Polski Forrest Gump osadzony w realiach PRLu. Brzmi dobrze, nie? Dałam się na to nabrać i z chęcią wybrałam się na Obywatela w reżerii Jerzego Stuhra.
Zostałam zachęcona zwiastunem, osobą reżysera oraz obsadą. Byłam przekonana, że będzie to ogromna dawka śmiechu. W końcu taka była obietnica autora. Z kina wyszłam nieco rozczarowana. Jedyne co mnie nie zawiodło to gra aktorka, aktorzy zostali dobrani bardzo dobrze, wybrani zostali ci najlepsi i najbardziej utalentowani. Fabuły nie okrzyknęłabym mianem genialnej, może to kwestia tego, że za bardzo nastawiłam się na ten film, a przez to wzrosły moje oczekiwania, a może jako pokolenie wychowane w wolnej Polsce nie rozumiałam wszystkiego i nie dorosłam do tego, aby bawiły mnie pewne niuanse. A być może opacznie zrozumiałam i film wcale nie miał być komedią?
Jedno jest pewne, to film, który rozprawia się z poprzednią epoką, Polakami oraz ich przywarami. Bardzo trafnie pokazana została kwestia antysemityzmu, uderzono dokładnie w sedno. Stuhr nie bał się poprawności politycznej, uderzył z grubej rury. A kalkę zachowań można przełożyćby na czasy współczesne. Choć zmienił nam się system, moda i lata w kalendarzu, to mentalność pozostała ta sama - uciekamy się do dyskryminacji (na zewnątrz tego nie widać, ale warto posłuchać rozmów na zakrapianym spotkaniu, wtedy każdy Polak nabiera szczerości), uwielbiamy kombinować, buntować się, oszukiwać władzę.
Jeśli ktoś jak ja nastawi się na sporą dawkę śmiechu rozczaruje się. Za to polecam film, aby zobaczyć siebie w krzywym zwierciadle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz