Sex, dziwka i miłość. Myślicie, że to mieszanka wybuchowa, której nie da się połączyć? Jesteście w błędzie. Własnie wróciłam z "Casanovy po przejściach" i powiem Wam, że dawno się tak dobrze nie bawiłam w kinie.
W filmie nie stroni od sexu i miłości, ale w rzeczywistości chodzi o coś zupełnie innego, o samotność. Bohaterowie, zarówno pierwszoplanowi, jak i drugoplanowi to samotnicy, mimo, że nie przyznają się do tego, próbują z nią walczyć. Każdy ma inną receptę na to. Film okazuje prostą prawdę, o której często zapominamy - człowiek to istota społeczna, w odosobnieniu nie jest w stanie żyć. Aby odpowiednio funkcjonować, potrzebujemy drugiego człowieka, wszystko jedno czy to będzie ktoś wynajęty na chwilę, przyjaciel czy kochana osoba, musi przy nas być ktoś do kogo będzie można otworzyć buzię.
Twórca filmu wszedł w Amerykę, mocno buciorami, bez żadnych uprzedzeń. Na ekranie widzimy i czarny i Żydów i białych. Wszyscy oni ze sobą współżyją mimo rasizmu. Potrafią się zaakceptować, do pewnego momentu - dopóki ktoś nie naruszy ich przestrzeni osobistej. Ta wielokulturować zaczarowała mnie. Zostałam przeniesiona nie tylko w bogate salony, ale odwiedziłam też mieszkanie klasy średniej. Podobała mi się ta różnorodność.
Nie lubię głupawych filmów, to tylko marnowanie pieniędzy i strata czasu. Lubię się pośmiać, ale lubię pośmiać się z dobrych, inteligentnych tekstów i właśnie je znalazłam w filmie Johna Turturra.
Nie jestem krytykiem filmowym, nie znam się na filmach. Idąc do kina, siadając przed telewizorem oczekuję wciągającej fabuły, inteligentnego humoru i dobrej gry aktorskiej. To mi zaagwarantowano, więc z czystym sumieniem polecam ten film.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz