poniedziałek, 9 lutego 2015

Pamiętnik Globtrotera - Mazury

Kiedy usłyszałam o pomyśle wyjazdu na Mazury, jęknęłam. Czemu nie możemy pojechać w góry, tylko musimy wyruszać w miejsce zarezerwowane dla wilków morskich? Moje wyobrażenie o Mazurach było ograniczone, wydawało mi się, że są tam tylko jeziora, jeziora i jeziora, no ewentualnie czasami las. Jakie wielkie było moje zdziwienie, kiedy w końcu tam pojechałam i odkryłam to miejsce.




Pierwszym punktem naszej wycieczki było Mrągowo. Miasto kojarzyło mi się z szalonymi cowboyami wyrwanymi z Pikniku Country oraz z zapalony żeglarzami z fajkami w ustach, wiatrem we włosach i z lubieżnym uśmieszkiem. Znowu się zdziwiłam, to urocze miasteczko, przepięknie położone nad jeziorem. Mnóstwo tu oczywiście turystów, ale również wiele łabędzi, które wdzięczą się do aparatów.

Kolejnym punktem wycieczki był Wilczy Szaniec. Związku z moimi zainteresowaniami, które nie mają absolutnie związku z kierunkiem studiów, jedynie z zainteresowaniami historycznymi, obowiązkowym przystankiem było to miejsce. Trasa, którą przeszliśmy była niesamowita i usiana wieloma tajemnicami, które fascynowały i ekscytowały. Niemiecka precyzja została niezawodna, pomimo wysadzenia murów bunkrów, można oglądać jeszcze fragmenty. Jedne są w lepszym stanie, inne w gorszym. Interesujące wydają się być metalowe konstrukcje, stanowiące trzon bunkrów. Tony żelaza, stali, niektóre z nich przetrwały do dzisiejszych czasów, w nienaruszonym stanie, bez śladów rdzy. To w tym miejscu dokonany został jeden z nieudanym zamachów na Hitlera.


Jeśli kręcą kogoś podobne tematy - niewyjaśnione zagadki historyczne i miejsca, które skrywają w sobie sporo nieznanego, zachęcam do odwiedzenia Mamerki. Tam znajdziemy Kwatery Dowództwa Wojsk Lądowych. Pod względem architektonicznym są ciekawszym miejscem niż Wilczy Szaniec, ponieważ nie zostały one wysadzone, przez co można wejść do środka i posmakować trochę bunkrowego życia. Zachęcam do zabrania latarek, można je również wykupić przy wejściu. Poruszanie się z nimi znacznie ułatwi nam odkrywanie budynków. Z dachu jednego z bunkrów roztacza się natomiast przepiękny widok na Kanał Mazurski.



Jeszcze jedno miejsce skrywa tajemnice III Rzeszy - Leśniewo Górne. Znajdziemy tam zaporę, na której znajduję się jedyny kontur zachowany w Europie po orle nazistowskim. Budowla imponuje swoją wielkością. Jadąc na Mazury nie spodziewałam się, że znajduję tak wiele fascynujących miejsc, owianych przerażającą historią, które widziały tak okrutne czasy.

Przez kilkanaście lat w moich wyobrażeniach o Świętej Lipce pojawiał się kościół, na środku
którego rosła prawdziwa lipa, wielka, masywna, a żeby nie hamować jej rozwoju zrobiono dziurę w suficie, by mogła się w spokoju rozwijać. Moim wielkim rozczarowaniem, wyrwaniem z mojej głowy dziecięcych fantazji, wyobrażeń było pojechanie do tego miejsca. Byłam podekscytowana, zawsze chciałam zobaczyć to niesamowite połączenie natury z architekturą. I teraz wyobraźcie sobie, co dzieje się z dwudziestoletnią osobą, która staje przed kościołem, rozgląda się, a tam lipy nie ma. Czar tego miejsca opadł, umarł razem z moim dzieciństwem, został na amen pochowany. To bolało. Kiedy jednak tam pojedziecie, przekonać się, że lipa jest i owszem, ale na ścianie, metalowa, nieładna, to polecam jednak usiąść w jednej z ław i poczekać na koncert organowym. Jest to mistrzostwo nad mistrzostwami. Niesamowite wrażenie, ogromny talent zarówno osoby, która kilkaset lat temu skontrowała ten instrument, jak i osoby wygrywającej te piękne dźwięki.



Obcowanie z przyrodą jest fascynujące, tutaj na Mazurach takich wrażeń nie zabraknie, ale jeśli chcecie przeżyć coś bardziej egzotycznego polecam pojechać do Kadzidłowa. Jest to Park Dzikich Zwierząt, które z różnych powodów nie mogą żyć na wolności. Możemy popatrzeć tam prosto w oczy wilkom, rysiom, lisom. Kiedy moja mama była tam kilka miesięcy wcześniej można było pogłaskać małe liski. Dla miastuchów, takich jak ja takie atrakcje są niesamowicie atrakcyjne. Jestem osobą mało cierpliwą, więc stanie w jednym miejscu i czekanie na dziką zwierzynę, niestety nie wchodzi w grę w moim przypadku, dlatego też w takich parkach czuję się doskonale. Wielką frajdę, dla dzieci i dla dorosłych jest karmienie zwierząt czterokopytnych.


Zwolennikiem zamków średniowiecznych nie jestem, nie jarają mnie takie klimaty. Najczęściej ich wnętrza zieją pustką, a ja jestem jak sroka, lubię popatrzeć na błyszczące, ładne, a nawet przepiękne elementy. Jednak zamek w Rynie był zupełnie inny. Moje życie nie jest imponująco długie i nie jest kraszone dużą ilością doświadczeń, nie widziałam jeszcze wszystkiego i niestety nie zobaczę wszystkiego, dlatego też moje zdumienie zamkiem w Rynie może być dla niektórych niezrozumiałe. Jednak po raz pierwszy, właśnie tam zobaczył prawdziwą sale rycerską, z krwi i kości. Przykryta była czymś w rodzaju wielkiego baldachimu, co ogromnie mnie zdumiało. Jeśli jesteśmy w Rynie polecam odejść kilka kroków od zamku i zajrzeć do starego młyna, bo oprócz sklepu z ciekawymi pamiątkami, charakterystycznymi dla tego rejonu, można tam wybornie zjeść. Samo wnętrze jest już niesamowicie zachęcające, a kiedy zobaczyłam kartę dań, byłam w raju. Zjadłam tam jedną z najsmaczniejszych zup pomidorowych, a później zamówiliśmy Obiad Młynarza, kiedy zobaczyliśmy to danie opadły nam szczęki, ale szybko wróciły do normalnej pozycji, kiedy włożyliśmy do ust pierwszy kęs. Wychodząc z restauracji można było nas toczyć jak kuleczki, ale o wszystko zadbano - wiadomo, że po obfitym jedzeniu najlepszy jest ruch, więc aby wyjść z powrotem na miasto, należało wspiąć się pod górę.


Przedostatnim punktem na naszym mazurowym szlaku było Giżycko. Najpierw oczywiście trafiliśmy do portu i w okolice mostu obrotowego, który powinien być obowiązkowy obejrzany przez każdego. Konstrukcja wydaje się być solidna i przede wszystkim ogromnie ciężka, ale zdanie o niej można zmienić, kiedy starszy mężczyzna sprawia, że most się odsuwa i tym samym umożliwia przepłynięcie przez kanał pojazdom wodnym.

Szczęśliwie udało nam się trafić na święto Twierdzy Boyen. I była to dla mnie wspaniała gratka, bo odbywała się inscenizacja bitwy o twierdzę z 1914 roku. A nie wiem czy jest to powszechnie znane, ale mnie po prostu jarają takie imprezy. Dużo huku, podrażniający nos zapach dymu, sztuczna krew, krzyki rannych. Żywa lekcja historii, co prawda smutnej i przeraźliwej historii, ale wypada i takie rzeczy znać.



Obojętnie czy ktoś jest wilkiem morskim czy nie, podróż statkiem po największym jeziorze Polski - Śniardwym musi się odbyć. Moja podróż rozpoczęła się wspaniale, jeszcze nie ruszyliśmy, a już mnie tak zbujało, że byłam pewna, że dalszą część wycieczki spędzę w łazience. Całe szczęście po kilku minutach zieleń z mojej twarzy spłynęła, mój błędnik przyzwyczaił się do delikatnego bujania i mogłam rozsiąść się wygodnie na ławce i rozkoszować przepięknym widokiem. Prażące słońce, wiatr we włosach, zapach wody, to właśnie w takich chwilach człowiek przestaje dziwić się wszystkim żeglarzom, marynarzom, że tak ich ciągnie na wodę.



Mazury to raj dla wszystkich, którzy kochają przyrodę i lubią z nią obcować. To raj też i dla tych, którzy chcą uciec od codzienności, pędem za światem, tłokiem na ulicach, korkach. To raj też dla fotografów, niesamowita natura stwarza mnóstwo okazji do sfotografowania tego co najpiękniejsze. To raj nie tylko dla wilków morskich, to raj dla wszystkich, bo każdy tu może znaleźć coś dla siebie i molo i tłum, i wodę i ciszę, i przyrodę i spokój. Z czystym sercem polecam.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz