowałam nie trafiały do niej i ich nie rozumiała, ale jestem pewna, że jak trochę podrośnie, a jej świadomość o świecie trochę wzrośnie podzieli mój los, czego jej niezmiernie życzę.
Kto zna pana Wałkuskiego i jego rozmowy popołudniowe z panem Strzyczkowskim z pewnością ma wielką chrapkę na opis niebanalnych napadów na bank. Ten kto sięgnie po tę książkę nie zawiedzie się (chociaż osobiście nie brałabym tych wszystkich opisów za dobre rady, a raczej jako przestrogi jak nie napadać - dobra lekcja przez planowanym rabunkiem).

Odszczekuję wszelkie złe słowa, które kierowałam w kierunku Amerykanów. A od kilku dni pokochałam ich poczucie humoru i podejście do życia, co staje się częścią postanowienia na całe życie, aby brać z nich przykład i nie tracić optymizmu.