poniedziałek, 27 października 2014

Warszawskie bezprawie

Siódmy rok pomieszkuję w Warszawie. Zawsze mam ważny bilet, szanuję pojazdy komunikacji, ale całego ZTMu już nie, tak samo jak oni nie szanują pasażera.

Śmierdząca sprawa
Mijam jadący tramwaj. Cały przód zapełniony, nikogo nie ma z tyłu z wyjątkiem bezdomnego. Pan rozsiadł się i pachnie, a raczej śmierdzi. Wydziela z siebie tak przerażający smród, źe nikt nie jest w stanie wysiedzieć w jego towarzystwie. Płacę za przejazd, nie są to małe pieniądze. Nie wymagam pachnącego świeżością środka komunikacji, nie wymagam również miejsca siedzącego, ale komfortu jazdy mogę już wymagać. Chciałabym bez odruchu wymiotnego, wstrzymywania powietrza, wystawiania głowy przez okno dojechać do celu. Nie przemawia do mnie argument, że się nie da nad tym zapanować, bo właśnie, że się da. Nie będę stawiała za przykład Niemców, bo żyjąc już trochę na tym świecie, zauważyłam, że to dla nas przykład nieosiągalny, ale byłam w Budapeszcie i tam żaden bezdomny nie odważył się wejść do środka komunikacji publicznej. Denerwuje mnie to, że u nas się tylko uśmiecha bezradnie i wzrusza ramionami.

Rozkład jazdy fikcją
Przez cały miniony tydzień borykam się z ZTM. W piątek mi się ulało. Ile można mieć cierpliwości?
W wtorek wczesnym rankiem miałam zajęcia. Związku z tym, że spodziewałam się korków na trasie przejazdu mojego autobusu, wybrałam tramwaj, który teoretycznie z korkami nie powinien mieć problemu. Na przystanku przywitała mnie spora grupa ludzi, który delikatnie mówiąc byli poddenerwowani. Niecierpliwie wypatrywali nadjeżdżającego pojazdu, bezskutecznie. Jeździła jedna jedyna linia, reszta z niewiadomego powodu nie pojawiała się. Minuty mijały bezlitośnie, poddenerwowanie rosło. Zdecydowałam dostać się na miejsce innym sposobem, jak się okazało podobnie postąpiła cała rzesza ludzi. Kiedy wysiedliśmy z tramwaju, na główne miejsce przesiadkowe wylała się fala ludzi. Policjanci stojący na skrzyżowani zdawali się być zadziwieni tą sytuacją, widocznie taki tłum o tej godzinie jest tutaj niespotykany. Pokonując trasę przejazdu pożądanego przez mnie tramwaju okazało się, że jeden z tramwai się zepsuł, co pociągnęło cały ogonek pozostałych linii za nim. Pożądanej linii zabrakło na zajezdni i nie jeździła akurat w tę stronę,w  którą chciałam jechać.
Drugą przygodę miałam w czwartek. Stanęłam grzecznie na przystanku, najpierw jednak sprawdzając rozkład jazdy. Mój autobus miał przyjechać za dwie minuty. Przyklasnęłam w dłonie, ponieważ perspektywa tak krótkiego oczekiwania w zimny dzień nie wydała się być zła. Humor mi się pogorszył kiedy minęły cztery minut, a autobusu nadal nie było. Potem kolejne szesnaście minut były już zupełną przesadą i kpiną, ponieważ w tym czasie miały już przyjechać dwa autobusy. Historia skończyła się na tym, że postanowiłam na kolejnym skrzyżowaniu złapać tramwaj i pojechać nim do celu.
W piątek moja cierpliwość się skończyła. Spieszyło mi się do domu, liczyła się każda sekunda, tylko ZTM nic sobie z tego nie robił. Związku z tym, że było zimno, chciałam przejechać dwa przystanki autobusem, ale nie udało mi się, ponieważ autobus z zajezdni wyjechał pięć minut po czasie (powinnam dodawać, że przystanek, na którym stałam był drugim w kolejności po pętli, a trasa, którą jechał wcale nie była zakorkowana?). Później miałam osiągnąć cel drugi autobusem. Kiedy stałam szesnaście minut na dworze, zdążyłam naubliżać ZTM na wszelkie możliwe sposoby.

Moje zniecierpliwienie mogłoby być bezpodstawne, jeśli jeździłabym na gapę. Wtedy byłaby z pewnością wdzięczna, że mogę się w ogóle wozić. Ale jeśli co trzy miesiące regularnie kupuję bilet, to mam prawo wymagać, a moja cierpliwość może się wyczerpać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz