Sierpień to miesiąc krwawych rocznic. Za nami 1 sierpnia - wybuch Powstania Warszawskiego, za nami również 15 sierpnia - zwycięska Bitwa Warszawska. Obydwa te dni obchodziłam w różny sposób, ale za każdym razem dochodziłam do tego samego wniosku - nigdy więcej wojny.
1 sierpnia spędziłam w Berlinie. Ktoś by pomyślał, że mało patriotycznie, może i ma rację. Jednak w mojej torbie podróżnej znajdowały się najnowsze wydania prasy polskiej, gdzie niemalże całe numery poświęcone były Powstaniu Warszawskiemu. Nie omieszkałam również wybrać się na nowo otwartą wystawę, która znajduje się niemalże w samym centrum niemieckiej stolicy. Przestudiowałam ją dokładnie, czytając uważnie, oglądając zdjęcia. Mimo, że wystawa skierowana była głównie do cudzoziemców, zawarte było tam mnóstwo informacji historycznych od początków Warszawy do jej współczesności, skupiając się na okresie II Wojny Światowej oraz samego Powstania Warszawskiego. Na końcu wystawy usytuowany był budynek, w którym mieściła się mała sala kinowa, wyświetlano tam Miasto ruin. Film miałam już okazję widzieć w Warszawie, jednak za każdym razem chwyta za serce, rozdziela je na kawałeczki, a pod powiekami gromadzą się łzy. O ile wystawę cudzoziemcy niekoniecznie z dużą uwagą czytali, bo trzeba było przyznać, że informacji było tam aż za nad to, to filmem byli ogromnie poruszeni - wychodzili ze spuszczoną głową, u niektórych widać było kręcącą się łzę w oku. Złośliwi powiedzieliby, że Niemcy w końcu zrozumieli co zrobili, ale to nie byli tylko Niemcy, dało się tam usłyszeć przeróżne języki.
W środę miałam okazję obejrzeć film Powstanie warszawskie. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i z trudem po zakończeniu seansu powstrzymałam łzy. Fabuła była przemyślana doskonale, najpierw na ekranie pojawiały się sceny z życia codziennego, ludzie cieszyli się, byli pełni entuzjazmu. Im dłużej trwał ten zryw, im więcej ginęło osób, nastroje się pogarszały, tak samo było i w filmie, zaczęły pojawiać się bardziej drastyczne sceny, aż w końcu operator kamery ukazał zniszczoną, a raczej zrujnowaną Warszawę, z której nie zostało nic oprócz gruzów i nasiąkniętą krwią ziemi. Pokolorowanie tych taśm, nadanie im dźwięki przybliżyło Powstanie - pokazało, że powstańcem mógł być każdy z nas, bo ci ludzie nie różnili się wiele od nas. Dla nich również liczyły się różne wartości, byli zakochani, podrywali dziewczyny na ulicy, lubili zjeść czekoladę, używali różnego słownictwa. Mam wrażenie, że właśnie porównanie walczących do nas i pokazanie jak niewiele różnili się od nas współczesnych sprawia, że ten film jest niepowtarzalny, łapie za serce, wyciska łzy, ponieważ masz wrażenie, że za tą barykadą możesz stać ty lub twoi przyjaciele, możesz zginąć ty albo twoi bliscy.
Dzisiejszy, a w sumie wczorajszy dzień spędziłam w Ossowie. Wybraliśmy się na rekonstrukcję Bitwy Warszawskiej. W poprzednim roku nie udało nam się tam dojechać, teraz byliśmy dwie godziny przed czasem. Lubię takie imprezy, ponieważ jestem już pokoleniem, które niekoniecznie jest w stanie przyjąć wiedzę wyłącznie z suchych przekazów książkowych, musi mieć wiedzę zwizualizowaną, dlatego takiego typu imprezy są dla mnie strzałem w dziesiątkę. Zresztą jest też to też dobra okazja dla dużych chłopców, żeby pobawić się w wojnę nie ponosząc w przy tym większych strat. Kiedy widzę oddziały rekonstruktorów, którzy pod polską flagą, w polskich mundurach triumfują, kręci mi się łezka w oku, przecież było tak samo kilkadziesiąt lat temu - Polacy triumfowali.
Staram się nie oceniać historii, nie znam się na tym, pozostawiam to innym. Ja zostawiam sobie jedynie czytanie wypowiedzi innych i porównywanie tych opinii. Jedno zostaje niezmienne - heroizm walczących. Byli w stanie złapać broń i walczyć za ojczyznę, skutecznie czy nie, słusznie czy nie, nieważne - w ich oczach, w ich opinii, ich posunięcie było jedyne słuszne i tak właśnie powinno się wtedy postąpić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz