środa, 8 października 2014

Proza życia studenckiego

Od kilku dni rozpoczęłam naukę na drugim kierunku. Wszystkiego zaczynam uczyć się od początku, mimo faktu studiowania na tym samym uniwersytecie, każdy instytut rządzi się swoimi regułami i cały czas odkrywam coś nowego i zadziwiającego.

W tym tygodniu poraz pierwszy zmierzam się z dziekanatem. Na wcześniejsze głosy o długich kolejakch prychałam i twierdziłam, że to przecież niemożliwe. Rozpieszczona podczas trzech lat studiów, gdzie studentami zajmował się sekretariat studencki, a wszelkie problemy rozwiązywało się szybko i sprawnie, doznałam w tym tygodniu szoku. Pierwsze moje podejście do zmierzenia się z dziekanatem było w poniedziałek, jak się okazało mało skuteczne. Przyjechałam trzydzieści minut po rozpoczęciu urzędowania, o kolejkach jakie tam widziałam nawet nie śniłam. Cały korytarz było przeludniony bardziej niż metro w porannych godzinach szczytu. Pokój, do którego miałam dotrzec było (o, ironio!) na samym końcu. Musiałam przedostać się przez gąszcz ludzi, narazić się na nieprzyjemności, bo spytanie o cokolwiek było tutaj niemalże zbronią. Na końcu mojej drogi spotkało mnie rozczarowanie, głębokie i mocne - powstała lista. Nazwisk było na niej około sześdziesiąt. Obliczyłam czas jaki pozostał mi do zajęć, przekalkulowałam z ilością osób, musiałabym być Hermioną albo magikiem umiejącym rozciągać czas, wtedy dałabym radę zdążyć. Moją porażkę załagodziłam zakupami.
Ponieważ sprawa była nagląca i wymagała szybkiego załatwienia, wybrałam się do dziekanatu również dzisiaj. Na odpowiednie miejsce dotarłam już o 10.35, co oznaczało, że do godziny otwarcia wrót było 1,5 godziny. Osób na liście było już osiem, ja wpisałam się jako dziewiąta. Emocje osiągały zenitu, bo dziekanat otwarty był tylko trzy godziny. Kolejka była dość ciekawa, róźnorodna. Znudzeni ludzie pochylali się nad notatkami, książkami, uczono się, ale były również osoby, które smacznie spały, zmęczone albo długim oczekiwaniem, ewentualnie nocną imprezą. Wiedziałam co mnie dzisiaj czeka. Wyposażyłam się w jedzenie, książki i nie zamierzałam się tak łatwo poddać.
Moje szczęście było ogromne, kiery nadeszła moja kolej i mogłam z dusznego korytarza udać się do klimatyzowanego pomieszczenia. Podeszłam do pani, zaczęłam tłumaczyć w jakiej sprawie przyszłam, a ona z uśmiechem na twarzy odpowiedziała mi, że pomyliłam pokoje. Mina mi zrzedła, to był wielki cios w moje serce. Musiałam wrócić na duszny korytarz, przegonić cudowne plany na resztę dnia i zapisać się na kolejną listę. Byłam w kryzysowej sytuacji. Jedzenie mi się skończyło, książki przeczytałam, poziom cierpliwości też malał i wcale już się nie dziwiłam ludziom, który w poniedziałek nie emanowali miłością do świata.

Po dzisiejszym dniu wiem jedno, dobrze że urodziłam się kilka lat po obaleniu komunizmu, ponieważ ze swoim życiowym sprytem i brakiem cierpliwości nie byłabym w stanie w tamtych czasach przeżyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz