Chłodne,
listopadowe popołudnie. Ubrana w zimową kurtkę, z czapką mocno naciągniętą na
uszy, ruszyłam w kierunku Państwowego Muzeum Etnograficznego, w celu spotkania
się twarzą w twarz z kulturami, tymi bliskimi oraz tymi dalekimi. Myśl o
postawieniu swoich kroków w tym miejscy ekscytowała mnie cały dzień. W pamięci
przywoływałam obrazy z mojej ostatniej wizyty w tej placówce – kolorowe suknie,
tajemnicze przedmioty. Zacierałam ręce na to spotkanie.
Będąc
na miejscu z ogromną siłą pchnęłam masywne, drewniane drzwi i spotkałam się ze
smutnymi paniami z kasy. Zakupiłam pośpiesznie bilet, nie chcą przeszkadzać im
swoją obecnością. Zdjęłam wierzchnie ubranie i udałam się do pierwszej sali.
”Zwykłe-niezwykłe.
Fascynujące kolekcje w zbiorach Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie”
W
sali przywitał mnie uśmiechnięty i niezwykle gadatliwy strażnik muzealny.
Obejrzał mój bilet, dał kilka wskazówek i pożyczył miłego zwiedzania. W
nozdrzach poczułam przyjemny zapach starej, drewnianej podłogi, wzięłam głębszy
oddech, aby móc się nim delektować. Deski pode mną rozkosznie zaskrzypiały, to
był dobry początek mojej wizyty w muzeum.
Swoje
pierwsze kroki pokierowałam do tablicy informacyjnej, opisującej wystawę.
Pochłonęłam cały tekst, zaklasnęłam w ręce, zachęcona frazą „fascynujące
kolekcje w zbiorach Państwowego Muzeum Etnograficznego”, w głowie rodziły mi
się niezwykłe obrazy.
Sala oprowadza
zwiedzającego po historii placówki, zbiorów i ich pozyskiwania. Skłamałabym,
gdyby napisała, że przeczytałam każdą tabliczkę, pochyliłam się z wielką uwagą
nad każdym eksponatem. Jestem trochę jak przysłowiowa sroka, moim największym zainteresowaniem
cieszyły się te najbardziej kolorowe przedmioty. Zafascynował mnie strój
Indianki Saraguro, który nęcił mój wzrok pięknym, kolorowym i misternie
wykonanym naszyjnikiem. Zadziwiłam mnie broszka, cudownie wykonana, ale
niekoniecznie wykorzystywana jedynie do pięknych celów. Oprócz funkcji czysto ozdobnej,
miała również funkcję obroną. W chwili zagrożenia można było taką biżuterię użyć
do uszkodzenia przeciwnika. Może zabić byśmy drugiej osoby, tym nie zabili, ale
zapewne dotkliwą ranę można by zadać, używając tego narzędzia umiejętnie.
Sztuka
ludowa często kojarzona jest z prymitywizmem, sama ją tak odbieram,
podświadomie, z przyzwyczajenia. Jednak czy ktoś dał nam prawo, aby tak właśnie
określać te przedmioty? Często twórcy ludowi, to ludzie prości, samoucy, bez
wykształcenia, ludzie, którzy tworzą, bo lubią, bo mają talent, bo chcą coś
przekazać innym lub po prostu sztuka ta służy ozdabianiu wnętrza. Czy mamy
prawo do wartościowania tej sztuki i określenia jej jako gorszej, pierwotnej, a
przez co mniej wartościowej? Sztuka ludowa płynie z serca, jest tworzona przez
ludzi dla ludzi, nie przepływają przez nią pompatyczne ideały, jest prosta, a
przed co nieskalana współczesnym, zepsutym światem.
„Inne
oblicza. Maski, marionetki i sztuka cieni ze zbiorów Chińskiego Narodowego
Muzeum Sztuki”
Mój
krąg zainteresowań nigdy nie dotyczył wschodniej części świata. Interesowała i
nadal interesuje mnie sztuka Zachodu, tj. europejska oraz amerykańska. Nie mam
narzędzi do badania kultury chińskiej, nie znam się na niej, nie mam dużej
wiedzy o tym kraju. Dlatego stwierdzenie, że wystawa mnie pochłonęła,
zaintrygowała, przyciągnęła na dłuższą chwilę i zmusiła do dłużej kontemplacji,
byłoby oszustwem, obłudą i kłamstwem na rzecz rzeczonej pracy. Jednak starałam
się wykonać rzetelnie swoje zadanie, a wystawę przestudiowałam uważnie,
próbując choć odrobinę poznać tę inną kulturę.
Wystawa
zorganizowana jest ku uczczeniu 65. rocznicy ustanowienia polsko-chińskich
stosunków dyplomatycznych. Czytając przedmowy, dowiadujemy się, że „[w]ymiana
kulturalna [między Polską a Chinami] rozpoczęła się już na początku XVII wieku.
[...] Polska fascynacja Chinami sięga już przynajmniej czasów króla Jana III
Sobieskiego. [...] Niemniej jednak był to również wyraz pewnej mody ogarniający
wówczas całą Europę i trwający przez kilka kolejnych wieków. Moda na
chińszczyznę nie miała szczególnie walorów poznawczych, chodziło zdecydowanie
bardziej o rozrywki mające posmak egzotyki”. Tendencja się stopniowo odmienia,
a ludzie kierują swoje oczy ku Chinom nie ze względu na modę, a ze względu na fascynację chińską kulturą,
czego obrazem jest niniejsza wystawa.
Swoje pierwsze
kroki pokierowałam do świata masek. Robiły wrażenie. Misternie pomalowane i
ozdobione. Jednak bardziej niż chińskie moją uwagę przyciągnęły maski
tybetańskie, których twórcom naprawdę należą się ogromne brawa i szczere wyrazy
uznania za niezwykle szczegółowe wykonanie, pomysłowość, kreatywność i przede
wszystkim talent. Są przepiękne. Były tworzone kilkaset lat temu, gdzie nie
było takiej technologii jak dzisiaj, nie było takich narzędzi, którymi
dysponujemy współcześnie, a jednak tworzono prawdziwe dzieła sztuki. Można by
znowu mnie posądzić o kierowanie się sroczym instynktem, ponieważ te
tybetańskie po prostu były bardziej kolorowe, miały żywsze barwy i były
ozdobione przeróżnymi materiałami. Albo obudził się we mnie instynkt kobiety, a
słowa piosenki Marilyn Monroe można by sparafrazować następująco: najlepszymi
przyjaciółmi kobiety są błyskotki.
„Maski
pomagały komunikować się z bóstwem, odganiać złe duchy i choroby, a także
przyciągać błogosławieństwa”. Maski miały przebogatą symbolikę. Laik, taki jak
ja, czuł się trochę zagubiony w całym tym świecie, w mnóstwie kolorów i
symboli. Uważam za fascynujący fakt, że sztuka ludowa, która uważana jest za
sztukę pierwotną i prymitywną, posiada tak wiele ukrytych treści, których bez
większej wiedzy nie da się odkryć (chyba, że ktoś ma rozwiązanie podane na
tacy, tak jak ja, a wszystko znajduje się na tablicach opisujących dany obiekt,
wtedy wszystko staje się proste). W życiu bym się nie domyśliła, że wielka,
zielona żaba, która przypominała trochę rozjechaną, ma symbolizować umiejętność
walki w wodzie. Gdyby nie informacja byłaby przekonana, że to zwierzę znajduje
się tutaj przypadkowo albo że twórca lubił żaby ewentualnie dlatego, iż żaba
prezentowała się nadzwyczaj dobrze z całą kompozycją.
Następnie
stanęłam twarzą w twarz z chińskim teatrem cieni, tradycyjną i ludową formą
rozrywki Chin. „Artystyczną grę światła i cienia uzyskuje się, rzucając światło
na poruszane ręką animatora przedmioty”. „Kukiełki” oraz rekwizyty zadziwiają
bogatą ornamentyką, wielością szczegółów, misternym wykonanie oraz pełnią
kolorów. Zadziwiającym jest fakt, że wszystkie te przedmioty podczas teatru są
tylko czarne, nie widać barw, nie widać ornamentyki, widać jedynie kontury, czasami
lepiej, a czasami gorzej, a mimo wszystko twórcy tak wiele serca i czasu
poświęcają swoim dziełom. W pustej sali kinowej, gdzie byłam tylko ja,
obejrzałam dwa przestawienia: „Żółw i żuraw” oraz o przeprawie króla Małp przez
wulkan. Zadziwiły mnie swoją precyzją ruchów, które były subtelne, przemyślane i odzwierciedlały
rzeczywistość, niczym postacie z Disney’owskich bajek. Całemu widowisku towarzyszyła
muzyka, dźwięki, które w normalnym warunkach wykonywane są przez orkiestrę
na żywo. Podkreślenia warty jest fakt, że „[w] 2001 r. chiński teatr cieni
został wpisany na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości
UNESCO”.
Przy
okazji prezentowanych tutaj eksponatów zauważyłam, że wszelkie postacie
zwierzęce niezwykle różnią się od tych, do których przyzwyczaiła nas europejska
sztuka ludowa. Chińskie zwierzęta przypominają bardziej mistyczne stworzenia,
występujące w baśniach, a nie istoty, które możemy spotkać w świecie
rzeczywistym (nie oceniam tutaj próby odzwierciedlenia smoka, bo to istota magiczna,
nierealna, ale przedstawione zostały również zwierzęta spotykane w
rzeczywistości, lwy czy świnie i gwarantuję, że w życiu nie widziałam tak udziwnionych
przedstawicieli tych gatunków).
Stosunek Ameryki
Południowej i Łacińskiej do kwestii śmierci jest mi dobrze znany, inaczej jest
z moją wiedzą o stosunku Chin i Tybetu do odejścia z tego świata. Dla nas,
Europejczyków to czas żałoby, wielki smutek, koniec doczesności, ból i
cierpienie, natomiast dla kultur wschodu to oderwanie od cierpienia, radosny
czas, który jest doskonale widoczny w sztuce ludowej. Na wystawie znajduje się
maska cmentarna, która jest pełna żywych, wesołych kolorów, bogato ozdobiona, a
posunęłabym się również o stwierdzenie, że postacie znajdujące się na tym
przedmiocie są radosne, uśmiech pojawia się na ich twarzach.
Wystawa
„Inne oblicza” jest obfita w różnorodne eksponaty. Jednak uważam, że dla
współczesnego człowieka jest ona zbyt nudna. W dobie dostępu do wszelkiego
rodzaju mediów, szczególnie do Internetu, gdzie króluje obraz ruchomy,
statyczne obrazy, nieruchome eksponaty są zbyt nużące. Po kilku minutach percepcja
człowieka obniża się, a przedmioty zaczynają być podobne. Brakowało mi
interakcji, dźwięków, ruchomych obrazów, które są tak powszechne w światowych
muzeach, chociażby w muzeach londyńskich.
4. Rozprawienie
się z muzeum
Kiedy
wypadało mi jeszcze nosić dwa warkocze i ogromne kokardy na głowie, corocznie
spędzałam z rodzicami wakacje w górskiej miejscowości, w Żywcu. Urlop
planowaliśmy tak, aby pokrył się z Tygodniem Kultury Beskidzkiej. Proszę sobie
teraz wyobrazić małą dziewczynkę, z ogromnym lizakiem, która z ciekawością w
oczach obserwowała występy artystów folklorowych z całego świata, która z
fascynacją obserwowała kolorowe suknie kobiet meksykańskich, które wprawiane w
zawirowania ze swoją wielością barw przypominały wielkiego, okrągłego,
smacznego lizaka. Wakacje w Żywcu obudziły we mnie nie tylko ciekawość do folkloru
meksykańskiego, ale również do ludowości innych narodów.
Z
bólem w sercu, a nawet z krwawiącym sercem stwierdzam, że zawiodłam się na
muzeum. Szłam tam z wielką ekscytacją, wyszłam z niedosytem i rozczarowaniem.
Cieszyłam się na spotkanie z kolorowymi, przepięknymi strojami, fascynującymi
przedmiotami, mając w pamięci swoją ostatnią wizytę w tym miejscu.
Dzisiejsze muzeum jest wymarłe. Panowała tam niezwykle intymna atmosfera –
eksponaty, panowie strażnicy, kilku zwiedzających i ja. Co prawda sprzyjało to
kontemplacji i bliskiemu spotkaniu z prezentowanymi obiektami, ale pomimo kilku
eksponatów, które wymieniłam wyżej, nie było nic co przyciągnęło i fascynowało.
Czułam się trochę jak intruz, który zakłóca spokój temu miejscu. Przerywałam
panom strażnikom spanie albo czytanie książek, byli zmuszeni do pilnowania
mnie. Nie dawali mi tego odczuć osobiście, że jestem tu niemile widziana, ale
czułam się winna, że powoduję zamęt w tym miejscu.
Ludowość
to nie tylko „martwe” eksponaty, które ogląda się za szklaną szybą. To muzyka,
rękodzieło, którego zrobienia można podjąć się samemu. W tym przypadku na swoje
nieszczęście było mi dane odwiedzić kilka światowej sławy muzeów, między innymi
londyńskie Albert and Victoria Museum i jestem zrozpaczona stanem Państwowego
Muzeum Etnicznego. Mam wrażenie, że zatrzymał się tu czas, a przystosowane jest
dla ludzi z poprzedniej epoki, którzy posiadali jeszcze zdolność większej
percepcji na tekście pisanym i przedmiotach statycznych. Współcześni
ludzie, a w szczególności młodzież, którą powinno się przyciągać do takich
miejsc, odbierają świat już zupełnie inaczej niż ich rodzice, a tym bardziej
dziadkowie. Gratką jest dotknięcie przedmiotu, przymierzenie ubrania (a
dodatkowo zrobienie zdjęcia, aby pochwalić się nim na portalu społecznościom),
obejrzenie filmu, wysłuchanie muzyki. Utwory ludowe są ważnym elementem
ludowości, a mam wrażenie, że o niej zupełnie zapomniano. Jestem zdania, że
cicha melodia w tle nie przeszkadza w kontemplacji, napiszę więcej,
współczesny człowiek żyje w wiecznym hałasie, a to właśnie permanentna cisza go
rozprasza i drażni.
Pan
strażnik gorąco zapraszał mnie do odwiedzenia ich w drugiej połowie grudniu,
kiedy zostaną otwarte trzy stałe wystawy, które tymczasowo są w budowie lub
przebudowie – Judaica, Chopin i stroje. Jednak nie wiem czy uda mi się szybko
zatrzeć złe wrażenie o tym miejscu i wrócić tu w najbliższym czasie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz