Kiedy stawiałam pierwsze kroki w Warszawie, towarzyszyła mi Radiowa Trójka. W moim domu, na kuchennym blacie stoi radio, zakupione zostało, gdy wprowadzaliśmy się do tego miejsca, od tego czasu jest nierozerwalnym elementem naszego życia codziennego. Odbiornik zawsze był i jest nastawiony na fale 98.8. Będąc w Warszawie tęskniłam za domem, lekiem było nastawienie radia na stację słuchaną przez moich domowników i chociaż na chwilę przenosiłam się do kuchni i zasiadałam z moją rodziną przy kuchennym stole. Teraz po sześciu latach zamieszkiwania poza domem, nadal za nim tęsknię, ale swoją tęsknotę nie łagodzę już słuchaniem radia, bo dnia bez Trójki nie potrafię sobie wyobrazić.
W moim domu niemalże cały czas włączone jest radio, nie wiem czy jest to strach przed ciszą czy czysta kwestia przyzwyczajenia. Jednak ogromnie cenię to radio, ponieważ przeciwieństwie do swojego telewizyjnego rodzeństwa nie zeszmaciło się. Redaktorzy nie karmią nas tanią sensacją, bezsensownymi rozmowami, dennymi audycjami, zamiast tego ich fach stoi na naprawdę wysokim poziomie. Lubię wieczorem usiąść przy radiu posłuchać ciekawych dyskusji, genialnie zrobionych słuchowisk. Wczoraj miałam okazję posłuchać retransmisji spotkania z Markiem Wałkuskim, na którym promował swoją najnowszą książkę Ameryka po kaWałku. Usiadałam wygodnie w fotelu i na godzinę przeniosłam się do studia im. Agnieszki Osieckiej i oczyma wyobraźni uczestniczyłam "na żywo" w spotkaniu. Nie była to może do końca mądra decyzja, ponieważ byłam w trakcie czytania tej książki, a panowie troszeczkę zdradzili co ciekawsze smaczki z tej opowieści, ale mimo wszystko czytało mi się ją przyjemnie, gdyż słowo mówione różniło się od słowa pisanego.
Jeśli miałabym wymienić książki, które odmieniły mój światopogląd, to zdecydowanie na tę listę trafiłaby wspomniana wcześniej pozycja. Mój dotychczasowy obraz Amerykanina był znacznie ograniczony, nacechowany stereotypami, które dokarmiane były przez głupie amerykańskie komedie. Tak więc typowy Amerykanin był dla mnie grubym debilem objadającym się frytkami, popijający je colą, rozwalonym na fotelu i gapiącym się bez sensu w telewizor. Obraz szalonego naukowca z Ameryki też miałam spaczony, uważałam go za dzikawa, który wybiera absurdalne tematy i próbuje zrobić z nich materiał naukowy. Nie będę Wam zdradzać co dokładnie odmieniło mój tok myślenia, które fakty przeważyły, że mam teraz inny obraz Amerykanina, proponuję zajrzeć do książki i samemu się przekonać czy te wszystkie wyobrażenia, które siedzą w naszych głowach są poprawne. W każdym bądź razie jestem zachwycona niektórymi amerykańskimi rozwiązaniami i chętnie przeniosłabym je na grunt polski, ponieważ w doskonały sposób odmieniłyby nam życie i sprawiły, że bylibyśmy bardziej radośniejsi, a życie nie byłoby dla nas tak okrutne, a przez co i smutne.
Ameryka po kaWałku składa się z sześciu rozdziałów lub jak kto woli kawałków, każdy opisuje inny fenomen typowy dla tego kraju. Można ją czytać po kolei, wybiórczo lub opracować własny system, na przykład czytając najpierw jedynie rozdziały, którym zostały przypisane parzyste liczby, a później pozostałe, a ścisłe umysłu mogą wybrać na początek jedynie liczby podzielne przez 3, a później wymyślić jeszcze inny algorytm. Kolejność jest dowolna, co jest nierozerwalnie związane z Ameryką, w której panuje wolność, a każdy może pokazać swój indywidualizm na własny sposób. Nie tylko sposób skonstruowania książki jest innowacyjny (jak określił to autor), ale styl i humor są przegenialne. Pochłania ją się z niezwykłą łatwością i tylko zdrowy rozsądek kazał robić sobie pauzy, aby nie przeczytać jej za szybko. Wczoraj podczas kończenia książki zaśmiewałam się niemiłosiernie, na co moja siostra reagowała dość nieufnie, tym bardziej, że fragmenty, które jej cytowałam nie trafiały do niej i ich nie rozumiała, ale jestem pewna, że jak trochę podrośnie, a jej świadomość o świecie trochę wzrośnie podzieli mój los, czego jej niezmiernie życzę.
Kto zna pana Wałkuskiego i jego rozmowy popołudniowe z panem Strzyczkowskim z pewnością ma wielką chrapkę na opis niebanalnych napadów na bank. Ten kto sięgnie po tę książkę nie zawiedzie się (chociaż osobiście nie brałabym tych wszystkich opisów za dobre rady, a raczej jako przestrogi jak nie napadać - dobra lekcja przez planowanym rabunkiem).
Odszczekuję wszelkie złe słowa, które kierowałam w kierunku Amerykanów. A od kilku dni pokochałam ich poczucie humoru i podejście do życia, co staje się częścią postanowienia na całe życie, aby brać z nich przykład i nie tracić optymizmu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz