Wybiła północ. Leżę na łóżku i czytam Gniew. Przewracając kolejne strony, odkrywam jeszcze więcej mrocznych tajemnic. Przykrywam się szczelnie kocem, ale ten nie zdaje się ratować mnie przez potencjalnym mordercą. Wymykam się na paluszkach, staram się nie hałasować. Podbiegam do drzwi i zamykam pokój na zamek. Teraz nie będzie już tak łatwo wejść. Brak stabilnego parapetu, piorunochronu w pobliżu ratuje mnie przez ewentualnym wejściem nieznajomego przez okno. Strach jednak nie ustaje, wyobraźnia pracuje, a umysł domaga się więcej i więcej.
Lubię niebanalne historie, zagadki i tajemnice. Pan Zygmunt Miłoszewski zaserwował mi wszystko. Zgrabnie napisana, barwnym językiem fabuła. Tylko ubolewałam nad tym, że nie znam Olsztyna. O ile z wyobrażeniem sobie miejsc akcji w Ziarnie prawdy miałam o wiele łatwiej, tutaj musiałam polegać jedynie na wyobraźni. Jednak jestem pewna, że będą w tamtym okolicach nie odbiorę sobie tej przyjemności, zajrzę do tego miejsca i przespaceruję się tymi samymi ścieżkami co Teodor Szacki, który sprytnie skradł moje serce. Przy pierwszym spotkaniu uważałam go za totalnego cynika, zakompleksionego i niewartego uwagi, jednak zmieniłam zdanie, oczarowana jego inteligencją i ciętym językiem. I choć serce mi się krajało, kiedy czytałam ostatnie strony książki, to jestem wdzięczna autorowi, że nie zakończył całej tej historii według mojego życzenia (takiej masy lukru i szczęścia nie wytrzymałabym na papierze).
Dzięki panu Miłoszewskiemu i całej nagonce medialnej (w tym przypadku jak najbardziej słusznej) odkryłam nowy gatunek literacki, którymi mnie niezmiernie porwał.
Ps. Lubię też to, że zarówno w Ziarnie prawdy, jak i w Gniewie pogoda idealnie pasowała do ponurej historii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz