wtorek, 17 lutego 2015

Muzeum, które straszy

Chłodne, listopadowe popołudnie. Ubrana w zimową kurtkę, z czapką mocno naciągniętą na uszy, ruszyłam w kierunku Państwowego Muzeum Etnograficznego, w celu spotkania się twarzą w twarz z kulturami, tymi bliskimi oraz tymi dalekimi. Myśl o postawieniu swoich kroków w tym miejscy ekscytowała mnie cały dzień. W pamięci przywoływałam obrazy z mojej ostatniej wizyty w tej placówce – kolorowe suknie, tajemnicze przedmioty. Zacierałam ręce na to spotkanie.
Będąc na miejscu z ogromną siłą pchnęłam masywne, drewniane drzwi i spotkałam się ze smutnymi paniami z kasy. Zakupiłam pośpiesznie bilet, nie chcą przeszkadzać im swoją obecnością. Zdjęłam wierzchnie ubranie i udałam się do pierwszej sali.

”Zwykłe-niezwykłe. Fascynujące kolekcje w zbiorach Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie”
W sali przywitał mnie uśmiechnięty i niezwykle gadatliwy strażnik muzealny. Obejrzał mój bilet, dał kilka wskazówek i pożyczył miłego zwiedzania. W nozdrzach poczułam przyjemny zapach starej, drewnianej podłogi, wzięłam głębszy oddech, aby móc się nim delektować. Deski pode mną rozkosznie zaskrzypiały, to był dobry początek mojej wizyty w muzeum.
Swoje pierwsze kroki pokierowałam do tablicy informacyjnej, opisującej wystawę. Pochłonęłam cały tekst, zaklasnęłam w ręce, zachęcona frazą „fascynujące kolekcje w zbiorach Państwowego Muzeum Etnograficznego”, w głowie rodziły mi się niezwykłe obrazy.


Sala oprowadza zwiedzającego po historii placówki, zbiorów i ich pozyskiwania. Skłamałabym, gdyby napisała, że przeczytałam każdą tabliczkę, pochyliłam się z wielką uwagą nad każdym eksponatem. Jestem trochę jak przysłowiowa sroka, moim największym zainteresowaniem cieszyły się te najbardziej kolorowe przedmioty. Zafascynował mnie strój Indianki Saraguro, który nęcił mój wzrok pięknym, kolorowym i misternie wykonanym naszyjnikiem. Zadziwiłam mnie broszka, cudownie wykonana, ale niekoniecznie wykorzystywana jedynie do pięknych celów. Oprócz funkcji czysto ozdobnej, miała również funkcję obroną. W chwili zagrożenia można było taką biżuterię użyć do uszkodzenia przeciwnika. Może zabić byśmy drugiej osoby, tym nie zabili, ale zapewne dotkliwą ranę można by zadać, używając tego narzędzia umiejętnie.

Sztuka ludowa często kojarzona jest z prymitywizmem, sama ją tak odbieram, podświadomie, z przyzwyczajenia. Jednak czy ktoś dał nam prawo, aby tak właśnie określać te przedmioty? Często twórcy ludowi, to ludzie prości, samoucy, bez wykształcenia, ludzie, którzy tworzą, bo lubią, bo mają talent, bo chcą coś przekazać innym lub po prostu sztuka ta służy ozdabianiu wnętrza. Czy mamy prawo do wartościowania tej sztuki i określenia jej jako gorszej, pierwotnej, a przez co mniej wartościowej? Sztuka ludowa płynie z serca, jest tworzona przez ludzi dla ludzi, nie przepływają przez nią pompatyczne ideały, jest prosta, a przed co nieskalana współczesnym, zepsutym światem.

„Inne oblicza. Maski, marionetki i sztuka cieni ze zbiorów Chińskiego Narodowego Muzeum Sztuki”
Mój krąg zainteresowań nigdy nie dotyczył wschodniej części świata. Interesowała i nadal interesuje mnie sztuka Zachodu, tj. europejska oraz amerykańska. Nie mam narzędzi do badania kultury chińskiej, nie znam się na niej, nie mam dużej wiedzy o tym kraju. Dlatego stwierdzenie, że wystawa mnie pochłonęła, zaintrygowała, przyciągnęła na dłuższą chwilę i zmusiła do dłużej kontemplacji, byłoby oszustwem, obłudą i kłamstwem na rzecz rzeczonej pracy. Jednak starałam się wykonać rzetelnie swoje zadanie, a wystawę przestudiowałam uważnie, próbując choć odrobinę poznać tę inną kulturę.

Wystawa zorganizowana jest ku uczczeniu 65. rocznicy ustanowienia polsko-chińskich stosunków dyplomatycznych. Czytając przedmowy, dowiadujemy się, że „[w]ymiana kulturalna [między Polską a Chinami] rozpoczęła się już na początku XVII wieku. [...] Polska fascynacja Chinami sięga już przynajmniej czasów króla Jana III Sobieskiego. [...] Niemniej jednak był to również wyraz pewnej mody ogarniający wówczas całą Europę i trwający przez kilka kolejnych wieków. Moda na chińszczyznę nie miała szczególnie walorów poznawczych, chodziło zdecydowanie bardziej o rozrywki mające posmak egzotyki”. Tendencja się stopniowo odmienia, a ludzie kierują swoje oczy ku Chinom nie ze względu na modę, a  ze względu na fascynację chińską kulturą, czego obrazem jest niniejsza wystawa.
Swoje pierwsze kroki pokierowałam do świata masek. Robiły wrażenie. Misternie pomalowane i ozdobione. Jednak bardziej niż chińskie moją uwagę przyciągnęły maski tybetańskie, których twórcom naprawdę należą się ogromne brawa i szczere wyrazy uznania za niezwykle szczegółowe wykonanie, pomysłowość, kreatywność i przede wszystkim talent. Są przepiękne. Były tworzone kilkaset lat temu, gdzie nie było takiej technologii jak dzisiaj, nie było takich narzędzi, którymi dysponujemy współcześnie, a jednak tworzono prawdziwe dzieła sztuki. Można by znowu mnie posądzić o kierowanie się sroczym instynktem, ponieważ te tybetańskie po prostu były bardziej kolorowe, miały żywsze barwy i były ozdobione przeróżnymi materiałami. Albo obudził się we mnie instynkt kobiety, a słowa piosenki Marilyn Monroe można by sparafrazować następująco: najlepszymi przyjaciółmi kobiety są błyskotki.
„Maski pomagały komunikować się z bóstwem, odganiać złe duchy i choroby, a także przyciągać błogosławieństwa”. Maski miały przebogatą symbolikę. Laik, taki jak ja, czuł się trochę zagubiony w całym tym świecie, w mnóstwie kolorów i symboli. Uważam za fascynujący fakt, że sztuka ludowa, która uważana jest za sztukę pierwotną i prymitywną, posiada tak wiele ukrytych treści, których bez większej wiedzy nie da się odkryć (chyba, że ktoś ma rozwiązanie podane na tacy, tak jak ja, a wszystko znajduje się na tablicach opisujących dany obiekt, wtedy wszystko staje się proste). W życiu bym się nie domyśliła, że wielka, zielona żaba, która przypominała trochę rozjechaną, ma symbolizować umiejętność walki w wodzie. Gdyby nie informacja byłaby przekonana, że to zwierzę znajduje się tutaj przypadkowo albo że twórca lubił żaby ewentualnie dlatego, iż żaba prezentowała się nadzwyczaj dobrze z całą kompozycją.
Następnie stanęłam twarzą w twarz z chińskim teatrem cieni, tradycyjną i ludową formą rozrywki Chin. „Artystyczną grę światła i cienia uzyskuje się, rzucając światło na poruszane ręką animatora przedmioty”. „Kukiełki” oraz rekwizyty zadziwiają bogatą ornamentyką, wielością szczegółów, misternym wykonanie oraz pełnią kolorów. Zadziwiającym jest fakt, że wszystkie te przedmioty podczas teatru są tylko czarne, nie widać barw, nie widać ornamentyki, widać jedynie kontury, czasami lepiej, a czasami gorzej, a mimo wszystko twórcy tak wiele serca i czasu poświęcają swoim dziełom. W pustej sali kinowej, gdzie byłam tylko ja, obejrzałam dwa przestawienia: „Żółw i żuraw” oraz o przeprawie króla Małp przez wulkan. Zadziwiły mnie swoją precyzją ruchów, które były subtelne, przemyślane i odzwierciedlały rzeczywistość, niczym postacie z Disney’owskich bajek. Całemu widowisku towarzyszyła muzyka, dźwięki, które w normalnym warunkach wykonywane są przez orkiestrę na żywo. Podkreślenia warty jest fakt, że „[w] 2001 r. chiński teatr cieni został wpisany na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO”.

Przy okazji prezentowanych tutaj eksponatów zauważyłam, że wszelkie postacie zwierzęce niezwykle różnią się od tych, do których przyzwyczaiła nas europejska sztuka ludowa. Chińskie zwierzęta przypominają bardziej mistyczne stworzenia, występujące w baśniach, a nie istoty, które możemy spotkać w świecie rzeczywistym (nie oceniam tutaj próby odzwierciedlenia smoka, bo to istota magiczna, nierealna, ale przedstawione zostały również zwierzęta spotykane w rzeczywistości, lwy czy świnie i gwarantuję, że w życiu nie widziałam tak udziwnionych przedstawicieli tych gatunków).

Stosunek Ameryki Południowej i Łacińskiej do kwestii śmierci jest mi dobrze znany, inaczej jest z moją wiedzą o stosunku Chin i Tybetu do odejścia z tego świata. Dla nas, Europejczyków to czas żałoby, wielki smutek, koniec doczesności, ból i cierpienie, natomiast dla kultur wschodu to oderwanie od cierpienia, radosny czas, który jest doskonale widoczny w sztuce ludowej. Na wystawie znajduje się maska cmentarna, która jest pełna żywych, wesołych kolorów, bogato ozdobiona, a posunęłabym się również o stwierdzenie, że postacie znajdujące się na tym przedmiocie są radosne, uśmiech pojawia się na ich twarzach.

Wystawa „Inne oblicza” jest obfita w różnorodne eksponaty. Jednak uważam, że dla współczesnego człowieka jest ona zbyt nudna. W dobie dostępu do wszelkiego rodzaju mediów, szczególnie do Internetu, gdzie króluje obraz ruchomy, statyczne obrazy, nieruchome eksponaty są zbyt nużące. Po kilku minutach percepcja człowieka obniża się, a przedmioty zaczynają być podobne. Brakowało mi interakcji, dźwięków, ruchomych obrazów, które są tak powszechne w światowych muzeach, chociażby w muzeach londyńskich.

4. Rozprawienie się z muzeum
Kiedy wypadało mi jeszcze nosić dwa warkocze i ogromne kokardy na głowie, corocznie spędzałam z rodzicami wakacje w górskiej miejscowości, w Żywcu. Urlop planowaliśmy tak, aby pokrył się z Tygodniem Kultury Beskidzkiej. Proszę sobie teraz wyobrazić małą dziewczynkę, z ogromnym lizakiem, która z ciekawością w oczach obserwowała występy artystów folklorowych z całego świata, która z fascynacją obserwowała kolorowe suknie kobiet meksykańskich, które wprawiane w zawirowania ze swoją wielością barw przypominały wielkiego, okrągłego, smacznego lizaka. Wakacje w Żywcu obudziły we mnie nie tylko ciekawość do folkloru meksykańskiego, ale również do ludowości innych narodów.

Z bólem w sercu, a nawet z krwawiącym sercem stwierdzam, że zawiodłam się na muzeum. Szłam tam z wielką ekscytacją, wyszłam z niedosytem i rozczarowaniem. Cieszyłam się na spotkanie z kolorowymi, przepięknymi strojami, fascynującymi przedmiotami, mając w pamięci swoją ostatnią wizytę w tym miejscu. Dzisiejsze muzeum jest wymarłe. Panowała tam niezwykle intymna atmosfera – eksponaty, panowie strażnicy, kilku zwiedzających i ja. Co prawda sprzyjało to kontemplacji i bliskiemu spotkaniu z prezentowanymi obiektami, ale pomimo kilku eksponatów, które wymieniłam wyżej, nie było nic co przyciągnęło i fascynowało. Czułam się trochę jak intruz, który zakłóca spokój temu miejscu. Przerywałam panom strażnikom spanie albo czytanie książek, byli zmuszeni do pilnowania mnie. Nie dawali mi tego odczuć osobiście, że jestem tu niemile widziana, ale czułam się winna, że powoduję zamęt w tym miejscu.

Ludowość to nie tylko „martwe” eksponaty, które ogląda się za szklaną szybą. To muzyka, rękodzieło, którego zrobienia można podjąć się samemu. W tym przypadku na swoje nieszczęście było mi dane odwiedzić kilka światowej sławy muzeów, między innymi londyńskie Albert and Victoria Museum i jestem zrozpaczona stanem Państwowego Muzeum Etnicznego. Mam wrażenie, że zatrzymał się tu czas, a przystosowane jest dla ludzi z poprzedniej epoki, którzy posiadali jeszcze zdolność większej percepcji na tekście pisanym i przedmiotach statycznych. Współcześni ludzie, a w szczególności młodzież, którą powinno się przyciągać do takich miejsc, odbierają świat już zupełnie inaczej niż ich rodzice, a tym bardziej dziadkowie. Gratką jest dotknięcie przedmiotu, przymierzenie ubrania (a dodatkowo zrobienie zdjęcia, aby pochwalić się nim na portalu społecznościom), obejrzenie filmu, wysłuchanie muzyki. Utwory ludowe są ważnym elementem ludowości, a mam wrażenie, że o niej zupełnie zapomniano. Jestem zdania, że cicha melodia w tle nie przeszkadza w kontemplacji, napiszę więcej, współczesny człowiek żyje w wiecznym hałasie, a to właśnie permanentna cisza go rozprasza i drażni.

Pan strażnik gorąco zapraszał mnie do odwiedzenia ich w drugiej połowie grudniu, kiedy zostaną otwarte trzy stałe wystawy, które tymczasowo są w budowie lub przebudowie – Judaica, Chopin i stroje. Jednak nie wiem czy uda mi się szybko zatrzeć złe wrażenie o tym miejscu i wrócić tu w najbliższym czasie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz